UKRAINA

Nad Azowskie

Ukraina 2 - mapa

ZESTAWIENIE

Termin: 7-14 sierpnia 2013 r.
Uczestnicy: Andryszek, Sowa
Trasa: około 1570 km.

RZECZNE ZAKOLE

Ukraina 2 - fot. 1 Poranna mgła gęsto unosiła się nad wodą. Sowa chrapał.
- Ej, wstawaj.
- Zaraz - usłyszałem z namiotu.
- Mówiłeś żeby cię zbudzić.
- Jeszcze chwilkę.
- Sowa, ryby czekają.
I Sowa wyskoczył ze śpiwora.
- Kurwa, kurwa. Zaraz zrobię zanętę i lecę.
- A kawa, a śniadanie?
- Kawę możesz mi zrobić, a na śniadanie zjemy świeżą rybkę.
- Eee, ty jak chcesz, ale ja zjem normalnie. Ewentualną rybkę zjem na deser. Wodę kupiłeś, jak ci pisałem?
- No - podał półtoralitrową butelkę. - Mam jeszcze drugą, taką samą.
- Kurwa, co to ma być?
- A co?
- Słoną wodę kupiłeś! Do kawy?
- O ja pierdolę, nie spojrzałem w sklepie. Ale mam kawę dwa w jednym, to może da się wypić?
- To będzie nie dwa, a trzy w jednym. Bo jeszcze z solą.
- O której jedziemy, ile mam czasu?
- Pojedziemy kiedy zechcemy. Tylko ty tam nie siedź bez końca. Złap po jednej i wracaj. Ja będę wymieniać lusterko.
Przy odrobinie silnej woli kawa na słonej wodzie dawała się wypić. Zanim była ciepła. Kiedy wystygła, oprócz silnej woli było potrzebne poświęcenie. Aż tak bardzo pić mi się nie chciało. Stalowej opaski do naprawy stołeczka Sowa nie przywiózł. Według niego równie dobra miała okazać się klejąca szara taśma. Lusterko wymieniłem, stołeczek okleiłem, zwinąłem z grubsza swój majdan. Sowy nie było. Zaczynałem się już lekko niepokoić, kiedy wrócił uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Złowiłem karasia i lina. Mam też zwykłą wodę od strażników, będzie można się napić normalnej kawy. Za łowienie forsy nie chcieli. Wcisnąłem im na siłę do skarbonki, przynajmniej za fajki, bo swoich nie wziąłem.
Wypatroszyłem i oczyściłem ryby. W tym czasie Sowa sporządzał przyprawę.
- Sam ją skomponowałem. Patent wypróbowany jeszcze we Włoszech.
Przy palenisku znalazłem druciane pręty, za pomocą których skleciłem ruszt do pieczenia ryb. Za jednym zamachem gotowałem wodę. Słodką. Na normalną kawę.
Podjechał czarny bus z którego wysiadło dwóch chłopaków. Rozłożyli koc i położyli się niedaleko. Jeden z nich miał mocno odrapaną twarz. Prawie wcale się nie odzywali. Odkroiłem część arbuza, podzieliłem na kawałki.
- Weźcie, bo sami i tak nie zjemy - poczęstowałem.
- O, dzięki - podniósł się na łokciu ten cały. Jego kolega oprócz odrapań miał spore sińce.
- Biliście się? - zapytałem.
- Nie, Saszka wczoraj wywalił się na skuterku.
- A ryj mam obdarty, jakbym waszym motorem zapierdalał - dopełnił poszkodowany.
Ryba, kawa i chleb - wszystko wybornie smakowało. Postanowiliśmy zabrać ze sobą cztery pręty dla łatwiejszego gotowania. Sowa zwijał namiot kiedy zjawił się niepozorny, na oko czterdziestoletni mężczyzna.
- Widzę, że rybki złowiliście.
- Kolega łowił, o tam - wskazałem widoczną w oddali wiatę.
- Pozwolili złapać - rzekł monotonnym głosem.
- Jak to?
- A nie myśleliście, czemu nie wolno łowić na całym zalewie?
- No, czemu?
- Bo na środku podkarmiają i mają gotowe miejsca do wyciągania ryb jak ze sklepu. U siebie na łowisku nie karmią.
- To co to za polityka?
- A bo komu by zależało na pojedynczym wędkarzu? Podnieśli ceny tak, że prawie nikt nie łowi. Sami ciągają siatką i sprzedają na targu. Wiem, bo pracowałem na podobnym łowisku w sąsiedniej wsi. A wodę opuścili, widzisz po trzcinach?
- Widzę. A po co?
- Będą dziś siatkę ciągać. Potem podniosą, ryba będzie trzymać się dna i żadnej przynęty nie weźmie.
- Ale złowiłem dwie sztuki - podszedł Sowa.
- No, mówiłem, że pozwolili. Nie wiem jak tu, ale u nas brali forsę i odpalali elektryczny impulsator, który skutecznie odstraszał ryby.
- Ode mnie nawet forsy nie chcieli.
- Może dlatego że motocyklista, obcokrajowiec, a może kaprys mieli.

Ponieważ Sowa miał nawigację zamocowaną na kierownicy - mógł na bieżąco oglądać trasę. Dużo wygodniejsze to niż jazda na słuch, zwłaszcza przez duże miasto, a takim niewątpliwie był Kijów.
- Jedź pierwszy - powiedziałem.
Nie wiem czy był to najszczęśliwszy ruch. Sowa to oddalał się, to przybliżał. Ponadto nie mogłem rozszyfrować jego gestów, bo co chwila coś pokazywał, komunikował - ja hamowałem, rozglądałem się, a nie widząc żadnego niebezpieczeństwa ruszałem i musiałem gonić ginącego za zakrętem przewodnika.
- Ty - zapytałem go kiedy zatrzymaliśmy się by zatankować. - Co mają znaczyć te twoje znaki, bo w żadnym podręczniku ich nie widziałem?
- Pokazuję ci fajne miejsca.
- No kurwa, Sowa, czy ja ślepy jestem?
Po napełnieniu baków potwierdziły się moje przypuszczenia, że ukraińska benzyna 95 lepsza jest od naszej. To już któryś zbiornik, na którym przejechałem ze dwadzieścia procent dalej niż na polskim paliwie.
Poruszaliśmy się na północ. Drogi całkiem przyzwoite. Ale pewnie dlatego, że to okolice Kijowa. Nasze szczęście skończyło się po stu kilometrach. Dojechaliśmy do miasta, przed którym kończył się asfalt. W stronę zabudowań prowadziła piaskówka. Nieoczekiwany widok. Kilkunastotysięczne miasto bez drogi. Zatrzymaliśmy się. Wyjąłem swoją nawigację. Obraz zaprzeczał zdrowemu rozsądkowi. Sowa pojechał na zwiady. Wrócił po kilku minutach.
- Coraz gorzej. Nie dasz rady.
Zaczepiliśmy przechodnia.
- Oj, zawrócić, ostro w prawo, wąską uliczką, przez tory i potem cały czas prosto - pokierował.
I tak było. Z tym, że przed torami stały słupki tak gęsto, że ledwo się przecisnęliśmy. Po prawej stronie milczało miasto przypominające koszary. Z każdym kilometrem było coraz mniej miasta, a coraz więcej koszar. Całego obrazu dopełnił ostrzegawczy znak: uwaga na czołgi. Sowa zapierdalał, ja goniłem. Przednie koło co raz dobijało amortyzatory. Zza wzgórza, prosto na nas wyskoczyło sześć wojskowych transporterów do przewożenia czołgów. Ciemnozielone kolosy, bez jakichkolwiek oznaczeń, zderzaków, kratki wpuszczającej powietrze na chłodnicę. Tylko jednolita masa i dwa wytrzeszczone reflektory. Obrazek jak z filmu science-fiction. Przemknęły obok nas na pełnym gazie, prawdopodobnie nas nie zauważając. Gdybyśmy jechali czymś szerszym, pewnie musielibyśmy kryć się po rowach.
Ponieważ wyjechaliśmy późno, nie ujechaliśmy daleko. Raptem niecałe trzysta. Nawigator pokazywał, że powinniśmy jechać wzdłuż rzeki. Może w międzyczasie droga zmieniła bieg? W napotkanej wsi postanowiliśmy na własną rękę poszukać dostępu do wody, bo teren i zadrzewienie wskazywały, że musi być niedaleko. No i Sowa znalazł. Zjazd na wiejską plażę być dość stromy, ale sucha, gruntowa droga, miała dobrą przyczepność nawet jak na moje szosowe opony. Postawiliśmy motocykle pod wysoką skarpą. Z miejsca gdzie chciałem postawić namiot odrzuciłem leżącą butelkę.
- U nas śmieci wrzuca się do kosza - zwrócił uwagę gruby właściciel służbowego Uaza. Pokazał na przywiązane sznurkiem do drzew plastikowe worki. Sowa podniósł butelkę, a ja jeszcze kilka papierków po słodyczach i ostentacyjnie zanieśliśmy do worków.
- Wystarczy wrzucać swoje - dodał urzędas.
- Jeszcze nie zdążyliśmy naśmiecić - odburknąłem.
Chyba zrozumiał, że się pospieszył z tym ofukiwaniem, bo szybko wsiadł do gazika i odjechał. A w jego miejsce na pełnym pędzie zaparkował drabiniasty wóz, zaprzęgnięty w dwa konie.
- No, rebiata! - zawołał szczerbaty wozak. - Jedziemy do domu! - i jego drewniana limuzyna w mgnieniu oka zapełniła się dzieciakami, które przed chwilą dokazywały na plaży.
Miejsce biwaku nadzwyczaj było zadbane. Część z piaskiem i łagodnym zejściem do rzeki oddzielała palisada z drewnianych kołków i betonowych podestów - po to, by autami nie wjeżdżać do rzeki. Nigdzie nie było nierozerwalnych z takimi miejscami stert śmieci. A pod ogromną lipą stała drewniana sławojka. Po wodzie pływały gęsi i kaczki, dorośli rozmawiali siedząc na betonowych platformach. Na brzegu wnuczka z babcią grała w karty.
- Babciu, nie oszukuj...
- Oj, to są nowe zasady...
Na środku placu, w skąpej trawie siedział staruszek i wykładał dzieciom teorię pływania.
- Z wodą żartów nie ma. Najpierw młócisz nogami, potem przebierasz rękami. No i głowa cały czas nad wodą.
Dzieci słuchały jak zaczarowane.
- A na koniec wychodzisz z wody i lecisz dziadkowi po piwko.
Zbierałem drewno na ognisko, Sowa stał z wędką w trzcinach, a na rzekę wypłynęła łódka z gospodarzem zaganiającym kaczki. Gospodyni stała na brzegu i nawoływała je śpiewnym głosem. Do mojego motocykla podszedł starszy mężczyzna z dwójką szkrabów.
- Możecie odpalić silnik? - zapytał. - Wnuczek chciałby posłuchać.
- Odpalę, ale mój silnik głośno nie pracuje.
- To nic.
Zakręciłem rozrusznikiem, motor zaskoczył, zrobiłem leciutką przegazówkę.
- Przepięknie - szepnął wnusio z oczami wielkimi jak talerze. - A ten drugi też tak może? - zerknął na maszynę Sowy.
- Nie. On inaczej pracuje.
- Jak traktor - zaśmiał się dziadek i poszli.
Woda na ognisku zagotowała się i Sowa wrócił z szuwarów.
- Nic nie złowiłem. Tylko zanętę zżarły. A obok mnie jakaś staruszka wyciągała drobnicę. Rano spróbuję z inna zanętą.
- Siadaj do kolacji. Kawa stygnie.
Ostatni ludzie poszli do domów i nad brzegiem, oprócz nas, nie było nikogo. Sowa tak się rozgadał - czyli rozgestykulował, że sam sobie wytrącił kubek z kawą. Na szczęście nie była zbyt gorąca. Długo siedzieliśmy przy rozgwieżdżonym niebie z połówką księżyca. Na koniec Sowa westchnął.
- O ja pierdolę...
I poszliśmy spać.

MORDOWATY I JEGO STAW

Ukraina 2 - fot. 2 Tego ranka nie musiałem nikogo budzić. Zrobiły to za mnie o 5:30 dwie babcie, które przyszły na ryby. Głośno rozmawiały o trudach dnia i o tym, że na śniadanie trzeba coś złowić. Niedługo potem dołączył do nich starszy jegomość. Sowa tradycyjnie zrobił zanętę i zaszył się gdzieś w trzcinach. Po godzinie wrócił.
- Jak zwykle. Dokarmiłem.
Za to dwie babcie co jakiś czas wrzucały drobnicę do swoich wiaderek. Nawet czarny pies, który się koło nich kręcił, upolował swoje śniadanie: jak czapla przyczaił się wśród wodnych rzęs i zębami chwycił płotkę.
- Wieczorem spróbuję innej zanęty - skwitował sytuację Sowa.
Kaczki wypłynęły na wodę, a za nimi dwóch młodzieńców w dłubance - starej łódce wykonanej z jednego pnia drewna. Takie łajby u nas to tylko w skansenach. Od strony wsi, z rowerem marki „Ukraina” zbliżył się zasuszony staruszek w czapce z daszkiem. Przez ramę miał przewieszony worek do którego wrzucał śmieci.
- Komendant, czyli naczelnik - wyjaśnił, - daje siedemdziesiąt hrywnien na miesiąc, żebym mógł dorobić do emerytury. A przy okazji czysto jest.
Dołączyła do nas babcia z zielonym wiaderkiem, do połowy wypełnionym rybną drobnicą.
- A wy, Józwa, już o wojnie opowiadacie?
- Jeszcze nie, ale zaraz opowiem, bo ludzie młodzi, to pewnie ciekawi.
Staruszek wyciągnął chudy palec w stronę wysokiej skarpy.
- Jak Niemiec przyszedł, to miałem trzynaście lat i z moimi rówieśnikami siedzieliśmy na tej skarpie. Nas nie ruszali, bo dla nich najważniejsze było zdobyć drugi brzeg. Najpierw bili z armat, potem zbudowali przeprawę. Myśmy tylko patrzeli i słuchali. Trzeciego dnia, jak wszystko ucichło, popłynęliśmy tam z chłopakami. Bożesz ty mój, co to był za widok.
Staruszek ciągnął spokojnym, niczym bajkowy lektor głosem, wojenną opowieść o śmierci, głodzie, przymusowym wcielaniu do wojsk różnych nacji. Co jakiś czas wzdychał, ale próżno by w jego słowach szukać złości. Prędzej można było wyczuć refleksję.
- I tak całe życie tutaj przeżyłem. Od narodzin, przez wojnę, komunizm i do rychłej śmierci. Teraz często sobie myślę, że po co tyle cierpień? Czy przez to, że wszyscy moi bliscy tragicznie odeszli, na świecie jest lepiej?

Droga tego dnia mijała lekko, sprawnie i przyjemnie, bo przestałem zwracać uwagę na ubytki w jezdni. Normą były dwudziesto-, trzydziestocentymetrowe wyrwy, garby, strzępy asfaltu, kupki gruzu, kamienie i piasek. Kiedy się do tego przyzwyczaiłem, można było lecieć nawet dziewięćdziesiąt na godzinę - ale tylko na kilkusetmetrowych odcinkach i będąc gotowym na awaryjne hamowanie. Zdarzyło nam się pojechać asfaltowym przesmykiem dwucentymetrowej szerokości - ale działo się to tak szybko, że nie mieliśmy czasu na zdziwienie.
- Możesz trochę szybciej, bo na piątce mam wibracje? - zapytał pod sklepem Sowa.
- Nie.
- Czemu?
- Bo po pierwsze: możesz jechać na czwórce, po drugie: dla mnie, jak na takie dziury, to wystarczająca prędkość, a po trzecie: nawet jak jest możliwość gdzieś szybciej polecieć, to i tak będę jechać zgodnie przepisami.
- Czemu? - Sowa jakby się zaciął.
- Bo wszyscy mówili, że nie uda się objechać Ukrainy bez mandatu. Postanowiłem być pierwszym, który tego dokona.
- E tam. Tutaj żeby płacić mandat, czyli łapówkę, nie trzeba łamać przepisów.
- Pierdolisz...
Nawet nie przypuszczałem, jak bardzo Sowa nie pierdolił. Ale o tym miałem przekonać się dopiero pod Donieckiem. Chociaż - nie do końca...
Weszliśmy do sklepu. Młoda ekspedientka plotkowała z klientką.
- Chcielibyśmy kupić chleb i ser - zagadnąłem po rosyjsku.
Sklepowa spojrzała na mnie jak na drewniane liczydło, fuknęła coś i zajęła się dalej plotkami. Na nasze ponowne próby kupna wcale nie reagowała, jakbyśmy byli niewidzialni.
- Kurwa, o co tu chodzi? - zapytałem Sowę po polsku.
- Aaa, to wy z Polski? - ożywiła się ekspedientka. - Co podać? Bo myślałam, że wy Ruscy.
Posililiśmy się pod sklepem. Sowa wypalił ciągiem dwa papierosy - bo jak tu nie palić, skoro fajki takie tanie? I pojechaliśmy dalej.

Miejsce pod obozowisko było widoczne już z drogi. Tuż za wsią, po prawej stronie ciągnął się długi staw z łatwym dojazdem po trawiastej łące.
- Nie wie pani - zagadnąłem napotkaną staruszkę, - czy tam wolno postawić namiot?
- A pewnie, że wolno. To staw mojego syna, a wnuczek pokaże drogę.
No i wnuczek pokazał.
- Twój ojciec pozwala tu łowić? - zagadnął Sowa.
- Pozwala.
- Dużo ludzi tutaj przyjeżdża na ryby?
- Dużo, ale dzisiaj to nie, bo tydzień. Na niedzielę dużo.
Zanim rozbiliśmy obóz, zjawił się szczupły, mocno opalony chłopak ze szczerbatym uśmiechem.
- Będziecie na wędkę łowić, czy na siatkę?
- A tu na siatkę wolno? - zdziwił się Sowa.
- Nie. Dlatego pytam. Bo gdybyście nie mieli siatki, to ja... - zmrużył oko.
- Na wędkę. Są tu jakieś opłaty?
- Są.
- Komu się płaci?
- Przyjedzie tu taki jeden - splunął pogardliwie przez szczerbę. - Mordowaty, bo gęba u niego wielka, ze złotymi zębami, aż się nie zamyka.
Po pół godzinie odwiedził nas właściciel stawu. Wysiadł ze starego moskwicza.
- No i jak? - zapytał niskim głosem.
- Wszystko dobrze.
- Rybkę złowiliście?
- Jeszcze nie - z mieszanymi uczuciami odpowiedział Sowa. - A ile u was się płaci za wędkowanie?
- Aj tam... Nie będę od was brać. Ile wy tam złapiecie?
No i pogadaliśmy o motocyklach, milicji, płaceniu mandatów i ogólnie o życiu.
- Jutro jak przyjedzie taki jeden sprzedawać bilety... - zaczął na odchodne właściciel.
- Mordowaty? - wyrwałem się.
- No właśnie - zdziwił się. - To powiedzcie mu, że kazałem, by nic nie brał.
Kiedy zostaliśmy sami Sowa zrobił zanętę i tradycyjnie podkarmił ryby. Nie złowił ani jednej.
- Rano spróbuję czegoś innego.
A miejscowi trzymali się wypróbowanych metod, bo z wodnej ciemności dobiegał delikatny plusk wioseł.
- Siatki stawiają - stwierdził mój towarzysz wędkarz.
Nad ranem usłyszałem cztery wystrzały z broni palnej... Co prawda dość daleko, ale u mnie już spania nie było. Za to Sowa w najlepsze pochrapywał. Wylazłem z namiotu i rozpaliłem ognisko. Wstawiłem wodę na kawę. Przez trzciny było widać, jak w resztkach mgły, na pontonie, dwóch kłusowników ściągało sieci.
- Ciekawe - pomyślałem, - czy to oni, czy do nich strzelano?
Niedługo potem obudził się Sowa. Do śniadania złożonego z czarnego chleba i todkowej słoniny mieliśmy soczystego melona. Zaparzyłem po drugim kubku kawy, a Sowa poszedł dokarmiać ryby. Około dziewiątej, ledwie widoczną ścieżką wzdłuż stawu podjechał zdezelowany Iż. Gruby kierowca z płową czupryną poprawił przewieszoną przez ramię torbę i uśmiechnął się. Wszystko było jasne: to Mordowaty.
- Wiem - zaczął. - Szef dzwonił, żeby od was pieniędzy nie brać.
- To ładnie... A kto to nad ranem strzelał?
- Strzelał?
- No, cztery razy.
- Ee, to pewnie chłopaki się popili. Może któryś miał urodziny, to na wiwat strzelali. U nas to normalne.
Porozmawialiśmy jeszcze trochę. Mordowaty odpalił motocykl i wprawnie odjechał podskakując na wyboistej drodze.
- Skoro na stawach biorą forsę - dedukował Sowa, - to ta ryba musi brać.
- Może ona wie, że od nas nie biorą?

ZAJAZD POD RUSKĄ GRANICĄ

Ukraina 2 - fot. 3 Zaraz za wsią skończył się asfalt. Nie wierzyłem własnym oczom. Zazwyczaj kończył się stopniowo, a tu - jak nożem uciął. Wyjąłem nawigację. Nie mogło być zmyłki. Teoretycznie była to normalna droga, a w praktyce - sypki piasek. Dopóki nie był głębszy niż pięć centymetrów, dawało się jechać. Sowa na swoim motocyklu nie miał problemów, a ja co jakiś czas musiałem człapać. Dojechaliśmy do lasu.
- To ja wyskoczę zobaczyć jak jest dalej - zaproponował i znikł.
Stałem, czekałem, słonce prażyło. Zdjąłem kurtkę i kask. Podjechałem dwieście metrów i zatrzymałem się przed ogromną dziurą, która nigdy nie była zasypywana - za to posiadała swoisty bypass - maleńką obwodnicę. Pięćdziesiąt metrów dalej ta obwodnica miała jeszcze swoje trzy obwodnice, bo jak łatwo się domyślić - w leśnym terenie o rozjeżdżone kałuże nie było trudno. Przedzierałem się wyboistymi i śliskimi objazdami, aż wreszcie wyjechałem na fragment o płytszym piasku gdzie mogłem się zatrzymać. Przede mną nie było śladów sowich opon. Po pięciu minutach Sowa pojawił się za mną.
- Gdzie byłeś? - zapytałem.
- Szukałem drogi.
- No i co?
- Znalazłem.
- Gdzie?
- Stoisz na niej.
Co kilometr musiałem się zatrzymać dla złapania oddechu, bo nie byłem przyzwyczajony do piaskowego wężykowania. Sowa miał radochę, bo jego motocykl z terenowymi oponami jechał jak po stole. Przy drodze znajdowaliśmy ogromne kanie - efekt czarnobylskiej katastrofy. Wreszcie po ośmiu kilometrach asfalt jak nagle się skończył - tak się pojawił. Dziurawą, ale utwardzoną nawierzchnię witałem niczym autostradę.
W najbliższej wsi zatrzymaliśmy się pod sklepem, gdzie zanim wypiliśmy po kubku chlebowego kwasu, musieliśmy udzielić wyczerpujących odpowiedzi na obowiązkowy zestaw pytań. Zaczynało nas to powoli nużyć, ale jak tu być nieuprzejmym wobec serdecznie nastawionych ludzi, nawet w najgłębszym zakątku leśnej głuszy?
Po wyjechaniu na drogę wyższej kategorii minęliśmy busa z podstawioną deską. Dwóch chłopaków próbowało wciągnąć na pakę starego, stylizowanego na choppera Urala. Jak łatwo odgadnąć - pomogliśmy. W podziękowaniu dostaliśmy butelkę mineralnej wody. Kilka kilometrów dalej wyprzedziliśmy mężczyznę prowadzącego poboczem skuter. Pojechałem dalej, ale mój kompan zawrócił. Zawróciłem i ja, ale zanim się do nich zbliżyłem, Sowa już odpalał pojazd, brał go na pych i kolebał.
- A co wy tu, bladź, wyprawiacie? - wybełkotał pijany mężczyzna. - Ja go po cichutku do domu prowadzę, a wy go chcecie odpalać!
Nie po raz pierwszy Sowa uszczęśliwiał kogoś na siłę...
Na kolejnym postoju podałem Sowie docelowe współrzędne.
- Kończy mi się bateria w nawigacji. Teraz ty prowadź.
Było kwestią czasu, jak Sowa zapomni patrzeć w lusterka i mi odjedzie. Z dwustu metrów zobaczyłem jak wyprzedził ciężarówkę, a potem skręcił w prawo. Dojechałem do skrzyżowania i również skręciłem. Pędzący przez wieś pojazd dogoniłem po trzech kilometrach, ale okazało się, że to nie był Sowa. Wysłałem do niego SMS, żeby jechał do wyznaczonego celu. Wyciągnąłem z kufra zapasową baterię i odpaliłem nawigację. Na miejsce dojechałem po godzinie. Stałem na moście i czekałem. Ani Sowy, ani odpowiedzi na wysłaną wiadomość. Zatrzymał się samochód.
- Która godzina? - zapytała rudowłosa kobieta.
- Siódma.
- O, słyszę że z Polski!
- Po jednym słowie?
- No. Bo wy tak twardo mówicie, a jak dwa lata mieszkałam w Polsce, to wiem jak słuchać.
- Może powie pani, gdzie tu można rozbić namiot? - pokazałem malowniczą okolicę.
- Wszędzie, ale tu nie radzę.
- Czemu?
- Bo dziś zaczyna się sezon myśliwych. Wieczorem najedzie tu pełno ludzi i strzelać będą.
- To gdzie?
- Kilka kilometrów dalej, przy drodze jest fajny zajazd. Właściciel jeździ na motocyklu. Tam będzie wam dobrze.
Dotarł Sowa, ale zbyt długo nie roztrząsaliśmy kwestii naszego rozdzielenia. Zbliżał się wieczór i w miarę szybko trzeba było znaleźć miejsce pod obozowisko.

Wspomniany przez rudowłosą Ukrainkę zajazd rzeczywiście wzbudzał zaufanie. Zadbany budynek przy samej szosie, za płotem pękaty piecyk z ceramiki - specjalny do pieczenia lepioszków, a na utwardzonym parkingu cruiser. Nie mogło być inaczej - to tu.
Zanim wyłączyliśmy silniki, w progu stanął młody, na oko dwudziestokilkuletni, szczupły blondyn.
- Witam kolegów z Polski.
- O, po polsku mówisz?
- Trochę. Dwa lata w Częstochowie mieszkałem.
Właściciel wprowadził nas do czystego, zadbanego wnętrza. Na wprost drzwi stał przepiękny, biały piec.
- Do chleba? - zapytałem.
- Nie, do ukraińskiego barszczu. Ale to dopiero jutro, bo barszcz robimy od samego rana, potem przez dwie godziny dochodzi i około dziewiątej można podawać.
- No to wiadomo co zjemy na śniadanie - skwitował Sowa. - A teraz po kawie i coś na ząb.
Ściany głównego pomieszczenia zdobiły historyczne fotografie, świadczące o niegdysiejszej świetności tej wsi. Automobile, maszyny parowe, przemysłowe hale rozbudzały naszą wyobraźnię.
- Co tu kiedyś było?
- Cukrowe zagłębie. Ale to dawne dzieje, jeszcze za cara - objaśnił gospodarz. - Potem rewolucja, komuna, jeszcze jedna rewolucja, niby demokracja - a przy tym notoryczny brak gospodarza - i teraz mamy resztki sterczących kominów i leżące odłogiem pola.
Namioty rozbiliśmy za zajazdem, na świeżo skoszonym trawniku, nieopodal rzecznego rozlewiska. Za nami błyszczał pas niedawno zaoranej ziemi. Za rok, zapewniał właściciel, będzie w tym miejscu prywatna plaża.
Dziś cały dzień jechałem bez kurtki. Dostałem tyle powietrza, że czułem się jak żagiel. Do tego słoneczny skwar. Nawet Sowa był tak zmęczony, że odpuścił dokarmianie ryb. Nim księżyc zawisł nad pokruszonym kominem starej cukrowni, usłyszałem sowie chrapanie. A i na mnie wrażenia nie robiły dalekie salwy. Sezon myśliwski się zaczął. Trzeba będzie uważać na stawianie namiotów w leśnych krzakach...
Faktycznie, ukraiński barszcz gotowany w Polsce poza nazwą nie ma nic wspólnego z ukraińskim, ukraińskim barszczem. To było dla mnie kulinarne odkrycie. A wcześniej wzięliśmy normalny prysznic, skorzystaliśmy z ubikacji wyposażonej w sedes i zerknęliśmy z telewizor nad recepcją. Z wymienionych osiągnięć cywilizacji najmniejsze wrażenie zrobił telewizor. Dopiero teraz sobie uświadomiłem, jak bardzo mi go nie brakowało.
Po wypiciu drugiej kawy rzuciliśmy się do zwijania obozu - by zdążyć przed palącym słońcem. Kiedy już byliśmy gotowi, znad rzeki przyszedł robotnik plantujący ziemię pod przyszłą plażę.
- O, jaka fajna maszyna - na moje szczęście wskazał motocykl Sowy, więc jemu przypadł obowiązek odpowiadania na standardowy zestaw pytań. Ja zachowawczo usunąłem się w cień.
I tu zauważyłem pewne zjawisko: im dłużej trwała rozmowa, tym bardziej Sowa się w nią angażował. Po kilku minutach odpowiadał na pytania, które nawet nie padły. Co więcej - gdy robotnik chciał wrócić do pracy, Sowa przytrzymywał go częstując kolejnym papierosem i dalej snuł motocyklową opowieść.
No cóż - każdy z nas jest niewolnikiem nie tylko swoich nałogów, ale i pasji...

RYCZĄCE STATECZKI

Ukraina 2 - fot. 4 Nawet nie chce mi się pisać o kolejnych wybojach, koleinach i dziurach w pokonywanych drogach. Gdybyśmy nagle spotkali gładki i cały asfalt - to byłby dopiero temat! Właśnie na zakręcie takiej pofalowanej powierzchni, w środku mijanej wsi natknęliśmy się na leżący motocykl i grupkę ludzi. Kurz jeszcze unosił się nad zbiegowiskiem. Zatrzymaliśmy się. Pokiereszowana R1, a obok młody kierowca w jednym klapku. Drugi, ten z krwawiącej stopy, leżał dwa metry dalej niczym ścierka wyszarpnięta z psiego gardła.
- Panowie - jęknął bajker w naszą stronę, - podnieście motocykl.
Podniosłem i postawiłem na stopkę.
- Dalej to ty już nim nie pojedziesz - zawyrokowałem trzymając połowę złamanej kierownicy.
- I jeszcze te opony - mruknął Sowa głaszcząc łysą powierzchnię gum. - Ciekawe ile mają lat? - przykucnął by sprawdzić DOT. - O kurwa, osiem! Pewnie od nowego nie zmieniane - pochylił się nad główką ramy, by odczytać rok produkcji motocykla. - Nic z tego, wszystkie numery zdarte pilnikiem.
Kobieta z pobliskiej chaty przyniosła bandaż, inna kubek zimnej wody. Pojawiło się jeszcze kilka osób. Chłopak siedział na trawie i ściskał krwawiącą stopę. Cienkie dżinsy, niewiele grubsza kurtka, kiepski kask i brak rękawic. O klapkach nie ma co się rozpisywać.
- A wyście razem jechali? - zapytał starszy mężczyzna.
- Gdzie tam! - ubiegł nas z odpowiedzią inny. - Tamten leciał z drugiej strony. Już na ucho słyszałem, że za szybko jedzie i wyleciał z zakrętu.
- Bo tu nierówny asfalt - włączył się ranny motocyklista.
- Nie asfalt, tylko ty zapierdalałeś jak dziki osioł na łysych oponach - osądził Sowa i nie było apelacji. - Lekarza ci trzeba?
- Nie.
- Po milicję dzwoniłeś?
- A na co milicja? - jak jeden mąż zapytali wszyscy zgromadzeni.
- No, protokół do ubezpieczenia, jakieś zdrowotne odszkodowanie. Może za ten nierówny asfalt?
- Weź ty się nie wygłupiaj - odezwał się ktoś z grupki. - Od razu widać że nie stąd. Łapówkę wezmą i pojadą. A i chłopaka może skrzywdzą.
Chłopak tymczasem dzwonił do swojego kolegi organizując transport rozgruchotanego motocykla.
- Nic tu po nas - mruknąłem do Sowy i odjechaliśmy.
Z nieba lał się ogromny żar. Od wysokiej temperatury zaczęła mi szwankować nawigacja, więc w okolicach Charkowa nieco kluczyliśmy. Mijaliśmy ciągnące się po horyzont pola słoneczników, by wreszcie zrobić postój przy żółtej beczce z chlebowym kwasem. Motocyklowy błotnik Sowy świetnie się sprawdził jako kawiarniany stolik, a przydrożny handlarz obdarował nas winogronami.
- Też jeżdżę motorem - wskazał Iża który zamiast kosza miał platformę do przewożenia owoców. - Ale dalej jak sto kilometrów od domu nie odjeżdżam.
Pod wieczór dojechaliśmy do turystycznego miasteczka nad rzeką, więc zaczęliśmy planować nocleg.
- Zanim się rozbijemy - zaczął Sowa, - kupię wodę.
- Tylko normalną, nie słoną.
- Wiem.
- Ile wziąć?
- Tyle co zawsze: dwie półtoralitrowe butelki gazowanej i dwie niegazowanej.
Zostałem przy motocyklach, słońce zmierzało ku zachodowi, więc czekanie na otwartej przestrzeni nie było zbyt uciążliwe. Za to całodzienny upał chyba zaszkodził Sowie.
- Nie mają półtoralitrowych butelek - obwieścił stając w sklepowym progu.
- To weź inne.
Po chwili wrócił.
- Mają tylko litrowe. Ile brać?
- Sowa, obudź się. Skoro zawsze bierzemy po dwie butelki półtoralitrowe, czyli trzy litry, to chyba jasne, że trzeba brać po trzy litrowe butelki gazowanej i niegazowanej.
- Ale niegazowanej nie będzie trzech litrowych butelek.
- No to kurwa weź w czymkolwiek, nawet w plastikowych kubkach, byle było po trzy litry każdej.
Za rzeką próbowaliśmy wjechać w leśne drogi, jednak albo były zamknięte, albo już ktoś wcześniej rozbił w nich obozowisko. Wreszcie zostaliśmy pokierowani do wypoczynkowego ośrodka - pozostałości po wojskowej bazie. W bramie powitało nas dwóch umundurowanych emerytów.
- Płacić trzeba - zaczęli zanim się zatrzymaliśmy.
- Ile?
- Po dziesięć hrywien.
- A motocykl będzie można postawić koło namiotu, czy gdzieś na osobnym parkingu? - zaniepokoił się Sowa.
- Postawicie, gdzie zechcecie. Dziadzia Wania wam pokaże. Musicie jechać w prawo, prosto i potem w lewo.
- Tam znajdziemy dziadzię Wanie?
- Heh, on sam was znajdzie.
Teren na który wjechaliśmy okazał się dużym ośrodkiem wypoczynkowym, tu i ówdzie zdradzającym ślady dawnej świetności. Zaniedbane alejki, place zabaw dla dzieci, odrapane budynki administracji - a przy tym ładny drzewostan, czysty piasek, sporo bawiących się ludzi. Śmieci też było dużo, ale nie walały się byle gdzie, tylko czekały ułożone w sterty pod wybranymi drzewami. Nie natknąwszy się na nikogo kto mógłby być dziadzią Wanią, na własną rękę wjechaliśmy przez sypkie alejki bezpośrednio na półwysep, tuż nad samą wodę. Gdzieniegdzie stały krzesełka, blaszane paleniska i namiotowe wiaty. Sowa trochę kręcił nosem.
- Nie tak to sobie wyobrażałem, że będziemy się po ośrodkach rozbijać.
- A co ci przeszkadza? Przecież nie spisz w apartamencie, nie jadasz w stołówce. Masz swój kawałek brzegu, a nawet drobne meble. Stawiaj namiot i karm ryby.
Perspektywa ryb poprawiła Sowie humor.
- A może nawet kartofelka upiekę, bo kupiłem.
Woda w zatoczce ciepła była i czysta. Pływając oglądałem stojących na brzegu wędkarzy. Sowa stanął pośród nich. Wszystko było leniwe. Nawet komary. Około godziny dwudziestej wszyscy letnicy gdzieś znikli. Poczuliśmy się opuszczeni. Nasze poczucie byłoby zupełne, gdyby nie zasuszony, szary człowiek który stanął przede mną nie wiadomo skąd.
- Dziadzia Wania? - zapytałem.
- Aha. Nocować będziecie?
- Tak.
- To po dziesiątce od was wezmę.
- Ale myśmy już na bramie płacili. Mówili nam, że to wszystkie opłaty.
- Dobra - zafrasował się. - Jutro pogadamy - i oddalił się z wózkiem, na który pakował opuszczone przez wczasowiczów krzesełka, leżaki i fotele.
Wykąpałem się po raz kolejny i ległem na brzegu rozkosznie znużony. Sowa w ciszy dokarmiał ryby, bo trudno to było nazwać łowieniem. Wieczorne ptaki budziły się do aktywności. I w ten sielski obrazek wpłynął stateczek z turystami. Głośna praca silników i jeszcze głośniejsza muzyka skutecznie zburzyły spokój w zatoczce. Za pierwszym stateczkiem wpłynął drugi i trzeci. Sowa zwinął wędki. Wzięliśmy się do kolacji urozmaiconej o pieczone ziemniaki. Pływające dyskoteki kursowały podnosząc nam ciśnienie. Już zaczynałem się martwić o spokojny sen, kiedy o dwudziestej drugiej, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko ucichło. Oczywiście poza chrapaniem Sowy...
Rano, zanim ktokolwiek pojawił się na naszym półwyspie, znów popływałem. Niedługo potem wstał Sowa i od razu poszedł dokarmiać ryby. Rozebrałem i wysuszyłem przepoconą nawigację. Przy okazji odkryłem, że częste przerwy w dźwiękowych komunikatach GPS spowodowane były przełamanym przewodem słuchawkowym. Skręciłem go wokół wtyczki i okleiłem taśmą. Na jakiś czas powinno wystarczyć. W przesmyku łączącym nasz półwysep z lądem stanęła ogromna ciężarówka. Chłopaki zaczęli wypakowywać sprzęt nagłaśniający. Z krzaków wyszedł dziadzia Wania.
- Festyn dziś robimy - oznajmił. - A wy dzisiaj jedziecie?
- Tak.
- To musicie zdążyć przez południem, bo potem tu będzie wszytko zamknięte.
- Na pewno zdążymy.
- Ale najpierw dajcie po czerwońcu.
Nauczony w wołyńskim lesie wiedziałem, że czerwoniec to dziesięć hrywien w banknocie.
- Przecież mówiłem, że na bramie płaciliśmy.
- No tak - powiedział twardo dziadzia Wania. - Ale tam płaciliście za to, że was wpuścili, a tu, że nie zabrałem wam namiotowej wiaty i krzesełek.
- No dobra - zaśmiałem się rozbawiony rezolutną odpowiedzią i zapłaciłem. Oblicze dziadzi Wani doznało przeobrażenia. Znikły pionowe zmarszczki, a nawet pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
- Z daleka tak? - zagaił.
- Z Polski.
- Ooo, jeszcze Polska nie zginęła...
- Nihaj żywe Ukrainia - odpowiedziałem w drodze rewanżu.
I ucięliśmy rozmowę na temat historii tego ośrodka, Ukrainy i naszych dwóch narodów. Do dyskusji dołączył jeszcze jeden wyliniały, z dwoma zębami na przedzie, ale pogodny staruszek. Dziadzia wspominał przeszłość, patrzył z wiarą w przyszłość i przeklinał teraźniejszość.
- Patrz, co ze mnie zrobili - westchnął. - Kiedyś oficerem w armii byłem, ludźmi dowodziłem. A dziś? Szczerbatego adiutanta mam, koślawym wózkiem jeżdżę i śmieci na ośrodku zbieram...

GRUBE JELITO BELZEBUBA

Ukraina 2 - fot. 4 Przy pomocy Dziadzi Wani Sowa przeczołgał się motocyklem przez wysoki krawężnik, a ja pokuśtykałem między kolumnami instalującej się ekipy nagłośnienia. Na bramie umundurowani dziadkowie życzliwie machali nam na pożegnanie. Gdyby ludzi tu było mniej, całkiem sielskie byłoby to miejsce.
Przemierzaliśmy długie i monotonne połacie fatalnych dróg. Dziś po raz pierwszy przekonałem się, że opowieści o półmetrowej głębokości dziurach w nawierzchni to nie fantazja. Najgroźniejsze były te, z których wystawały rosnące drzewka - świadectwo czasu jaki upłynął w oczekiwaniu na załatanie ubytków. Zdarzało nam się kluczyć między nimi jak na manewrowym placu. Trzymając się powiedzenia, że dwie dziury ominiesz a w trzecią wpadniesz, jadąc przez obszary gdzie na jeden metr przypadała co najmniej jedna wyrwa - wychodziło, że na jednym kilometrze zaliczaliśmy ponad trzysta wpadek. Ale za to można było do woli potrenować awaryjne hamowanie, skręt w miejscu i jazdę po luźnych kamieniach.
W połowie dnia zatrzymaliśmy się na postój. Jak zwykle w takich wypadkach Sowa odpalił gazową kuchenkę i już po chwili siorbaliśmy świeżą kawę. Przez chwilę zastanawiałem się, czy mój kompan nie podkarmi ryb w pobliskim stawie, ale był chyba znużony upałem jak ja. Dlatego wpół siedząc, ucięliśmy w cieniu drzew regeneracyjną drzemkę. Potem zaczął się lekko górzysty teren, kolejne połacie słoneczników i slalom wśród dziur. Około godziny dwudziestej dotarliśmy do upatrzonego wcześniej punktu. To, co na wyświetlaczu wydawało się pięknym jeziorem wśród drzew, w rzeczywistości okazało się ogromnym, bagnistym stawem, poprzedzielanym siatką grobli. Dużo trzcin i rybackich stanowisk. Trafiliśmy w samo serce rybnej hodowli. Z każdą chwilą ciemniało, więc znalezienie miejsca pod namiot stawało się palącym problemem. Z drugiego końca grobli na motorowerze jechał mężczyzna w mundurze. Machnąłem. Zatrzymał się. Pojazd w stylu naszego Ogara miał na baku naklejkę o ochronie przyrody.
- Strażnik przyrody? - zapytałem młodzieńca w zielonym uniformie.
- Nie. Straż graniczna. Skąd jedziecie?
- Z Polski.
- Macie dokumenty?
- Mamy. Pokazać?
- Nie trzeba. Co tu robicie?
- Szukamy miejsca pod namiot. Rano pojedziemy dalej.
- Tu nigdzie namiotu nie postawicie. Najwyżej w turbazie.
- Co to jest?
- Turystyczna baza.
- Jak tam dojechać?
- Tego nie ma na żadnej mapie. Nawet nie wszyscy miejscowi wiedzą o jej istnieniu.
- Daleko to?
- Z pięć kilometrów.
- Jak tam jechać?
- Oj, nie wiem czy dacie radę. Same kołdoby. Najpierw prosto, potem w lewo. Jak będzie taki rozjazd, to najpierw w lewo, potem w prawo, żeby wyjechać na drogę co najpierw była w lewo.
- Ja pierdolę... - skomentował Sowa.
- No właśnie - potwierdził pogranicznik.
Objaśniona droga była czymś w rodzaju toru przeszkód na poligonie. Kiedy tylko wyjechaliśmy z rybnych stawów, w miejsce twardych dziur pojawiły się piaski i kołdoby - czyli wybrzuszenia. Sowa uśmiechał się tak, że nawet spod jego kasku dawało się to zauważyć. A ja walczyłem jak mogłem. Po drodze trafiliśmy do opuszczonego kołchozu, skąd intuicyjnie skierowaliśmy się w dół, piaskiem po skosie. Nie było łatwo, zwłaszcza z moimi szosowymi oponami, ale szczęśliwie udało się i po kilku kilometrach wjechaliśmy do osady kilku zrujnowanych domostw. Sowa zaczepił pałętającego się chłopaka który wskazał kierunek.
Docelowa turbaza okazała się placem ogrodzonym dziurawą siatką. Na owym placu stało kilka krzywych wiat i nie mniej krzywych budek, bo domkami trudno to było nazwać. Bramę, która zamiast zawiasów miała dwa paski wykrojone z opon, otwierała około trzydziestoletnia kobieta - szefowa o wschodniej urodzie.
- Może najpierw zobaczycie czy wam się spodoba?
- Nie trzeba. Już mi się podoba - odpowiedziałem i zaparkowałem pod pierwszym z brzegu domkiem.
- Tam nie wolno! - krzyczała machając rekami. - Tylko tutaj - wskazała iluzoryczny parking niedaleko jej biura, które później okazało się sklepem.
- To może zamiast domków postawimy namioty?
- Ale o ósmej nie może być po nich śladu, bo ludzie przyjadą na plażę.
- Fajnie tu jest - agitował Sowa. - Sklep na miejscu, woda w pobliżu. Może zostaniemy na dwa dni?
- No, przydałby się dzień gospodarczy, ale nie wiem czy tutaj.
- Czemu?
- Motocykla nie można postawić, namiotu nie można postawić, ciekawe czego jeszcze zabraniają?
- Eee, nie przesadzaj.
- Przenieś spod tego domku pod nasz, ten stolik i krzesełka.
- Dobra.
Kiedy tylko Sowa podniósł stolik, rozległ się krzyk gospodyni.
- Nie wolno. Natychmiast odstawić na miejsce!
- No kurwa mać! - nie wytrzymałem. - Rozumiem: parking i namioty, ale jesteśmy tu sami, nikomu nie zabieramy tego stolika, więc czemu nie wolno?! - darłem się na cały głos. - Ni chuja, nie zostajemy tu na żaden dzień gospodarczy. Jutro się zwijamy!
- Ale czego ty na mnie krzyczysz? - Sowa stał jak wmurowany.
- Nie na ciebie. Krzyczę tak w ogóle, żeby się wykrzyczeć, albo komuś nie przypierdolić!
Nie wiem czy szefowa coś z tego zrozumiała. Może bardziej z tonu głosu i artykulacji. Dość, że Sowa ze sklepiku wrócił z zakupami, stolikiem i dwoma plastikowymi krzesłami.
- Oddała swoje - powiedział. - Ona myślała, że przyjechaliśmy tu wybrzydzać, że żartowałeś mówiąc, że nam się tu podoba, że będziemy wszystko obśmiewać i fotografować jak Niemcy, którzy tu niedawno byli.
- Fotografować będę, ale dyskretnie. I wcale mi nie do śmiechu, bo co to, ja komuny nie widziałem? - burknąłem pojednawczo. - Idź, powiedz jej, że zostaniemy tu na dwa dni.

Nasz domek z trudem mieścił dwa pojedyncze tapczaniki stanowiące całe wyposażenie. Żadnych szafek, czy wieszaków. Goła żarówka u sufitu. Ale i tak to było więcej, niż ściany namiotowego brezentu. Poza tym nie zamierzaliśmy siedzieć w budce, kiedy wkoło tyle zieleni i kąpielisko z plażą.
Pod koniec kolacji, pajęczyna która była pusta zanim włączyliśmy przed domkiem żarówkę, aż urywała się pod ciężarem much. Całe szczęście, że w pomieszczeniu nie zapalaliśmy światła. Noc rozbrzmiewała symfonią świerszczy. Z daleka usłyszeliśmy tętent końskich kopyt. W świetle zawieszonej nad bramą latarni zobaczyliśmy dwie dziewczyny, siedzące na grzbietach rumaków.
- Czego? - zapytała szefowa turbazy.
- Ach. Piwka się zachciało...
Po ciemku, żeby nie wabić owadów, położyliśmy się do snu. Drzwi zostawiliśmy na oścież otwarte. Sowa zaraz zaczął chrapać, więc z moim zaśnięciem nie było tak łatwo. Odpaliłem nawigację, by określić naszą pozycję. Jeżeli diabeł w jelicie ma jakiś ciemny zakamarek , to właśnie tam byliśmy...
Dzień gospodarczy zacząłem od prania. Rozwieszone przed chatką ciuchy schły w mgnieniu oka. Sowa poszedł dokarmiać ryby, ale po kilku minutach wrócił.
- Kurwa, ja pierdolę, do chuja z taką robotą - był tak wzburzony, że wolałem o nic nie pytać.
Położył wędkę na stole. Kołowrotek nie miał korbki.
- Takie gówno robią, że aż wstyd dotykać. A zapewniał mnie sprzedawca, że super sprzęt, wytrzyma nawet wieloryba. Nie daruję, złożę reklamację.
- Idź, pranie zrób, to się uspokoisz.
Poszedł. Wrócił po godzinie jakby odmieniony.
- Mam klej dwuskładnikowy, to spróbuję naprawić.
- No i gites.
Po śniadaniu zaproponował:
- Wyskoczę do miasteczka po większe zakupy. Jakiegoś mięsa kupię, upieczemy i nawet na drogę zostanie.
- Dobra, jedź. Tylko nawigację zabierz.
- Eee tam. Pięć kilometrów? Się nie zgubię.
- Weź, nie zaszkodzi.
- Wiem że na darmo, ale wezmę.
Domyślałem się, że oprócz zakupów, Sowie chodziło o jazdę po tych przeklętych kołdobach. Zresztą nic dziwnego - miał dobrą okazję żeby poskakać.
W monotonnym oczekiwaniu na powrót Sowy wybrałem się na spacer po rozpalonej ziemi. Fotografowałem opuszczone chaty z białego kamienia. Cała wieś sprawiała wrażenie opuszczonej. Trzy czwarte domostw zburzono, bądź rozebrano. Niegdyś musiało tu być więcej życia, sądząc choćby po tabliczce z napisem „poczta”, zawieszonej przed zrujnowaną chatą.
Zza sterty słomy wyszły dwa konie. Zachowywały się jak psy - przyczepiły się do mnie i chodziły krok w krok. Nie mogłem się ich pozbyć. Wreszcie jakiś młodzieniec na nie gwizdnął, przywołał, wsiadł i pojechał. Ze wzgórza widziałem jak później puścił je wolno. Konie znów ruszyły w obchód. Traktowano je niczym darmowe taksówki. Pewnie te dwie dziewczyny, które wczoraj wieczorem przyjechały na piwo, korzystały z takiej taryfy.
Gdy wróciłem do bazy, obok mojego motocykla stał najnowszy model Wołgi. Właściciel opinał go plandeką. Sowy jeszcze nie było. Po kilku minutach zadzwonił.
- Kurwa, kurwa - zaczął. - Wyślij mi smsem współrzędne, bo nie wiem jak wrócić.
Wysłałem. Po chwili drugi telefon.
- Ty, Andryszek - wziął oddech, - a jak je mam wprowadzić?
Zanim Sowa wrócił z zakupami, do bazy przyjechały jeszcze dwa auta z rodzinami w emerytalnym wieku. Wszyscy się zakwaterowali w pobliżu kąpieliska. Sowa przygotował mięso, ja zebrałem resztki patyków i drobnych drzazg na rozpalenie ognia w metalowym grillu. Zanim mięso przeszło przyprawami, Sowa skleił kołowrotek i przygotował sałatkę z papryki i bakłażanów. Faktycznie - wyszła nam królewska uczta, zarówno pod względem ilościowym jak i smakowym.
Całe popołudnie minęło nam na plażowaniu, pływaniu i znów plażowaniu. Bez wędki Sowa dokarmiać ryb nie umiał, więc zapowiadał się wieczór bez atrakcji. Jednak kiedy poszedł do motocykla by podładować komórkę, zwinęła go szefowa turbazy. Ze swoim znajomym zaprosili go na wieczorne rozmowy przy kieliszku. Nie czekając na rozwój wydarzeń poszedłem na plażę. Świerszcze już zaczęły nocny koncert. W piaszczystym brzegu sterczały cztery wędki i dwóch wędkarzy.
- Skąd przyjechaliście? - zaczął niższy, prawie całkiem siwy mężczyzna.
- Z Polski.
- Oho! Kawał drogi. Mam dobrych kolegów w Polsce - podał dłoń. - Sasza jestem, a to Dima - przedstawił kolegę. - Jestem zawodowym strażakiem, a w zeszłym roku mieliśmy ogromne pożary lasów i polscy strażacy nam pomagali.
- Słyszałem. Rybka bierze?
- A czort z rybą! My tu nie po ryby przyjechali. Chodź z nami - i pociągnął mnie pod wiatę, gdzie za obficie zastawionym stołem siedziały dwie kobiety. - Proszę, oto moja żona - wskazał dłonią blondynkę z opaską we włosach. - Z zawodu wojskowy prokurator, z domu doniecka kozaczka. A to żona Dimy - przedstawił roześmianą kobietę o obfitych kształtach. - Chachłaczka. Siadaj i się rozgość.
- Zaczekajcie, zaraz wrócę.
I wróciłem z menażką niedawno upieczonego mięsa.
- Dobre wasze, dobre nasze. Spróbujcie.
Usiadłem pomiędzy Dimą a jego żoną. I zaczęła się rozmowa. A potem śpiewy. Po kilkudziesięciu minutach pojawił się Sowa. Zanim o cokolwiek zapytał, już go wciągnęli za stół. Do śpiewania mój kompan za bardzo się nie nadawał, ale przynajmniej wzniósł toast, również i w moim imieniu.
- No dobrze - zdecydowałem po północy. - Na nas czas, bo rano jedziemy dalej.
- O której?
- Dokładnie nie wiem, ale spróbujemy koło ósmej.
- To jeszcze śniadanie zjemy razem - powiedział na odchodne Sasza.
Jeszcze podczas porannego pakowania gratów, kątem oka widziałem jak pod wiatą gdzie wczoraj gościliśmy, całe towarzystwo uwijało się niczym w ukropie. Od czasu do czasu zjawiał się Dima z jednym pytaniem:
- Już jedziecie?
- Zaraz - padała niezmienna odpowiedź.
Kiedy rzeczywiście byliśmy gotowi do odjazdu, przyszedł Sasza.
- No, na całe szczęście zdążyliśmy.
- Z czym?
- Ze śniadaniem. Ucha czeka. Udało się złowić kilka rybek. Zapraszamy.
Rybna zupa, wędliny, owoce i warzywa. Do tego herbata i kawa. Pamiątkowe fotografie, uściski i wzruszenia. Żonie Dimy nawet zakręciły się w oku łezki, kiedy odpalaliśmy motocykle. No cóż, słowiańskie dusze...

ZIELONE MORZE

Ukraina 2 - fot. 5 Z każdym kilometrem droga stawała się coraz lepsza. Czasami jechaliśmy czymś, co można było nazwać asfaltem, choć w podmiejskich osadach i na kolejowych przejazdach różnie bywało. Donieck staraliśmy się minąć opłotkami i kiedy zdawało się, że najgorsze mamy za sobą, tuż za niepozornym skrzyżowaniem usłyszałem milicyjny gwizdek. Odruchowo zjechałem na chodnik i zatrzymałem się. Sowa pojechał dalej. Za drzewem stało trzech mundurowych. Jeden z nich, wysoki, szczupły brunet zbliżał się żwawo.
- A ten gdzie pojechał? Zaraz go tu ściągniemy - wyciągnął radiotelefon.
- Nie trzeba - zacząłem pospiesznie. - On nie ma nawigacji, nawet z miasta nie wyjedzie - wyciągnąłem z kieszeni GPSa. - Zaraz wróci.
- No dobrze. Proszę zabrać dokumenty i za mną.
Kierowaliśmy się w stronę ukrytego za płotem radiowozu.
- To za ten znak - pokazał palcem.
- A co on winien? - patrzyłem na niebieska blachę z rysunkiem wyznaczającym pasy ruchu.
- Za skrzyżowaniem wjechaliście pod prąd.
- Przed skrzyżowaniem były na jezdni białe pasy, a za skrzyżowaniem nie było... Znaczy, nie widziałem - poprawiłem szybko.
- Dlatego ten znak stoi.
- Ale widać go dopiero po przejechaniu skrzyżowania.
- Nie moja wina. Proszę do samochodu.
Ewidentnie polowali na kasę, bo na sto procent ze skrzyżowania zjechaliśmy po prawidłowej stronie - ale nie było linii, kamer, monitoringu, więc panowała pełna uznaniowość. Nieprzypadkowo wybrali to miejsce, bo pozostali dwaj milicjanci też mieli pełne ręce roboty.
- Co wy tu robicie? - zapytał przeglądając mój paszport.
- Matka tego co pojechał - zacząłem z góry wymyśloną opowieść, - i moja matka, to rodzone siostry. Ich ojciec, czyli nasz dziadek, pochodzi z tych okolic i na łożu śmierci kazał nam odnaleźć jego wioskę i naszą rodzinę.
- Gadaj zdrów, zaraz uwierzę...
- Naprawdę - wyciągnąłem aparat i pokazałem robione wczoraj zdjęcia. - O, to chałupa naszego dziadka - wyświetliłem ruiny walącej się poczty. - A to nasza rodzina - wskazałem pożegnalną fotkę robioną jeszcze dziś za stołem.
- Noo, może i prawdę ty mówisz... W takim razie dam najmniejsza karę jaka może być.
- Eech, dalibyście spokój z tą karą. Przed wyjazdem wszyscy motocykliści mówili, że nie dam rady objechać Ukrainy bez mandatu. Cały kraj jechałem przepisowo, a wy tu teraz chcecie mnie karać za takie byle co.
- Jak to za byle co? Zagrożenie było.
- E tam... zaraz zagrożenie. Byłbym pierwszym, któremu bez kary udało się objechać wasz kraj.
- No dobra, tobie nie wypiszemy, ale temu co pojechał, damy największą karę.
- W porządku - zgodziłem się skwapliwie, bo trudno było karać kogoś, kogo nie ma. - Zaraz po niego zadzwonię.
Sowa odebrał dopiero za drugim razem.
- Gdzie stoisz?
- Za zakrętem.
- Przyjedziesz?
- A po co? Wystarczy że ciebie mają i w ogóle po chuj się zatrzymywałeś?
- Dobra, w porządku. W takim razie czekamy - i rozłączyłem się wiedząc, że milicjant bacznie analizował to, co mówiłem.
- No i co?
- Zaraz przyjedzie, jak tylko go puszczą.
- Kto?
- A ja wiem?
Minuta mijała za minutą, a ja w duchu modliłem się, żeby tylko Sowa nie przyjechał, bo zepsułby całą moją bajkę. Koledzy milicjanta kroili kolejnych zatrzymanych za wyimaginowane przekroczenie. Czas płynął, kasa uciekała.
- To co ja mam z tobą zrobić? - zapytał.
- Pokiwać palcem i puścić.
- Ech, no dobra. Jedź. Za tego dziadka was puszczę.
Wyskoczyłem z radiowozu jak z procy. Ale po drodze zatrzymał mnie inny milicjant.
- Co tam masz? - wskazał pochwę przy moim pasku.
- Scyzoryk. Chlebka ukroić, kiełbaskę...
- Pokaż.
Pokazałem.
- Eee - burknął zawiedziony. - Myślałem że paralizator, albo przynajmniej gaz tam nosisz.
Dopiero bym popadł w kłopoty - pomyślałem. Szybko wsiadłem na motocykl i odjechałem. Sowa rzeczywiście stał za zakrętem nad kupką petów. Przynajmniej przez ten czas upapierosił się do oporu.

Całe zajście opowiedziałem mu dopiero kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdy zatrzymaliśmy się przed piramidą arbuzów. W ogóle krajobraz zmienił się radykalnie, zaczęły się góry, a przy drodze sterczały kolorowe stragany. Zamiast picia wzięliśmy jeden z owoców, ale nie z rozgrzanej sterty, a z chłodziarki. Obsługująca dziewczyna o orientalnej urodzie pokroiła go na kawałki. Siedliśmy w cieniu orzechowców nad szemrzącym strumykiem.
- Czego od ciebie chcieli? - zapytał Sowa nawiązując do milicyjnego patrolu.
- Nie wiesz? Podyskutować o bieżącej sytuacji na rynkach walutowych.
Do Morza Azowskiego jechaliśmy i jechaliśmy. Widać je było od dłuższego czasu, ale zbliżyć się było trudno. Wciąż sunęliśmy wzdłuż linii brzegowej. Wreszcie dotarliśmy do jakiegoś turystycznego miasteczka, gdzie lokalne oznakowanie doprowadziło na plażę. Plaża była ogrodzona, ale za symboliczną opłatę można było wjechać motocyklem i rozstawić namiot.
Sypki, plażowy piasek okazał się na tyle zdradliwy, że nawet Sowa na wypasionym motocyklu oparł się na kufrze. Ja, wpół jadąc wpół idąc, doczłapałem pod płot odgradzający ostatnie trzydzieści metrów linii brzegowej. Każdy kto tam wjechał, miał kłopoty. Ukraiński bus grzązł z każdą chwilą próbując wydostać się na twardy grunt. Kierowca podstawił lewarek i pompował. Ściągnąłem motocyklowe ciuchy i pomogłem znosić deski pod uniesione koła. Potem pchałem z innymi plażowiczami. Udało się. Szczerym podziękowaniom nie było końca.
Był problem z drewnem na ognisko.
- Dziś zagotujemy wodę na gazie - zaproponował Sowa. - Mamy jeszcze półtora litra, to akurat na dziś i jutro - rozstawił palnik i napełnił menażkę. No i zaczął opowiadać. Gadał, gadał, gadał, aż w końcu usłyszałem:
- Kurwa, woda się wygotowała.
Napełnił menażkę po raz drugi i już siedział cicho. Po chwili:
- Kurwa, woda się wylała - patrzył na przewróconą w piasku kuchenkę.
Po raz trzeci zabrał się do gotowania. Kiedy gorący płyn już parował z naszych kubków, podsumował:
- Kurwa, kurwa. Półtora litra na dwie kawy...

Plaża była prawie pusta. Morska woda ciepła, ale zielona. To znaczy nie woda miała kolor zielony, ale roślinki które w niej pływały. Wychodząc z kąpieli trzeba było szybko iść, by jak najmniej tego barwnika zostało na ciele. Na szczęście niedaleko stały prysznice, więc można było się opłukać. Sowa przy okazji nabrał wody w butelkę.
- Na poranną kawę - wyjaśnił.
- To może weź jeszcze drugą?
- Jutro ty gotujesz.
- To wystarczy jedna.
Wieczorem poszedł szukać przygód na przybrzeżnym molo. Zostałem w obozowisku, ale po zmroku jeszcze raz poszedłem nad morze. Ludzi prawie nie było. Księżyc odbijał się w falach. Ciepła woda łagodnie obmywała piaszczysty brzeg. Aż dziw brał, że wszyscy pchali się nad Morze Czarne...

koniec części drugiej

PEŁNA GALERIA