UKRAINA

W pojedynkę

Ukraina 1 - mapa

ZESTAWIENIE

Termin: 3-7 sierpnia 2013 r.
Uczestnicy: Andryszek
Trasa: około 1050 km.

WYJAZD

Ukraina 1 - fot. 1 - To co ci zrobić do jedzenia, jak wrócisz? - zapytała żona.
- Krysiu, wszystko co zrobisz, będzie wspaniałe. Ale najchętniej zaraz po przywitaniu się z Tobą powitałbym rogaliki.
- Załatwione.
Krzątałem się przy zapakowanym motocyklu w czyściutkich ciuchach i błyszczących od pasty butach, celebrując każdą chwilę rozstania. Zawsze w takich sytuacjach odczuwałem niepokój, niezależnie od kierunku w jakim ruszałem.
- No już, nie kombinuj i jedź - ponaglała żona. - Bo gęsi muszę wypuścić.
Trzy białe gąski z ciekawością patrzyły na nas zza ogrodzenia. Wyściskałem Krysię, ucałowałem, machnąłem na pożegnanie ptactwu, odpaliłem motocykl i ruszyłem na wschód. Na razie ten bliższy, bo tylko do Todka, pod granicę, nieopodal przejścia w Dorohusku.
Nim ruszył Teleexpress, oprócz mnie w todkowym garażu zameldował się Sowa, Gregor i Gadek. Dołączył też Sławek - kolega Todka. Jak zwykle w takich przypadkach rozmowa kręciła się wokół motocykli, oprzyrządowania i lekko zahaczała o nasz wyjazd.
- A ja do swojego kompletu nie mogłem znaleźć klucza siedemnastki i dziewiętnastki - zwierzył się Sowa. - I wiecie co zrobiłem?
- Wziąłeś dwunastkę i siódemkę? - podsunąłem myśl.
Sowa nie byłby sobą, gdyby komuś nie pomógł. Padło na Gregora, który marudził o słabo ciągnącym silniku w jego aucie.
- Ropniaka masz?
- Tak.
- Otwieraj maskę. Zaraz naprawię. - Sowa pochylił się nad silnikiem i wyjął jakieś trzy postrzępione rurki. - Teraz będzie dobrze, spróbuj.
Gregor z próbnej jazdy wrócił bardzo zadowolony.
- Oto ręce które leczą - powiedział o Sowie. - Kaszpirowski mechaniki samochodowej.
Zanim grill nabrał odpowiedniej temperatury, na podwórko wjechał Listonosz z Danusią i w komplecie zasiedliśmy do postawionego pod wiatą stołu. Kilka minut po północy Ania, żona Todka, zarządziła:
- Ty Andryszek, Gadek i Sowa śpicie z moją mamą.
Widząc moje powiększające się z każdą chwilą oczy, szybko sprostowała:
- ...znaczy się, u mojej mamy w domu. Po sąsiedzku.

GRANICA i PIERWSZY BALET

Ukraina 1 - fot. 2 Było kilka minut przed siódmą kiedy wstałem. Cichutko ubrałem się i wyszedłem do przedpokoju.
- Dzień dobry - powitała todkowa teściowa. - A ja już napiekłam świeżych racuszków.
Nie trzeba było mnie długo namawiać. Zapach roznosił się po całym domu, więc zaraz w kuchni pojawił się Gadek i Sowa. Pół godziny później zaczęliśmy drugie śniadanie u Todka. Przyjechał Longi - wyjątkowo przy dziennym świetle, bo najczęściej zdarzało mu się przyjeżdżać po pracy, czyli po północy. Od gospodarzy dostałem na drogę dwie puszki konserwowanej słoniny.
- A gdzie takie coś można kupić? - zainteresował się Gadek.
- W Parczewie.
- To ja podjadę z wami do tego sklepu i zawrócę.
Bo plan był taki, że do granicy podskoczymy prawie wszyscy, na Ukrainę wjadę z Todkiem i Longim, a od następnego dnia będę podróżować sam. Sowa miał dojechać cztery dni później.
Przejście w Dorohusku czekało w pełnym słońcu.
- Todek, gdzie tu najlepiej wymienić pieniądze? - zapytałem.
- Nic nie wymieniaj, wszystko załatwimy po drugiej stronie.
Wyściskaliśmy się na pożegnanie z Sową i pokornie podjechaliśmy pod pierwszy szlaban. Todek zsiadł z motocykla i poszedł do pogranicznika. Najpierw gadali, potem machali rękami, a na koniec się pośmiali i mogliśmy jechać. Niestety, kiedy dotarliśmy do mostu, ścieżka zwężyła się i musieliśmy stanąć. Skwar z nieba szybko ściągnął z nas kurtki. Kolejka to stała, to niemrawo posuwała się po kilka metrów i znów zamierała. Dojrzawszy nieco więcej miejsca postanowiłem zaryzykować. Wjechałem między dwa sznury aut, Todek i Longi za mną. Ku naszemu zadowoleniu kierowcy zaczęli usuwać się z drogi. Tym sposobem łatwo dotarliśmy pod ukraiński szlaban. Tu lejce przejął Todek.
- Dobra, wy tu postójcie, a ja pogadam z granicą.
W tej rozmowie było więcej machania niż gadki, ale w końcu udało się i mogliśmy postawić motocykle pod wiatą. Przynajmniej trochę cienia. Poszliśmy za Todkiem do budki, gdzie już czekał urzędnik.
- Wy kto? - zapytał.
- Milicjoniery z Polszy - Todek pokazał jakiś dokument. Pogranicznik popatrzył na Longiego i jego długie włosy.
- On nie wygląda - mruknął.
- Bo on z tajnej.
Nie wiadomo czy uwierzył, ale zaśmiał się skąpo. Dalsza odprawa przebiegła szybko i w przyjaznej atmosferze. Zupełnie inaczej niż rok temu na białoruskim przejściu.
Zaraz za granicą stanęliśmy na parkingu przed dużym sklepem. Obok sterczała budka z pamiątkami, kiosk z fajkami, oraz przydrożny bar. Ledwie się zatrzymałem, dopadł mnie jakiś młodzieniec.
- Pieniądze wymienisz? - zapytał natarczywie. - U mnie najlepszy kurs. Ile chcesz?
Niestety mam tak, że im ktoś bardziej naciska, tym większy stawiam opór. Było mi gorąco, z parkingowego, piaszczystego podłoża wystawały korzenie, a ja nie mogłem znaleźć dobrego oparcia dla motocyklowej stopki.
- Ja ci pomogę - waluciarz chwycił za kierownicę.
- Nie trzeba - czym prędzej zsiadłem z motocykla, byle tylko uwolnić się od natarczywca i zdjąć kask. Odszedłem dwa kroki i moja maszyna przewróciła się na prawą stronę. Wszyscy rzucili się do pomocy. A mój waluciarz nie ustępował.
- No to teraz wymienisz złotówki?
- Nie - denerwowałem się coraz bardziej. - Todek, pojedźmy gdzieś w drugie miejsce.
- Dobra.
Po kilku chwilach staliśmy pod średniej wielkości sklepem spożywczym.
- Przecież wiesz - zwróciłem się do Todka, - że chcę wymienić forsę, kupić kartę telefoniczną i ukraińską mapę. A ty mnie wieziesz pod spożywczaka.
- Ciiicho, tutaj wszystko kupisz, wszystko załatwisz.
W środku było przysłowiowe mydło i powidło. Kupiliśmy jedzenie, picie na dzień i noc. Zaopatrzyłem się w dwie telefoniczne karty, bo jedną Longi miał zawieźć dla Sowy, byśmy za cztery dni mogli się łatwiej odnaleźć. No i oczywiście beż żadnych kłopotów wymieniłem złotówki na hrywny, po atrakcyjnym kursie, a cała transakcja została odnotowana w wyświechtanym zeszyciku. Pewnie z legalnością niewiele to miało wspólnego, ale przynajmniej nachalności nie było. Niestety, z papierową mapą, taką w jednej płachcie, było gorzej. Dowiedziałem się, że do nabycia mają tylko atlasy w formie książkowej, bardzo niewygodne w użyciu, zwłaszcza na motocyklu. No i rozwiano moje nadzieje na wykup dodatkowego ubezpieczenia zdrowotnego:
- Kiedyś tak, nawet obowiązkowo. Teraz nie. Widać wolą bezpośrednio brać do ręki - powiedziała młoda sprzedawczyni.
Todek wykonał jeden telefon do znajomego i po kilku kilometrach spotkaliśmy się z nim pod wiejskim sklepem. Następnie, pilotowani po lokalnych drogach, dotarliśmy do jeszcze jednego znajomego Todka. Tu nastąpiło uściślenie planów i pokierowano nas na Zhorany - letniskową miejscowość nad jeziorem. Poprzedzający nas samochód z przewodnikiem poczynał żwawo po ukraińskich asfaltach, a ja miałem nadzieję, że te łaty, nierówności i wykruszenia w jezdni są tymi słynnymi kiepskimi drogami, i że z taką nawierzchnią dalsza podróż będzie fraszką.
Na miejscu pod swoje skrzydła wzięła nas Oksana - postawna kobieta z długim i grubym warkoczem.
- Namioty? Stawiajcie gdzie chcecie, ale ja was zaprowadzę nad staw - i ulokowała nasza trójkę na ładnie wystrzyżonym trawniku. W sąsiedztwie mieliśmy kilka domków w różnym stopniu przystosowanych pod wynajem.
- Nie mam namiotu - Longi spojrzał na Todka.
- Ale ja się strasznie rozwalam...
Longi zerknął na mnie.
- Chrapiesz? - zapytałem.
- No...
- To nie wiem...
- Ale jak dasz plandekę, to ja namiot zmajstruję. Przerzucę przez płot, a drugą stronę przypnę do ziemi.
Naszym poczynaniom przyglądało się młode ukraińskie małżeństwo. Najwięcej uwagi wzbudzał Longi i jego konstrukcja, która co kilka minut przechodziła dziwne metamorfozy.
- Zamierzasz pod tym spać? - zapytał Ukrainiec.
- Tak.
- To ja ci pożyczę namiot. Nam niepotrzebny, bo i tak śpimy w domku.
Kiedy obóz nabrał ostatecznych kształtów, zabrałem się za aktywację telefonicznej karty. Prawie wszystko poszło gładko, ale gdy przyszło na konfigurację internetu, otrzymałem komunikat, że muszę skontaktować się z operatorem. Wybrałem podany numer, a z drugiej strony automat zaczął odczytywać formułki, zadawać pytania i prosić o naciskanie jakichś klawiszy. Zbaraniałem.
- Idziesz z nami do jeziora? - zapytał Todek.
- Nie. Wy idźcie, a ja powalczę z tym internetem.
Po kilku próbach zrozumienia automatycznego operatora dałem sobie spokój. Na szczęście pojawił się mody Ukrainiec, który Longiemu pożyczył namiot.
- Cześć - zawołałem. - Jak ci na imię?
- Jura.
- Pomożesz mi? Trzeba odsłuchać automat i skonfigurować telefon pod internet.
- No, dawaj...
Jura wysłuchiwał cierpliwie poleceń, wciskał kolejne kombinacje na telefonicznej klawiaturze i po pięciu minutach w słuchawce usłyszał głos:
- O co chodzi?
Zaczął wyjaśniać i rozładowała się bateria.
- To ja wezmę telefon do domku i podładuję - zaoferował.
- Dobrze. Później znowu spróbujemy.
Chłopaki wrócili znad wody. Todek załatwił u Oksany stół i ławkę do wieczornej kolacji.
- Gdzie z tym stołem? - podniosłem głos widząc meble pod moim namiotem. - Zasuwajcie z tym pod płot. Wy będziecie imprezować do rana, a ja i tak o północy pójdę spać. Będziemy sobie przeszkadzać.
- Kto tu będzie imprezować?
- Aha. Zobaczysz.
O mały włos bym się pomylił, bo już dochodziła dwudziesta pierwsza jak siedzieliśmy za stołem sami, oczekując todkowych znajomych. Zanim całkiem zapadł zmrok, pojawiła się wyczekiwana ekipa na czele z długowarkoczą Oksaną. Wieczerza natychmiast nabrała rumieńców. Tempo też podskoczyło. Nie obeszło się bez śpiewów. Zdążyłem jeszcze z Jurą uruchomić internet, co nie było rzeczą łatwą bo ponownie trzeba było się przebić przez automatyczne komunikaty. Na koniec Jura usłyszał:
- A i tak niepowiedziane, że w innym regionie Ukrainy ta konfiguracja zadziała.
- Co wtedy?
- Trzeba znowu dzwonić.
- O bladź.
- Ale może zadziała.
Póki co - działała.

SUCHY LAS

Ukraina 1 - fot. 3 Ledwie zakończyłem poranne notatki jak Longi przerwał chrapanie i wynurzył się z namiotu. Niedługo po nim, obudzony nieoczekiwaną ciszą Todek, także pojawił się na trawniku. Okoliczne domki jeszcze spały. Todek podrapał się pod pachami.
- Eeech - ziewnął. - Jakoś wcześnie się wczoraj skończyło.
- Za to późno się zaczęło - zripostował Longi.
Sprzątnęliśmy wokół stołu. Todek w międzyczasie czytał etykiety opróżnionych butelek.
- Ooo, i to wczoraj piliśmy? - dziwił się.
- Zapomniałeś? Jeszcze trochę zostało na odświeżenie pamięci.
- Nie, nie. Zaraz zwijamy obóz i jedziemy nad Świtaź.
Jak Todek powiedział, tak zrobiliśmy. Droga prowadząca nad wodę, z asfaltówki zmieniła się w szutrówkę, a później, zwłaszcza na skrzyżowaniach, w sypki piach. W końcu dotarliśmy na surowy parking, gdzie wśród swobodnie postawionych pojazdów królowała budka z napojami i lodami. Zostawiliśmy kaski i kurtki przy motocyklach. Todek sam się zostawił.
- Popilnuję dobytku. Ja tutaj już byłem i niejedno widziałem - zmrużył oko stając w kolejce po zimny napój.
Łagodny brzeg Świtazi ciągnął się daleko w toń, ukazując w przejrzystej wodzie piaszczyste dno. Przypominało to mazurskie jeziora mojego dzieciństwa, kiedy kryształowa woda umożliwiała łapanie małych rybek słoikami po dżemie.
Postaliśmy z Longim na brzegu podpatrując pilingujących się piaskiem młodzieniaszków i chichoczące na ich widok dziewczęta. Słoneczny skwar cierpliwie uprzykrzał nam życie w ciężkich spodniach. Dochodziło południe. Na rozłożonych kocach dokazywały dzieci, a dorośli raczyli się czym mogli.
- Nic nie było - zacytowałem swoją mamę. - Czas jechać.
Kiedy Todek dopił chlebowy kwas, zrobiliśmy pamiątkową fotkę i na pierwszym skrzyżowaniu w miasteczku się rozjechaliśmy. Ogarnęła mnie nostalgia przeplatana z niepokojem, jednak ten stan nie potrwał długo, bo już po dwustu metrach skończył się asfalt. Wjechałem na bruk, a potem na szutrówkę, która po kilometrze przeszła w piach.
- Niemożliwe - pomyślałem. - Pewnie zgubiłem drogę.
Ponieważ nawigację miałem w kieszeni bo podróżowałem tylko na podstawie głosowych komunikatów, musiałem zatrzymać się by zerknąć na elektroniczną mapę. Wszystko się zgadzało: po lewej stronie kolejowe tory, a po prawej rzeka. Kiedy minął mnie rejsowy autobus wiedziałem, że o pomyłce nie może być mowy. Jechałem drogą krajową drugiej kategorii, czyli tzw. białą. Przy okazji zerknąłem na kolory dróg które wczoraj poznałem i wywnioskowałem, że drogi oznakowane kolorem żółtym (pierwsza kategoria krajowa) to dziurawe asfalty, a czerwone - międzynarodówki.
Kląłem pod nosem na pokonywane dziury, wyboje i koleiny myśląc, że lepiej zacząć od najgorszego, bo potem będzie już tylko łatwiej. Tych piętnaście kilometrów jakoś pokonam, a potem nie dam się wyprowadzić w pole. Nawet nie przypuszczałem w jakim tkwiłem błędzie...
Moja pierwsza piaskówka dosypała się w końcu do asfaltu ukazując sielski obrazek: mała wioseczka, za nią przydrożny sklepik i jezioro. Zaproszenie aż nadto jawne. Zrzuciłem ciężkie od potu i piachu ciuchy. Wskoczyłem do czystej, ciepłej wody. Leżałem w przejrzystej toni na plecach rozkoszując się chwilą.
Wyschnąwszy w słońcu odziałem koszulkę i ruszyłem do sklepu. Akurat sklepowa - wysoka blondynka w trwałej ondulacji, zamykała drzwi.
- Zamknięte. Na autobus się spieszę - prawie krzyknęła o nic nie pytana. Chwyciła dwie siatki i pobiegła pod imitujący przystanek betonowy słup, po drugiej stronie drogi.
- Trzeba było najpierw do sklepu, a potem do jeziora - doradził starszy mężczyzna wysiadujący pod sklepową wiatą.
- Żebym wiedział, to bym tak zrobił. Myślałem że dłużej będzie otwarte. Waszego kwasu chciałem popić, z nalewaka.
- A skąd jedzie?
- Z Polski.
Mężczyzna zerwał się i podbiegł na skraj szosy.
- Luda, Luda! - krzyczał w stronę sklepowej. - Otwieraj! Tu człowiek z Polski motorem przyjechał, żeby kwasu popróbować, a ty mu sklep zamykasz!
- Nic nie gadał, to skąd ja miałam wiedzieć czyj on?!
- Widać się ciebie wystraszył! Otwieraj!
- Ale autobus...
- Otwieraj! Autobus zatrzymam.
Głupio mi się zrobiło, ale sklepowa już truchcikiem biegła, po przepastnych kieszeniach fartucha sklepowego klucza szukała.
- A to ja taka straszna, że mnie się wystraszył? - pytała wchodząc za ladę.
- Nie, skądże. Nic nie mówiłem, bo godziny pracy to godziny pracy, a rozkład jazdy autobusów to też rzecz święta.
- Oj, widać że u nas od niedawna. Ile nalać?
- Dwa duże kubki.
Zatrąbił autobus.
- No i czego tam trąbi? - obruszyła się. - Spragnionego trzeba napoić, a ten się niecierpliwi. Już mu Stiepanycz da szkołę - zerknęła przez drzwi na przystanek, gdzie mężczyzna spod wiaty tłumaczył coś kierowcy. Co jakiś czas wskazywał na motocykl, to na sklep.
- A na drugi raz - dodała, - to trzeba od progu krzyczeć. Ludzie pomogą, nawet rozkład jazdy autobusów zmienią...
Kiedy autobus z Ludą - sklepową co nie była taka straszna, zniknął za zakrętem, postawiłem przed Stiepanyczem kubek z chlebowym kwasem.
- Na zdrowie.
- Na zdrowie ja mam tu coś innego - odrzekł znacząco mrużąc oko. - Ale za kwas dziękuję. Dobry na popitkę - i wyciągnął spod stołu butelkę z mętnym płynem. - Dobry, swojski. Samogonczik.
- Ale ja nie piję.
- Oj, a czym tak podpadł?
- Niczym. Swoje w życiu wypiłem.
- No cóż - westchnął Stiepanycz. - Bywa i tak. Namawiać nie będę - spojrzał na drogę skąd zbliżały się dwie postaci. - Ale może synalkowie pomogą. Witalij i Władymir - przedstawił synów.
- Jak Kliczkowie.
- Ooo! To naszych Kliczków zna?!
- A co mam nie znać, kiedy polskich bokserów obijają...
- Ajaj, nic strasznego, to tylko sport. Napijecie się po krużyczku? - zwrócił się do chłopaków.
- Nie, mamy swoje piwo - wyciągnęli zielone puszki.
- To co tam w Polsce?
- Ano nic specjalnego. Żyjemy pomalutku.
- Taak. Tutaj też nikt się nie wyrywa. A by się przydało... - wychylił szklaneczkę. - Wasz prezydent u nas niedawno był...
- Kwaśniewski. Były prezydent - dodałem ostrożnie wiedząc, że jestem na Wołyniu i jego wizyta była związana z wymordowaniem wielu Polaków na tych ziemiach.
- I co ty o tym myślisz?
- No cóż. Dobrze że był, złożył hołd, rozmawiał. Bo moim zdaniem rozmawiać trzeba, pamiętać trzeba, mówić o naszej trudnej historii...
- Łatwa ta nasza historia nigdy nie była...
- Ale trzeba też patrzeć w przyszłość. Żeby z tego co było wyciągać wnioski, a nie budować mury.
- O to, to!
- A u nas - wtrącił Witalij, - tak nie ma. Nawet między swoimi koty drą.
- W Polsce nie inaczej. Powiadają, że gdzie dwóch Polaków, tam trzy poglądy.
- Ale wy przynajmniej do Europy, na zewnątrz, do świata macie jedną politykę.
- Różnie bywa...
- Nie - dodał Władymir. - My studiujemy w Kijowie, tam wielu Polaków i wiemy jak u was jest. Inaczej.
- No, może inaczej. Nie znaczy że we wszystkim lepiej - za wszelką cenę starałem się zatrzeć kontrast w naszych opiniach, bo nauczony poprzednimi wyjazdami wiedziałem, że każda matka jest święta, a siostra to dziewica. Na swój kraj miałem prawo wybrzydzać, ale nie na obcy - zwłaszcza ten, w którym byłem gościem. - Kłócimy się i my, a ostatnio nawet więcej - dodałem.
- Ale jak przyjeżdżacie do nas motocyklami z tym swoim rajdem, to nie widzimy u was podziałów - obstawał przy swoim Wołodia.
- Tylko co się potem u nas dzieje, jak wyjadą? - zapytał Witia i zapadła cisza.
- Co się dzieje?
- Jak przyjeżdża ten rajd - zaczął powoli ojciec, - to wszyscy Polacy idą do nich, pokazują, ściskają, fotografują się. Wszyscy to widzą, zwłaszcza Ukraińcy. Wasi dają jakieś podarki, kładą kwiatki i odjeżdżają. A miejscowi zostają... Życia potem nie ma.
- Mówiłem - wtrącił Witalij, - że między swoimi koty drą.
- Dobra, zmieńmy temat - zaproponował Wołodia. - Euro nam nie wyszło.
- Ot i zmienił - westchnął ojciec. - Historię na tragedię...
Było już późne popołudnie kiedy zdecydowałem się zjechać z drogi bezpośrednio w las. Wolałem nie ryzykować wywrotki, więc zatrzymałem się i pieszo wyszukałem przesmyk wśród drzew, bo piaszczysta droga nie wróżyła niczego dobrego. Jadąc samotnie każda wywrotka niosła za sobą oprócz ryzyka, dodatkowy wysiłek i stratę czasu, bo mocno załadowanego motocykla nie byłbym w stanie sam podnieść. Musiałbym zdejmować bagaż, podnosić i ponownie pakować. Pół godziny straty jak nic. Dlatego bardzo ostrożnie przecisnąłem się po leśnym runie na odległość trzystu metrów od drogi. Ustawiłem motocykl za leżącym, suchym konarem. Nie tylko konar był suchy. Cały las wręcz trzeszczał w kurzliwej suchości, a brunatne mchy sterczały jak zużyte gąbki. Po rozstawieniu namiotu długo rozglądałem się za miejscem, gdzie mógłbym rozpalić choć niewielki ogień. Jak na stogu siana. W końcu zdecydowałem się na oddalony o kilkanaście metrów piaszczysty pas przeciwpożarowy. Zaczynała boleć głowa. Chyba od tych upałów i kilku godzin w kasku. Wygadało, że dostałem słonecznego udaru. Szybko zjadłem polską - chińską zupkę, wypiłem kubek czarnej kawy i położyłem się w namiocie. Nawet nie ściągnąłem ciuchów bo myślałem, że tylko trochę odpocznę na śpiworze.
Obudziłem się w czarną i zimną noc. Po omacku zamknąłem namiot, rozebrałem się i wsunąłem do śpiwora nie sprawdzając która godzina. Głowa nadal bolała, ale ponownie szybko zasnąłem.

- A jak tyś tu człowieku wjechał? - przed namiotem stał postawny mężczyzna w bluzie moro. - Toż po tych drogach tylko ruskie motory z kolaską dają radę.
- Nie jechałem drogą - wyszedłem z namiotu. - Pomiędzy drzewami się przeciskałem.
- No, mołodziec. A to moja maszyna - ruchem głowy wskazał na leśny zaprzęg jednokonny, potocznie zwany linijką. - Ja tu lasu pilnuję.
No to po mnie - pomyślałem zerkając w stronę czarnego paleniska w przeciwpożarowym pasie. Leśniczy jednak nie zwracał na to uwagi. Nasza rozmowa kręciła się wokół motocykla i wyprawy.
- Jak to nie wiesz gdzie jedziesz i kiedy wracasz?
- Normalnie. Jadę wokół Ukrainy, aż do skutku. Nie wiem gdzie się wieczorem zatrzymam i dokąd jutro ruszę. Byle dookoła waszego kraju.
- I cały czas w namiocie mieszkasz i na ogniu gotujesz?
- Tak. Może napijemy się kawy?
- Chętnie.
Ponownie rozpaliłem ognisko. Leśniczy nawet się nie zająknął. Wręczyłem mu kubek z parującym napojem.
- Proszę siadać - wskazałem trójnożny taboret. Chłop był bardzo słusznej postury, ale ufnie usiadł. Nóżki trójnoga wsunęły się głęboko w piasek i rozjechały każda w swoją stronę. Spinający je plastikowy pierścień nie wytrzymał. Trzasnęło. Leśniczy podskoczył.
- Ach Bożesz ty mój! Ja nie chciałem - tłumaczył zakłopotany. - Odkupię, zapłacę, tylko powiedz ile?
- Nie trzeba - wzbraniałem się wyciągając stołek z piasku. - Dwa dni jakoś wytrzymam, a potem kolega przywiezie stalową opaskę i naprawimy.
- Ale tak nie można. Ja takiej szkody narobił.
- Naprawdę głupstwo. Nie ma czym się przejmować...
I tak w kółko. On swoje, ja swoje. Wypiliśmy kawę, zwinąłem obóz, wyprowadziłem motocykl na drogę, a leśniczy dalej:
- To jak ja mam tobie wynagrodzić krzywdę?
- Nic nie trzeba wynagradzać, wystarczy że mandatu nie było.
- A za co?
- Za ognisko w suchym lesie.
- Za ognisko? Żeby to jakieś zagrożenie było, ale za ognisko? To weź chociaż to ode mnie na drogę - podał zawiniątko w tłustym papierze. - Swojska słonina, wędzona, a chleb też własnej roboty...

ZAROŚNIĘTE JEZIORO

Ukraina 1 - fot. 4 Mijałem furmanki załadowane sianem, lasy pełne grzybów i czyste jeziora. Moja dziurawa asfaltówka doprowadziła do szerokiej, gładkiej szosy. Zatrzymałem się by zajrzeć do nawigacji. Kilkanaście kilometrów międzynarodówką, potem w lewo i znowu w las - zaplanowałem. Po zaledwie paru kilometrach minąłem TIRa z polską rejestracją. Mrugał światłem awaryjnym. Zawróciłem. Kierowca walczył z wymianą koła.
- Pomóc?
- Jak możesz, to pomóż - odpowiedział nie przerywając roboty.
- Tylko mów co mam robić, bo przy czymś takim to jeszcze nie majstrowałem.
- Tu nie ma żadnej filozofii. Zakładamy klucz, na klucz rurkę, ja ciągnę, ty pchasz.
Nawet przez myśl mi nie przeszło, że z pozoru prosta czynność jaką jest wymiana koła, może nastręczyć tylu trudności. Po odkręceniu dziesięciu śrub ręce mieliśmy do kolan.
- I tak dobrze - powiedział Grzesiek, bo w międzyczasie poznaliśmy swoje imiona. - Myślałem, że któraś wcale nie puści. Teraz uważaj i w razie czego uciekaj na bok. - Podsadził rurkę i szarpnął. Koło zeskoczyło i na nasze nieszczęście zsunęło się do przydrożnego rowu.
- No, kurwa - skomentowaliśmy prawie równocześnie.
Dopiero sto metrów dalej rów przechodził w wypłaszczenie gdzie można było wytoczyć koło na asfalt. Po takim spacerze, z TIRowym kółkiem, nałożeniu i przykręceniu nowego, miałem serdecznie wszystkiego dosyć. Grzesiek może nie, bo tęższy i młodszy ode mnie był, ale też wyglądał na zmęczonego.
- To już nie ma się czego spieszyć - wyciągał gazową kuchenkę. - I tak nie zdążę na załadunek. Siadaj, coś zjemy.
Przy krajowej szosie zrobiliśmy sobie gościnę, na której i tak hitem okazała się kanapka ze słoniną, podarunek od leśniczego.
- Co jak co, ale słoninę potrafią uwędzić - mruknął Grzesiek oblizując z palców tłuszcz. - Jak mam postój na Zachodzie, to najlepiej z tymi zza wschodniej granicy trzymać. Z nimi dobrze zjesz, się napijesz, a i pomocy nigdy nie odmówią.
- Długo jeździsz?
- Szósty rok. Wcześniej żwir woziłem w Polsce.
- Na Zachodzie często bywasz?
- Kiedyś tak. Ale firma więcej płaci za Wschód. Zwłaszcza jak jedziesz za Moskwę. U nas niektórzy się boją. Ale ja mam to w dupie.
- Miałeś jakieś przykre zajścia?
- E tam. Milicja wyciąga łapy po łapówki, ale mam przygotowaną kasę z firmowego budżetu. Wszyscy wiemy o co chodzi. Taka kontrola odbywa się bez ceregieli, raz dwa i po sprawie. W tej całej jeździe najgorsza jest granica - to znaczy kolejki. Czekanie czasami po kilka dni.
- A w głębi kraju spotkało cię coś ciekawego?
- Raz, w okolicach Smoleńska nawigacja zgłupiała, pewnie od wojskowych radarów i popadłem w taką drogę, że ani jechać, ani zawrócić. Naczepa długa i ciężka, bo załadowana proszkiem do prania. Jezdnia dziurawa na szerokość mojego wozu, po bokach tylko mokradła, a ja wbiłem się w tą kiszkę na dwanaście kilometrów. Przede mną dziura po pas - nijak ominąć, ani przejechać. Zadzwoniłem do szefa. Ten dał opierdol i kazał radzić sobie samemu, byle tylko towar w całości dowieźć. Wokół głusza. Ale po godzinie usłyszałem szelest w krzakach. Wyszedł na drogę jakiś grubas w moro, z dubeltówką. Pomyślałem, że już po mnie i po towarze. Ale gadka-szmatka i grubas mówi, że jest emerytowanym pułkownikiem, że tutaj poluje, a teraz mnie zabiera do siebie i mam się nie martwić. Zamknąłem szoferkę i poszedłem za nim. Po kilometrze dotarliśmy do jeepa. Zajechaliśmy do drewnianej daczy. Wyposażenie na najwyższym poziomie. Potem przyszli jacyś jego kumple. Bardziej to wyglądało na mafię, niż na emerytowane wojsko, ale zaczęliśmy ostro pić i już wieczorem było mi wszystko obojętne. Rano do śniadania szklanka wódki i grubas pyta:
- Kiedy chcesz jechać?
- Dzisiaj.
- Dzisiaj nie da rady, bo Jurik jeszcze w terenie. Będzie dopiero wieczorem.
- A do czego nam Jurik?
- A jak chcesz wyjechać na szosę tym swoim TIRem? Daj kluczyki, bo do wieczora może zapomnisz gdzie je nosisz.
- No to dałem - snuł opowieść Grzesiek. - I wszystko się powtórzyło, czyli jacyś kolesie, żarcie, pijaństwo. Wieczorem jeszcze strzelaliśmy do butelek. Rano obudził mnie Jurik.
- Masz swoje kluczyki.
- A gdzie samochód?
- Na parkingu, przy krajówce. Szef cię po śniadaniu zawiezie.
- Jak wyjechałeś?
- Tyłem.
- Dwanaście kilometrów, po takiej wąskiej i dziurawej drodze?
- No.
- I do dzisiaj nie wiem - podsumował Grzesiek - czy prawdę mówił, czy żartował.
- Mogli dziurę zasypać i przodem wyjechać. A towar?
- Towar był nietknięty. Grubas twierdził, że na tym terenie nie trzeba wystawiać straży, bo to jego teren.
- Fajna przygoda.
- Może i fajna, ale większego kaca w życiu nie miałem. W firmie zrobili wielkie oczy, bo myśleli że towar przepadł, a ja z nim. Protokół strat już mieli przygotowany, tylko martwili się kto go podpisze, bo nawet nie odbierałem telefonu.

Dobra nawierzchnia skończyła się kiedy tylko zjechałem z drogi na Kijów. Nawigacja kierowała na północ, w stronę leśnych terenów. Na mapie wyglądało to obiecująco, ale już nauczyłem się nie ufać kartograficznym oznaczeniom w tym kraju. Po kilkunastu kilometrach dziurawą asfaltówkę zastąpiły betonowe płyty. Czasami pomiędzy szarymi pasami pojawiał się asfalt, czasami droga zupełnie ginęła lub przechodziła w szutrówkę. Takim urozmaiconym traktem, jadąc przez leśne ostępy, nieoczekiwanie wjechałem do maleńkiej wsi, gdzie obok chylących się ku runie chat stały odrapane, dwupiętrowe bloki, niektóre z wypalonymi oczodołami okien. Centralny punkt to zapuszczony park z pustym przedszkolem. No i złoty pomnik Lenina ogrodzony zardzewiałym parkanem. Nieopodal szarzał barak pełniący rolę sklepu, stół i ławka. Przy stole siedział poobijany człowiek, a pod stołem leżało dwóch. Poza tym nikogo. Obrazek jak ze „Stalkera” Tarkowskiego. Tak mi się skojarzyło. Nawet nogi tam nie postawiłem. Zawróciłem i przy ogromnej pryzmie świerkowej kory skręciłem w nieutwardzoną, leśną drogę. Zresztą - trudno to nazwać drogą, bo czasami była to ścieżka z błotnistym podłożem, czasami aleja wymoszczona gruzem. A nawigacja pokazywała, że jadę krajówką. Na ekranie GPSa wypatrzyłem niebieską plamkę wśród zieleni, niedaleko drogi. Jeszcze jakieś dwadzieścia kilometrów i rozbiję obóz - pomyślałem.
Plamka okazała się zarośniętą resztką jeziora, a droga - groblą. Nie wybrzydzałem. Byłem dostatecznie zmęczony, by nie dostrzegać tak drobnych mankamentów. Rozstawiłem namiot na grobli, prawie na środku drogi. Suchych patyków miałem w bród, więc szybko rozpaliłem ognisko, tuż nad wodą. Kiedy grzebałem w kufrze szukając kubka do kawy, za placami usłyszałem głośne sapanie. Obejrzałem się. Na mojej „plaży”, obok ogniska i drobiazgów które zdążyłem rozłożyć, stała dorodna krowa i piła wodę. Od czasu do czasu oglądała się, ale patrzyła nie na mnie. Podążyłem za jej wzrokiem i zobaczyłem jak z drugiego krańca grobli zbliża się całe stado jej sióstr. Szybko zdałem sobie sprawę, że „moja plaża” to „ich wodopój”. Zdążyłem zebrać spod ogniska graty i stanąłem pomiędzy namiotem i motocyklem, gotów na odparcie ciekawskich łbów. Za krowami, z witką w dłoni, szła drobna kobieta w chustce.
- Dobry wieczór - powiedziałem po rosyjsku. Nic nie odpowiedziała.
- Ona po rusku nie rozumie - zaszeleściło obok w krzakach i przede mną stanął niski mężczyzna z ogorzałą twarzą. - To chachłaczka.
- Pędzicie stado na noc?
- No, zmieniamy pole.
- Może zostaniecie trochę? Napijemy się kawy.
- Teraz to nie, ale jak zagonimy krowy, to wieczorem wpadnę.
- Ja ci wpadnę! - krzyknęła kobieta. - Wieczorem masz co innego do roboty!
- Patrz pan, jaka chytra - uśmiechnął się pasterz. - Jak tak, to po rusku nie rozumie...
Zanim zapadł zmrok, zrobiłem spacer wzdłuż zarośniętego jeziora. Na jego drugim brzegu stały opuszczone budynki gospodarcze, najprawdopodobniej chlewnie, gdzie kiedyś krowy miały schronienie. Z łagodnego brzegu wszedłem po kolana do wody. Myjąc się czułem jak o nogi trącają mnie małe rybki. Pod wszechobecnymi trzcinami widziałem powolne, półmetrowe karpie.
- Nie dadzą mi spać - pomyślałem o kłusownikach.

Noc minęła spokojnie. Poranna mgła powoli odsłaniała jezioro. Ogniskowy dym mieszał się z nią zacierając ślady pomiędzy brzegiem a wodą. Kończyłem śniadanie kierując twarz w stronę nisko wschodzącego słońca, kiedy zza coraz rzadszej, mgielnej zasłony wyłonił się skuter. Jego jeździec zatrzymał się koło mojego namiotu.
- Jak ryby?
- Wczoraj widziałem, duże - odparłem zgodnie z prawdą.
- A biorą?
- Nie wiem, nie próbowałem.
- To dobrze, bo ja tu pilnuję - i pojechał.
Zwinąłem obóz, zajrzałem w nawigację. Eee - pomyślałem - błahostka. Tylko pięć kilometrów lasu i zacznie się dobra droga...

LEONIWKA

Ukraina 1 - fot. 5 Tych niby trudnych pięć kilometrów okazało się najłatwiejszymi. Zaczęło się tradycyjnie: szuter, gdzieniegdzie resztki bruku, trochę piasku i znowu szuter. Potem coraz więcej kamieni i błota. Jednak nawigacja informowała w równych odstępach czasu, że zmierzałem w stronę Czarnobyla. Cóż, taka szosa - pomyślałem i jechałem dalej, choć prędkość często spadała poniżej dziesięciu kilometrów na godzinę. Las gęstniał, ale droga choć trudna, wciąż była przejezdna. Całe szczęście że dawno nie padał tu deszcz, bo pewnie dawno bym ugrzązł. Brnąłem ciągle z nadzieją, że za najbliższym zakrętem dotrę do lepszej nawierzchni. Wreszcie w środku lasu wjechałem do opuszczonej osady. Murowane, ale zdewastowane budynki, plac z betonowych płyt, słupy, latarnie, a nawet fragment chodnika stanowiły o lepszej przeszłości tego miejsca. Zatrzymałem się dla złapania oddechu. Usiadłem pod brzózką wyrastającą z dachu maleńkiego domku. Zerknąłem w nawigację. Nie było tu żadnej miejscowości. Kursor informował, że znajduję się na drodze krajowej. W środku lasu. Ale skoro jest miejscowość, to musi być niedaleko lepsza droga - tak rozumowałem. Ruszyłem więc dalej. Po stu metrach betonowe płyty kończyły się raptownym uskokiem w bruk. Ze czterdzieści centymetrów. Na pewno nie na mój załadowany motocykl. W pobliskich ruinach wyszukałem co większe kawałki gruzu i usypałem łagodny zjazd. Pchałem się naprzód, choć z każdym kilometrem droga stawała się coraz cięższa. Właściwie to nie była już droga, a dwie głębokie, piaszczyste koleiny. Jednak nie opuszczała mnie nadzieja, że już za następnym zakrętem... Za następnym zakrętem czekała błotnista, szeroka kałuża. Żadnych szans na ominięcie. Zawrócić też nie mogłem, bo pod kołami dwie, bardzo głębokie i piaszczyste koleiny. Żadnego pobocza, polany - tylko gęsty las na wysokiej skarpie. Zatrzymałem się, wyłamałem kij i zbadałem głębokość kałuży - co najmniej pół metra i miękkie dno. Istniał cień szansy na przejechanie krawędzią, gdzie było płycej. Zdjąłem ciężkie ciuchy, bo pot lał się ze mnie strumieniami. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem. Początek był całkiem obiecujący, bo przednie koło ładnie trzymało się pobocza. Niestety, kiedy nabierałem nadziei na powodzenie, tylne, szerokie koło, pośliznęło się i odjechało w bok. Przechyliłem się na prawą stronę. Noga nie znalazła podparcia w głębokiej kałuży i poleciałem w błoto.
- No to kurwa, ładnie...
Motocykl wbił się w czarną maź tak głęboko, że nawet po zdjęciu bagaży nie miałem szans na jego podniesienie. W dodatku koła sterczały na poboczu, więc wyżej niż kierownica. Wyjąłem z kieszeni nawigację. Kursor w środku zielonej plamy. W promieniu dziesięciu kilometrów żadnej drogi. Stałem tak pośrodku lasu: jeszcze wczoraj - czysty i pachnący motocyklista z Unii Europejskiej, a dziś - ujebany po uszy bajker z demoludów.
Przecież dzisiaj, odkąd wyruszyłem, nie spotkałem ani jednego człowieka. Bez pomocy nie ruszę stąd ani na metr - przemknęło przez myśl. Zanim ogarnąłem pełnią świadomości swoje kiepskie położenie, usłyszałem w oddali dźwięk silnika. Niski, ale zmieniający się ton, zapewne przy pokonywaniu głębszych dziur, zbliżał się z każdą chwilą. Nawet nie zdążyłem się ucieszyć, kiedy zza zakrętu wyjechała zielona miniciężarówka. W szoferce siedziało dwóch mężczyzn, a w ładownej skrzyni stał trzeci. Wszyscy wytrzeszczali ze zdumienia oczy.
- A skądś ty się tu wziął?! - jako pierwszy z szoferki wyskoczył rosły, z kilkudniowym zarostem kierowca.
- No jak, motocyklem. Pośliznąłem się i leżę.
- Pewnie ty po nawigacji jechał?
- No, po nawigacji.
- Tu niejeden motocyklista ugrzązł, ale żaden tak daleko się nie dopchał.
- Daleko do lepszej drogi?
- Oj - odezwał się najmłodszy i największy z trójki. - Będzie z pięć kilometrów, ale tam się nawet nie pchaj, bo tylko gorzej.
- To co mi teraz robić?
- Jak to co? - podszedł najmniejszy z nich, ale i tak większy ode mnie, w niebieskiej koszuli. - Podniesiemy, obrócimy i pokażemy jak wyjechać.
To nie było podnoszenie. To było wyrywanie maszyny z błota. Dopiero teraz zobaczyłem, że straciłem prawe lusterko. We czwórkę obróciliśmy motocykl. Trochę pokręciłem rozrusznikiem zanim gaźnik nabrał paliwa. Silnik odpalił.
- Jedź przodem, aż do miejsca gdzie betonowy plac - powiedział kierowca. - Tam się zatrzymaj.
Kilometr dalej jeszcze raz potrzebowałem pomocy, bo zawisłem na zagrzebanym w piachu ogromnym kamieniu. Resztę drogi przebyłem na tzw. człapaka, czyli podpierając się przemiennie nogami w piaszczystych koleinach. Żałowałem, że przed wyjazdem solidnie nie ćwiczyłem brzuszków. Jeszcze raz pokonałem usypany przez siebie z gruzów podjazd i czekałem na placu.
- Tu często błądzą z nawigacją - tłumaczył kierowca błyskając złotym zębem. - Ruskich dużo przyjeżdża. Czasem Niemiec się trafi, ale oni za tę bazę nie jeżdżą.
- Nawigacja tak prowadzi...
- Nawigator dla leni. Jak chcesz jeździć po Ukrainie, to tylko asfaltem. To najłatwiejsze drogi.
- A co tu kiedyś było?
- Baza rakietowa. Za czasów Układu Warszawskiego.
Młody wyjął z szoferki bochenek chleba, kiełbasę i litrową butelkę.
- Dawaj, napijemy się.
- Oj, bardzo wam dziękuję, ale ja nie piję.
- No, za spotkanie nie wypijesz?
- Bardzo wam jestem wdzięczny za spotkanie i pomoc. Nie obraźcie się, ale w ogóle nie piję alkoholu. Już piętnaście lat.
Popatrzyli na mnie z niedowierzaniem.
- Boisz się, że dalej jedziesz? My też dalej jedziemy.
- Nie o to chodzi. Jestem alkoholikiem i w życiu już swoje wypiłem.
- Ja też alkoholik - wyrwał się kierowca. - Ale odwrotny, bo piję.
- No to na zdrowie i jeszcze raz wam dziękuję, bo bez was bym do jutra tu siedział.
- Żebyś wiedział, że do jutra - ten w niebieskiej koszuli podniósł szklaneczkę do ust. - Tą drogą tylko my Uazem do roboty jeździmy, przy ścince drzew. Ale wracamy inaczej.
- Jeszcze raz serdeczne dzięki.
- W lesie trzeba pomagać, bo tu nie ma żartów - podsumował kierowca. - Weź tu od nas na drogę - i podał pełną reklamówkę papierówek.
- Oj, a ja dla was mam takie drobiazgi, albo dla waszych dzieci, czy żon - i obdzieliłem ich zabranymi na takie okazje gadżetami.
- No to jedź za nami. My potem skręcimy w prawo, a ty pojedziesz w lewo dobrą szosą, asfaltem, dwadzieścia kilometrów.
Rozstaliśmy się na leśnym skrzyżowaniu. Wjechałem we wskazaną drogę, którą wcześniej widziałem, ale wydawała mi się dużo gorsza niż ta prowadząca do rakietowej bazy. Po stu metrach spod gruntu zaczął gdzieniegdzie prześwitywać bruk, potem zniknął i po kilometrze znowu ukazała się kałuża na całą szerokość drogi. Jednak z prawej strony było kilkanaście centymetrów trawiastej darni, która dawała nadzieję na przejechanie. Niestety, było zbyt mało miejsca bym mógł na nią wjechać równolegle do drogi, więc próbowałem pod lekkim skosem. Historia ze śliskim kołem powtórzyła się. Wpadło do kałuży, jednak nie przewróciłem się, a zawisłem na koleinie. Mogłem swobodnie zsiąść z motocykla, bo trawiasta darń świetnie zastępowała centralną stopkę. Próbowałem szarpnąć maszynę w którąkolwiek stronę, jednak jej waga z każdym szarpnięciem osadzała pojazd coraz bardziej w błocie.
- Kurwa, nie dam rady - szepnąłem i jak za wypowiedzeniem magicznego zaklęcia usłyszałem pyrkanie motocykla. - Niemożliwe - pomyślałem. - Ludzie tu się pojawiają dokładnie wtedy, kiedy potrzebuję pomocy.
Niebieski Iż z koszem przejechał środkiem kałuży obok mnie i pojechał dalej.
- A to chuj... - szepnąłem, jednak pospieszyłem się z oceną, bo po kilkudziesięciu metrach motocyklista się zatrzymał.
- Czego ty tak jechał? - zapytał chyba nie po rosyjsku, z innym akcentem. W moją stronę szedł starszy, wysuszony mężczyzna w niebieskim fartuchu jaki w dzieciństwie widywałem na sprzedawcach żelaznego sklepu.
- A jak ja miał jechać?
- Środkiem. Widziałeś.
- Myślałem że tu głębokie kałuże, z miękkim dnem, jak na tej drodze za rakietową bazą.
- Tam robotnicy leśni jeżdżą, rozbijają drogę. Tutaj nasz trakt. Możesz jechać środkiem i tylko środkiem.
Stanąłem po lewej stronie motocykla. Skórzane buty nie przepuszczały wody. Starszy pan ustawił się za maszyną.
- Odpalaj i będziemy bujać.
No i bujnęliśmy. Całe błoto spod tylnego koła bryznęło na pomocnika. Z jego ust posypał się grad przekleństw, ale chyba po ukraińsku, bo wielu z nich nie zrozumiałem.
- To może spróbujmy go wyciągnąć za gmole w środek kałuży - zaproponowałem. - Ja z lewej, wy z prawej. Potem wsiądę i wyjadę, skoro tu twarde dno.
Naszarpaliśmy się co niemiara, na szczęście pomocnik choć w podeszłym wieku, okazał się krzepkim mężczyzną. Nabrałem wody przez wierzch butów, ale motocykl stał na środku drogi. Rzeczywiście, dno było twarde, a reszta łatwa.
- To nie na wasze motory - zaczął mój wybawiciel. - Tu najwyżej młody Janukowycz ze swoja bandą na czterokołowcach...
- Na quadach?
- Tak. Oni tu tylko dają radę.
- Ma pan dzieci, albo żonę?
- Dzieci w mieście, żona we wsi, ja na emeryturze. A co?
- Podarek chciałem dać. Portfel, ale to raczej dla kobiety.
- Oj, jaki ładny. Ale pusty. Dałbyś choć na piwo.
- Dam, ale nie wiem ile piwo u was kosztuje?
- Czerwońca.
- A czerwoniec to ile?
- Dziesiątka.
- Proszę bardzo. Czerwoniec dla was, a portfel dla żony.
- Ni chuja, dla córki dam. Na studia wyjeżdża do Charkowa.
Ten niby dobry asfalt to ponad dwadzieścia kilometrów dziurawego bruku, przerastającego mchem i zieloną trawą. Mieszanka śliska jak błoto. Spotkałem kilka dziur wypełnionych gruzem i kamieniami, i kilkadziesiąt ze stojącą od kilku dni wodą. Trzymając się kurczowo rady „powoli, środkiem i do przodu” wjeżdżałem w najgłębsze kałuże, czasami wbrew zdrowemu rozsądkowi, i wyjeżdżałem - dziwiąc się czasem. Zresztą - innej drogi nie było, więc łatwiej było o decyzję. Ale w duchu przyrzekłem, że nigdy już nie będę podejmować zbędnego ryzyka, zwłaszcza że jechałem sam i bez jakiegokolwiek ubezpieczenia.
Zaraz za lasem wjechałem do małej wsi i zatrzymałem pod sklepem z nadpalonymi drzwiami. Ani budynek, krata w oknie, ani obejście nie zachęcało do odwiedzin, jednak pragnienie wzięło górę. Wiedziony instynktem trafiłem w punkt i napiłem się tam wybornego kwasu chlebowego z beczki. W międzyczasie podjechał zdezelowany kombajn z którego wyskoczył pijany kierowca.
- Zwiezdoczka - krzyknął do sklepowej. - Daj bańkę piwa, pić się chce.
- Nie dość wam dzisiaj?
- Skwar taki, że wszystko z potem ulatuje.
Wziąłem jeszcze jeden kubek kwasu, odpocząłem na koślawej ławce i podejrzałem nawigację. Byłem niedaleko szosy na Kijów. Postanowiłem jednak pojechać w przeciwnym kierunku, na północ. Byle z dala od gęstych lasów z nieutwardzoną drogą. Ledwie dojechałem do pierwszego skrzyżowania, gdy zatrzymał mnie patrol milicji.
- No i jak tam? - zapytał młody funkcjonariusz zerkając na rejestracyjne tablice.
- W porządku.
- Żadnych kłopotów?
- Żadnych.
No i dalsza rozmowa potoczyła się na temat motocykli, bo okazało się, że zostałem zatrzymany z ciekawości. Milicjant od dawna nosił się z zamiarem kupna podobnego pojazdu. Dobrze że nie przyszło mu do głowy skonfiskować mój.
- A dalej dokąd?
- Dookoła Ukrainy.
- Ale dzisiaj, teraz?
- Nie wiem. Spróbuję do Czarnobyla i na drugą stronę Dniepru, wzdłuż białoruskiej granicy.
- Nawet nie masz co jechać. Wpuszczą najwyżej do zony, ale na drugą stronę nie przejedziesz. Most nieczynny. I tak będziesz musiał jechać do Kijowa.
Zjechałem więc z międzynarodówki i skierowałem się na wschód, by jutro mieć łatwą trasę na południe, w okolice Kijowa. Tam miałem spotkać się z Sową. Trzymałem się kurczowo utwardzonych, choć dziurawych nawierzchni i przemierzałem kolejne wsie w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Leoniwka urzekła mnie kolorowymi chatami i sklepem z utwardzonym podjazdem. I tak musiałem zrobić zakupy, więc dlaczego nie tu?
- A dokąd tak jedzie? - zapytała korpulentna sklepowa.
- Dzisiaj już niedaleko. Poszukam jakiegoś zacisznego miejsca i postawię namiot.
- Oj, to zaraz za wsią, za mostem po prawej stronie, nad rzeczką jest dobre miejsce.
- Dziękuję, na pewno zobaczę.
Miejsce jak miejsce, widoczne zewsząd, więc zanim zdążyłem zsiąść z motocykla podszedł na oko dwudziestoletni chłopak. Lekko wypity.
- Namiot będziesz stawiać?
- Nie wiem.
- A jutro gdzie jedziesz?
- W stronę Kijowa.
- Zabierzesz mnie?
- No gdzie, widzisz że miejsca nie mam. Graty wożę za dupą.
- Dobra. Ale tu namiotu nie stawiaj. Choć ze mną.
- Gdzie?
- Remontuję sobie chałupę, mam już jeden pokoik, to się prześpisz.
- Nie chcę.
- Czemu?
- Bo wypity jesteś.
- No to co? Toż nie namawiam żebyś spał ze mną. Ja ze starymi mieszkam obok, w starym domu. Dostaniesz dach nad głową i łóżko. Wygód nie ma. Wszystko w remoncie.
Moja czerwona lampka w głowie lekko zżółkła. Pomyślałem, że ostateczną decyzję podejmę po spotkaniu z jego rodzicami.
- Dobra.
- Mama, tu człowiek z Polski jedzie, namiot chce nad rzeką stawiać. Niech się lepiej prześpi w pokoiku - wskazał głową zarośnięty zielskiem budynek.
- A ty hultaju jeden! Już cię uraczyli piwem?! - krzyczała na syna. - Skaranie Boskie z tym chłopakiem. Już, na strych spać! Czekaj, tylko ojciec wróci... - i zdzieliła go szmatą po plecach.
Chłopak biegiem wpadł do starej chaty i tyle go widziałem. Kobieta o zmęczonych, ale dobrych oczach, spojrzała na mnie wstydliwie.
- Oj, dobry on, ale towarzystwo kiepskie...
- Lepiej niż odwrotnie, czyli łajdak na salonach.
- Aaa, dobrze mówi. Zaraz pokażę pokoik.
Dom w którym miałem nocować ledwie wystawał zza krzaków i zielsk. Połatany eternit, brak okien i wejściowych drzwi bardziej przypominały opuszczony, niż remontowany budynek. Dach pokryty łatami eternitu, wewnątrz składowisko drewna, starych ubrań, popsutych urządzeń, słowem - graciarnia. Zamiast podłogi chyboczące się deski. Widocznie w porze deszczowej podchodziła tu woda.
- O, tutaj - kobieta otworzyła ciężkie drzwi w ceglanej przybudówce. Niewietrzone wnętrze kryło trochę starych mebli, ubrań i rozłożoną wersalkę. - Światła u góry nie ma, ale w kontakcie powinno być.
- Dobrze, dam radę, mam wszystko co potrzeba, latarkę też.
- A jak zechce się umyć - powiedziała stojąc w progu, - to jestem na podwórku i pokażę gdzie prysznic.
- Chętnie. Zaraz przyjdę.
Zniosłem graty z motocykla, otworzyłem okno i drzwi mojej komnaty, by trochę przewietrzyć. Wróciłem z ręcznikiem na podwórze. Gospodyni akurat karmiła kaczki.
- O, tędy - wskazała palcem drewniany parkan. - Za tymi drzwiczkami jest wszystko.
Za drzwiczkami było rzeczywiście wszystko, a nawet więcej. Chylący się, bezdrzwiowy kibelek łypał kloacznym otworem okolonym deską, ale nie sedesową. Łaźnia też nie była lepsza. Kabinę stanowiła drewniana klatka z beczką na dachu, gdzie odkręcało się zawór i leciała nagrzana słońcem woda. Za podłogę robiły zbutwiałe belki, na których gołym okiem dostrzegałem grzyba. Do tego dziury, kawałek stłuczonego lusterka i zardzewiały gwóźdź jako wieszak. A mimo to było wspaniale! Zaskakująco ciepła woda koiła umęczone ciało. Czułem jak z każdą chwilą wracały mi siły.
Do pokoju wróciłem jak już było ciemno. Przez otwarte okno sączył się koncert polnych świerszczy. Telefon nie miał zasięgu, więc nie mogłem wysłać na portal www.fiuu.pl koordynatów. Zjadłem, popiłem i poczułem znużenie.
- A, mam to w dupie - mruknąłem do siebie. - Nawet nie będę wyciągać śpiwora - położyłem się na wersalce pod starą derką. Zanim zdążyłem o czymkolwiek pomyśleć, już spałem.

WABLYA WITA SOWĘ

Ukraina 1 - fot. 6 Kiedy rano wyszedłem na podwórze, gospodyni krzątała się pod wiatą.
- Wołodzia! - krzyknęła w stronę gospodarczego budynku. - Chodź. Gość wstał.
Z ażurowej szopy wyszedł krępy mężczyzna z pękiem powrozów w dłoni.
- Wala, ciasta przynieś i mleka - zarządził i siedliśmy pod wiatą, gdzie czekał chleb, ser, mięso i miód. Walentyna przyniosła drożdżówkę i dzban mleka, po czym zajęła się myciem ogórków przy sąsiednim stole.
- Gdzie jedziesz?
- Dookoła Ukrainy. Ale dzisiaj pod Kijów, bo mam się spotkać z kolegą. Dalej pojedziemy razem.
- Kiedyś też dużo jeździłem, na taksówce - wskazał ruchem głowy wrak samochodu zatopiony w chaszczach, którego markę trudno było rozpoznać.
- A dzisiaj co?
- A o, mały traktorek z przyczepką. Muszę bylicę wywieźć na drogę. Rozkładam na płachcie, samochody jeżdżą i młócą.
- Pomysłowe.
- Wszystko z biedy. Trudno związać koniec z końcem. Tym z okręgu Czarnobyla łatwiej. Niby trzydzieści kilometrów, a inny świat, bo specjalne dodatki mają.
- Nie chorujecie?
- A gdzie tam, my za starzy. Ci co teraz mają po dwadzieścia kilka lat, chorują i wcześnie umierają.
Ranek mijał przy smacznym jedzeniu, rozmowach o polityce, ekonomii i emeryturach. Siorbaliśmy słodką herbatę na przemian z mlekiem, obok biegał pies, w tyle podwórza spacerowały kaczki. Sielanka.
- No dobrze - gospodarz wstał od stołu. - Na mnie czas.
- Ja też się będę zbierać.
- To na drogę ogórków dam i jabłek - Wala wcisnęła reklamówkę. - Wieczorem jak znalazł.
- Jeszcze raz bardzo wam dziękuję. A syn nie zejdzie?
- Dopóki nie pojadę, to nie zejdzie - wyjaśnił Wołodia. - A jak do wieczora nie zejdzie, to ja do niego wejdę.
- Oj, oj, jaki srogi! - wtrąciła Wala zapominając jak wczoraj sama pomstowała na chłopaka. - Na tle tych naszych obszczymurków on jak orzeł!
- Jak piórka temu orłowi przetrzepię, to zaśpiewa jak słowik.
Po drodze zatrzymałem koło cmentarza, gdzie zauważyłem dużo rzymskokatolickich krzyży. Pośród mogił z polsko brzmiącymi nazwiskami stały ławy i stoły, na których można było znaleźć owoce i słodycze. Widocznie w ten sposób bliscy spotykali się ze zmarłymi.
Przed cmentarzem poprawiłem przewody od kierunkowskazów, bo wczoraj w którejś kałuży się obluzowały. Nie musiałem się spieszyć, bo do Kijowa zostało zaledwie kilkadziesiąt kilometrów, a był jeszcze ranek, więc miałem sporo czasu na znalezienie łatwego miejsca na spotkanie z Sową.
W miarę jak zbliżałem się do ukraińskiej stolicy, nawierzchnia dróg stawała się coraz lepsza. Miejscami nawet dało się jechać z maksymalną, dozwoloną prędkością. Wreszcie w niewielkiej miejscowości Wablya zobaczyłem zalew, nad który prowadził dość łatwy - bo zaledwie dwieście metrów po pisaku - zjazd. Już z daleka upatrzyłem wierzbę pod którą rozbiję namiot - dobry punkt orientacyjny dla Sowy. Jak łatwo się domyślić, pod dobrym punktem orientacyjnym leżała sterta śmieci. Uprzątnąłem z grubsza plac by znaleźć choć trochę miejsca pod namioty. Rozłożyłem ciuchy na trawie by przeschły, bo nawet kurtka była mokra od wczorajszego potu. Sam wlazłem po kolana do ciepłej wody i zrobiłem pranie. Później kąpiel. Płynąc wzdłuż trzcin w wąskim przesmyku wypatrzyłem przykucniętą postać, a kilka metrów dalej - drugą. Udałem że niczego nie widzę. Po wyjściu z wody rozpaliłem ognisko i zaparzyłem kawę. Dotarł pierwszy sms od Sowy: przekroczyłem granicę. Wysłałem mu koordynaty z dodatkowym opisem. Z szosy zjechał okropnie zdezelowany moskwicz i powoli sunął wzdłuż brzegu. Minął mnie. Kilkanaście metrów dalej, nie zatrzymując się, kierowca otworzył drzwi i do samochodu wskoczyły dwie postaci widziane w trzcinach. Zawrócili. Dwieście metrów dalej pasażerowie wyskoczyli z auta i ponownie zanurkowali w szuwarach. Wszystko w ruchu, płynnie, statecznie i cicho, bo nawet nie było trzaskania drzwiami - kierowca dociągał je jakimiś sznurkami. Drugi sms od Sowy: o siedemnastej będę na miejscu. Czy coś kupić? Aha - pomyślałem, - czyli będzie o osiemnastej, bo na pewno nie wziął pod uwagę zmiany czasu. Kup wodę - odpowiedziałem.
Po pół godzinie moskwicz znowu zebrał pasażerów i odjechał, by za jakiś czas wrócić w asyście wypasionego mercedesa w przyciemnianymi szybami. Oba auta zatrzymały się przy moim obozowisku i wysiadło z nich trzynastu Cyganów.
- A co to za motor? - bez ogródek zapytał młody kierowca moskwicza.
- Turystyczny.
- A ile kosztuje, jaka marka, model, pojemność, jaka szybkość, ile pali? - wyliczył całą litanię. Wtórowała mu reszta. Podchodzili coraz bliżej, zaglądali do namiotu.
- A co to? - pytanie dotyczyło samopompującej karimaty.
No i tak jeszcze dobrych kilka minut - grad pytań, chaotyczne odpowiedzi, nawet na najbardziej zaskakujące tematy: jak zmieniasz koło i dlaczego z bezdętkowej opony nie uchodzi powietrze? Na koniec kierowca moskwicza wskazał eleganckiego trzydziestolatka ze złotym łańcuchem na szyi.
- To nasz baron - powiedział. - A to zastępca - spojrzał na kędzierzawego grubaska.
Obaj podeszli i wyciągnęli dłonie do uścisku. Przywitałem się.
- Miło mi.
- Skąd jesteś?
- Z Polski.
- O! Mamy tam rodzinę. W Olsztynie.
- Fajnie, studiowałem w Olsztynie.
- A powiedz - odezwał się zastępca barona, - co by było, jakbyś do Polski wrócił bez motocykla?
- Jak to? Przecież mam go wpisanego na granicy. Sprawdzą.
- Ale gdybyś powiedział, że ci go skradziono?
- Eee - zmieszałem się próbując odgadnąć ich intencje. - To nie wiem...
- Ty się nie bój - powiedział baron. - Tu ci nic się nie stanie. Wieczorem wpadnij do nas, do wioski, o tam, za wzgórzem. Barana upieczemy.
- I ryby - dodał zastępca.
- Ryb to jeszcze muszą nałapać - zerknął na kierowcę i jego kompanię.
- Aaa - rozjaśniło mi się. - To dlatego ta akcja z rozwożeniem ludzi po trzcinach?
- No - wyjaśnił szofer. - Widzisz tam? - wskazał drewniane zabudowania w końcu zalewu. - To właściciel. Trzeba jemu płacić i tylko tam łowić.
- Wszystko rozumiem.
- To zapraszamy wieczorem do nas.
- Nie wiem, bo czekam na kolegę.
- Wpadajcie obaj.
- Dzięki za zaproszenie. Pogadam z nim jak przyjedzie. Może jeszcze dziś się zobaczymy.
Odjechali. Moskwicz przeprawił się szosą na drugi brzeg i tam rozrzucał po trzcinach kłusowniczą brygadę. Znowu pływałem, paliłem ognisko, parzyłem kawę i leżałem do góry brzuchem. Zaczynało już mi się nudzić, kiedy w oddali usłyszałem znajomy odgłos silnika. A jak: Sowa jechał z owsikami, na stojąco.
- Kurwa, kurwa - takie były jego pierwsze słowa. - Nie mogłem do ciebie dobrze pisać, bo dziewczyny coś poprzestawiały na mojej klawiaturze i wychodzi nie to, co chcę. Ustawisz?
Na przywitanie otworzyłem pierwszą konserwę od Todka i wyjąłem warzywa od Walentyny. Sowa dorzucił swój prowiant i zrobiła się niezła wyżerka.
- A jak ryby? - zapytał.
Opowiedziałem mu całą akcję z Cyganami i właścicielu, któremu trzeba płacić i tylko na jego terenie łowić.
- Rano tam wyskoczę.
Słońce chyliło się ku zachodowi, jak pod nasze namioty zajechał biały bus. Wysiadł z niego krępy mężczyzna o wyglądzie Ormianina i młodszy blondyn, z dużą naroślą na plecach.
- Kaszak - zdiagnozował na odległość Sowa.
Obaj weszli z mydłem po kolana do wody, umyli się. Potem popływali. Wycierając włosy zerkali ciekawie na nasze motocykle. Po chwili ten starszy podszedł z melonem.
- Proszę.
- Dziękujemy - odezwałem się zaskoczony. - Skąd jesteście?
- Spod Odessy. Przyjeżdżamy tu handlować.
- Byłem w zeszłym roku na Krymie - podchwycił Sowa. - Dobre arbuzy tam macie.
Ormianin wrócił do busa i otworzył ładownię.
- Bierzcie ile chcecie.
Naszym oczom ukazała się paka wypełniona melonami i arbuzami. Pomyślałem, że ten widok to senne marzenie mojej Krysi, jak u kotka śniącego o rzece pełnej mleka.
- Ech, wszystkie to za dużo, jeden wystarczy - uśmiechnąłem się. - Ale lepiej będzie, jak sam wybierzesz najlepszego.
Kiedy na dobre zapadł zmrok i zostaliśmy sami przy ognisku, z krzaków wyłoniła się ciemna postać z latarką i psem na smyczy.
- Dobry wieczór. Strażnik jestem. A wy tu co?
- Namiot stoi, ognisko palimy, spać będziemy - odpowiedział Sowa.
- A ryby?
- Na ryby jutro się wybieram.
- Aha. To ja będę mieć na was oko.
- Dobrze. Bo i tak nie zamierzamy kłusować.
- Nie o to chodzi. Będę mieć na was oko, żeby wam nic się nie stało.
- To coś może się stać?
- A kto to wie? - i rozpłynął się w ciemnościach.
Zanim poszliśmy spać, strażnik podpłynął do nas łódką z elektrycznym silnikiem. Na dziobie, obok szperacza siedział pies. Mężczyzna poświecił na wierzbę pod którą obozowaliśmy.
- To ja - mruknął. - Dobranoc.
- Dobranoc - odpowiedzieliśmy czując się pilnowani jak na harcerskim obozie.

koniec części pierwszej

PEŁNA GALERIA