BIAŁORUŚ

Cała szóstka

Białoruś 4 - mapa

ZESTAWIENIE

Termin: 18-26 sierpnia 2012 r.
Uczestnicy: Sztywny, Sowa, Andryszek, Yanucha, Todek, Endru
Trasa: około 1900 km.

DZIEŃ PIERWSZY

- Andryszek, jak tu się tankuje? - zaczął Endru.
- Najpierw płacisz, potem lejesz.
- A jak zamówię za dużo? - ciągnął pytanie Yanucha.
- To wrócisz po resztę, albo komuś wlejesz.
- Po ile tu benzyna? - nie odpuszczał Todek.
- Po dwa sześćdziesiąt za litr, na złotówki.
- A dolarami można płacić? A kartą? Gdzie wymienimy kasę na ruble? A jak kartą zapłacę, to w czym oddadzą resztę? A ta ich benzyna dobra jest? A którą lać?
- A weźcie odpierdolcie się ode mnie - schowałem się pod daszek, bo zaczynało kropić. - Za dużo pytań. Obwody mi się grzeją.
- Dobra - próbował załagodzić Yanucha. - Ostatnie pytanko: a bania będzie?
- Jak dacie w banię, to będzie.
- Nie o taką mi chodziło.
- Innej dzisiaj nie będzie.
- A jutro?
- Kurwa, miało być jedno pytanko.
Białoruś 4 - fot. 1 Na Wani podwórko dojechaliśmy bez większych sensacji. Tylko Endru na każdych światłach w Grodnie mało szyi nie ukręcił oglądając się za zgrabnymi dziewczętami. Ale co się dziwić? Dlaczegóż by młody, zdrowy chłop miałby się za nimi nie oglądać?
Na podwórku czekała już cała rodzina i Sowa przy grillu. Prezentacja trwała zaledwie kilka minut. Po rozpakowaniu gratów poszliśmy komisyjnie z wiadrami do oddalonego o dwieście metrów źródełka po wodę. W efekcie melioracyjnych robót na Niemnie, związanych z budową elektrowni, woda w okolicznych studniach znikła. Po tym pożytecznym spacerku niebawem znaleźliśmy się za ustawionym pod wiatą stołem.
- Dzwonił Panorama - obwieścił Wania. - Właśnie wraca z trasy, jedzie z Berlina i za kilkanaście minut do nas przyjedzie.
Zaczęły pojawiać się potrawy i trunki. Todek otworzył torbę.
- Andryszek, patrz co Krycha kazała ci przywieźć - wyjął pełną reklamówkę domowego wypieku rogalików. Poczułem ukłucie w sercu i przez moment zachciało mi się natychmiast wracać do domu. Oj, żona wiedziała jak mnie rozczulić.
- No, mużyki - ojciec Wani podniósł kieliszek. - Za spotkanie!
- Za spotkanie!
Potem było zdrowie gospodarza, rodziców, dzieci, wnuków i wszystkich, kto tylko przyszedł na myśl. Niebawem dojechał Panorama z żoną - Oksaną. Temat motocykli, przeróbek, mandatów i wszelkiej maści bajkerskich przygód nie schodził z rozkładówki. Chłopaki próbowali różnych trunków a ja, w trzeźwym rozrzewnieniu, zjadłem prawie wszystkie rogaliki.
Przed północą Sztywny i ja zmyliśmy się po angielsku do werandy. Godzinę później, po ciemku przesunął się do następnego pomieszczenia Todek z Yanuchą. Wszystko po cichutku, bo za ścianą spał mały Romek - syn Wani. Nawet nikt nie wpadł na pomysł, żeby sobie pochrapać.

DZIEŃ DRUGI

Już przed siódmą ze Sztywnym nogawkami strącaliśmy rosę z porannej trawy. W garażu, na kanapie za motocyklami spał w najlepsze Sowa. Zajrzeliśmy pod wiatę. Na wersalce przed którą wczoraj ostrzegał nas Wania, pochrapywał Endru. Otworzył jedno oko i od razu zaczął dzień od pytania:
- Andryszek, a czemu te muchy od rana mnie tak jebią?
- Bo śpisz na ulubionym miejscu psa.
- O kurwa! - Endru wyskoczył jak z procy. Szybko ułożył się na wąskiej, drewnianej ławce. - Ja pierdolę. Te muchy za mną lecą... - naciągnął na głowę kaptur i jedna ręką odpalił muzykę ze smartfona. Jednak piskliwe dźwięki rosyjskiej rozgłośni nie były w stanie odstraszyć latającej menażerii.
- Nic się nie martw - pocieszał Sztywny. - Motorem pojedziesz, to szybko wywietrzejesz.
Siedzieliśmy na krzesłach przed drewnianą szopą, kiedy z chaty zaczęli wynurzać się chłopaki. Wszyscy w niespodziewanie dobrej formie - a może tylko z dobrymi minami. Endru niebawem opuścił twardą ławkę i po porannej toalecie ponownie zaczęliśmy sadowić się do stołu. Śniadanie minęło szybko i cicho. Wkrótce zaczęliśmy zwijać manatki. Ponieważ nie musieliśmy rozbijać namiotów - trwało to dosyć krótko.
- Ja z moim tatą odprowadzę was za miasto - zadeklarował Wania. - Ale samochodem, bo wczoraj za długo przy stole posiedziałem. Tato poprowadzi.
Za Grodnem zatrzymaliśmy się na poboczu. Pożegnanie było krótkie, ale szczere. W oczach ojca Wani widać było wzruszenie.
- A jakby co, to dzwońcie - upominał nas na odjezdne.
Białoruś 4 - fot. 2 Droga płynęła pod kołami monotonnie. Czasami zdarzało się widywać milicyjny patrol na rogatkach miast, ale nikt nas nie zatrzymywał. Starałem się prowadzić grupę w górnych granicach dopuszczalnych prędkości - zwłaszcza w terenie zabudowanym. Wśród monotonii krajobrazów trudno było utrzymać koncentrację, więc serce mi nieźle podskoczyło, kiedy w odległości zaledwie dwudziestu metrów na poboczu ujrzałem sarnę. Nie było czasu na hamowanie. Nacisnąłem klakson. Sarna zrobiła ruch, jakby chciała wskoczyć prosto pod koła. W tej samej chwili jadący za mną Todek uruchomił swoje trąby, które zmiotły zwierzę z pobocza. Jeszcze przez parę kilometrów czułem mrowienie w żołądku.
Do Starych Wasyliszek wjechaliśmy jakby "od tyłu", czyli od strony kościoła. Była niedziela i czas mszy, więc motocykle zaparkowaliśmy pośród nielicznych aut. Na przykościelnym trawniku kręciło się kilku mężczyzn z papierosami w ustach. Najciszej jak się dało, weszliśmy do kościoła. Akurat ksiądz wygłaszał kazanie.
- I z tym złem mamy do czynienia każdego dnia! - grzmiał miotając się z mikrofonem pomiędzy ławkami. - Rozplenia się jak czerwona zaraza! - mikrofon przerywał, więc proboszcz głosił jeszcze mocniej. - Komunizm, głupota i bimber, czyli KGB, oto co powoduje, że zamiast chodzić do kościoła, bijecie swoje żony! - ludzie słuchali ze spuszczonymi głowami, ale sprawiali wrażenie, że wcale nie słuchali. Treści głosił proste, ale używał skomplikowanego języka. Owszem, była to polszczyzna, ale podręcznikowa, literacka. Od czasu do czasu wtrącał jakieś słowo po rosyjsku, jakby zapominał, że na wiejskich terenach, w tych stronach, ludzie częściej posługiwali się swojską mieszanką polskiego, rosyjskiego i białoruskiego, co tworzyło regionalne narzecze.
Wyszliśmy przed kościół i rozsiedliśmy się na ławce. Niebo pojaśniało i odsłoniło przyjemnie dogrzewające słońce.
- To może tutaj zaczekamy na koniec mszy, bo chciałbym dać temu proboszczowi kalendarz - zaproponowałem. - Ostatni jaki już mam.
W tym momencie od strony ulicy przez uchyloną furtkę wszedł inny ksiądz.
- O, może nie trzeba będzie czekać - ruszyłem w stronę przybysza.
- Widzę gości z Polski! - ubiegł mnie duchowny. - Pięknie, że motocyklami do nas przyjechaliście - ciągnął nie kryjąc wschodniego akcentu.
- No tak, właśnie zaczynamy wycieczkę. A ja korzystając z okazji, chciałbym księdzu dać kalendarz sokólskiej parafii.
- Aaa, pięknie dziękuję. Ja co prawda urzęduję po sąsiedzku w Wasyliszkach, ale kalendarz na pewno się przyda. Przypadkiem przyjechałem, bo konkurs u nas muzyczny mamy i jakiegoś artysty do jury potrzebuję. Macie jakiegoś u siebie?
- A ksiądz właśnie z takim rozmawia - Sowa wskazał na mnie głową.
- Taaak? Bo miałem szukać na mszy Tarasiukowej, ona w świetlicy pracuje, to musi być artystka. Ale jak tak, to nawet lepiej...
- Nie, nie, kolega żartuje - próbowałem się gorączkowo wykręcić.
- Nie ma się czego bać. Taki mały konkurs, ze dwie godziny potrwa. Potem na poczęstunek wszystkich zaproszę. Zanocować też będzie gdzie.
- Oj, proszę księdza, nie będę kłamać, więc powiem tak: może i trochę się znam, ale z zasady nigdy nie biorę udziału w żadnych komisjach i nikogo nie oceniam.
- Noo, to trochę szkoda. Ale i tak moglibyście do nas w gościnę zajechać.
- Serdecznie księdzu dziękujemy, ale jesteśmy świeżo po gościnie, dziś nawet stu kilometrów nie przejechaliśmy więc niestety, niebawem ruszamy dalej - powiedziałem trochę na wyrost, bo w planach jeszcze mieliśmy odwiedziny domu Czesława Niemena.
Rodzinna posiadłość legendy polskiego rocka leżała na drugim końcu wsi, gdzie znaleźliśmy się kilka minut po pożegnaniu z księdzem. Zastały nas, jak mnie rok wcześniej, zamknięte drzwi u których wisiała ogromna kłódka. Na szczęście za tabliczką z godzinami urzędowania tkwiła karteczka z namiarami do Siemionycza - kustosza tego klubo­-muzeum.
- To ja po niego zadzwonię - Yanucha wyjął komórkę.
- Dobra, a ja poszukam kogoś, komu mam oddać pewne zdjęcie - wyjąłem fotkę Michałycza, zrobioną rok temu.
Po drugiej stronie ulicy, na ławce przed chatą siedział siwy mężczyzna.
- Dzień dobry - podszedłem pokazując fotografię. - Powie pan, gdzie mieszka człowiek z tego zdjęcia?
Staruszek zaśmiał się bezzębnie widząc sąsiada siedzącego na Hondzie Shadow.
- Tam - wskazał zakrzywionym palcem. - Ostatni dom po prawej stronie.
Drewniana furtka ustąpiła dopiero po mocnym naciśnięciu kolanem. Uwiązany do budy pies zaczął nerwowo ujadać. Zmierzając do drzwi biednej, ale schludnej chatki zobaczyłem poruszającą się w oknie firankę. Nim zdążyłem zapukać, drzwi się otworzyły. Cały ich otwór wypełniał Michałycz.
- Łoo, przyjechał! - uśmiechał się szeroko.
- A to poznaje mnie?
- Czemuż nie? Po kurtce ja poznał - wyznał szczerze.
- Zdjęcie przywiozłem.
- Noo, pamiętał?
- Pamiętałem.
- Bardzo dziękuję za pamiątkę. Moja Paraśka na mszy, ale może na chatę wejdzie?
- Nie, bo z kolegami przyjechałem.
- To pewnie do Czeska pójdziecie?
- Tak. Już dzwoniliśmy po Siemionycza.
- A, to swołocz, zaraz przyjedzie...
- Muszę wracać do swoich, może przyjdziecie?
- No pewnie, że przyjdę. Tylko buty założę.
Siemionycz, zwany przez Michałycza swołoczą - państwowy opiekun niemenowej chaty, już otwierał drzwi i szerokim gestem zapraszał chłopaków do środka.
- Ale normalnych biletów nie mam, dam młodzieżowe - łgał w żywe oczy jak rok temu pomijając, że skasuje zwiedzających wcale nie po młodzieżowemu.
- To wy idźcie, a ja popilnuję motocykli - zaoferowałem się bez najmniejszego żalu, bo przecież znałem tę chatę po ubiegłorocznej wizycie. - Przy okazji zaczekam na Michałycza.
- A kto to taki? - zapytał Sowa.
- Sól i krew tej ziemi. A tak naprawdę to facet ze zdjęcia na mojej Hondzie.
Długo nie musiałem czekać, bo Michałycz prawie natychmiast zjawił się w bluzie moro, spodniach od dresu i gumowych klapkach.
- Och, ale maszyny. A twojej nie ma?
- Tamtej już nie ma. Sprzedałem i kupiłem inną - wskazałem na moją "Tinę".
- Ajajaj, na taką to i strach siadać, nawet do fotografii.
Ulicą od strony kościoła nadchodzili ludzie. Michałycz zmrużył oczy.
- Zaraz moja Paraśka przyjdzie. Ona chodzi do kościoła, ja nie, bo ten ksiądz nie taki jak trzeba. Tamten stary, to gadał tak, że my jego rozumieli, a ten, niby po polsku, ale jego mało kto tu rozumie. A ja nie będę tam chodzić, żeby tylko posiedzieć. Odpoczywać to ja mogę, ale na swojej chacie.
- Księdza wam zmienili?
- Zmienili. A tego tu - Michałycz skinął głową na chatę z której dochodził głos Siemionycza - nie chcą zmienić. Trzymają swojaka i głos mu z głowy nie spadnie.
- Co ty stary już bunt podnosisz?! - zwróciła się do nas kobieta w chustce.
- O, Prakseda, pamiętasz człowieka co w zeszłym roku tu z namiotem nocował?
- Pamiętam, pamiętam - uśmiechnęła się w moją stronę. A ty stary durniu, - zwróciła się do męża - znowu rewolucję zaczynasz? Mało ci było ostatniego lata?
- A co?! Prawdę mówię - zerknął w stronę chaty. - Ta swołocz wycieczki oprowadza, zamiast w areszcie siedzieć. W kombinacie kiedyś księgowym był, kradł ile mógł, sąd mu groził, ale partyjni koledzy go do nas zesłali.
- Oj, durny ty, durny - pokiwała z politowaniem głową, a do mnie się zwróciła: - Dobry to chłop i szczery, ale jak Polaków widzi, to mu zaraz na bunt się zbiera. A potem my pokutujemy.
- A to moja wina, że jak ja krowy z pola gonił, to władze tu imprezę robiły? - Miachałyczowi zabłysły oczy. - Oj, szedł ja z moimi krówkami na chatę po gorącym dniu, a oni tu jakieś władze z Grodna witają, w cześkowy dom prowadzą - a droga zagrodzona! Ja by mógł poczekać, ale czemu stworzenie winne, co cycki z mlekiem nosi i ryczeć zaczyna? - zniżył trochę głos. - A że troszkę ja wypity był, to wyszedł przed żywinę i zapytał: jaki chuj moim krowom drogę do domu grodzi?
- No i co? - zapytałem.
- No i się rozstąpili. Ja krowy przeprowadził i jak bohater był!
- Taak - skwitowała żona. - Przez dwie godziny bohaterował, bo jeszcze tego samego dnia przyjechali i do Grodna zabrali.
- Przesiedział ja dwie doby w areszcie...
- Ty do tej pory byś siedział, żeby nie mój brat!
- A co?! Nie tylko Siemionycz może mieć znajomości!
Nawet nie zauważyłem, kiedy do nas dołączył Sowa z Todkiem. Michałycz opowiadał z zacięciem, wcale nie zwracając uwagi na to, że pół wsi go słyszało. Po kilku minutach z chaty wyszedł Sztywny i Endru. Jeszcze tylko Yanucha wysłuchiwał bajek przewodnika, ale niebawem i on do nas przyszedł. Staliśmy wokół małżeństwa Michałyczów wsłuchani w autentyczne historie tych ziem i ludzi. Padały pytania, padały odpowiedzi. Nawet osamotniony Siemionycz wyszedł z chaty Niemena i się przysłuchiwał.
- A co mi tam, że słucha - nie spuszczał z tonu Michałycz. - Za prawdę nikt mi krzywdy nie zrobi.
- No mówiłam! Durny i już! Zobaczysz, że cię jeszcze zabiorą! - próbowała go poskromić żona.
- Niech zabierają! Mają w tym wprawę. Już od wojny trenują.
- Zamilcz, głupcze!
- A co, może nieprawda, że ruskie w wojnę już mieli wagony na naszą wioskę naszykowane? Wszyscy w niedziele dostali bilet na Sybir. Jeden dzień na pakowanie i wioo! Ale w poniedziałek Niemiec wkroczył i tak my się uratowali.
- Co ty gadasz? Że Niemcy cię wyswobodzili?
- Może powiesz, że tak nie było?
Kobieta niepewnie zerkała w stronę nasłuchującego Siemionycza.
- Choć już do domu. Dosyć się nagadałeś.
Pożegnaliśmy się szczerze z małżeństwem Michałyczów i weszliśmy na podwórze Niemena, gdzie Siemionycz próbował nas zaciekawić swoimi opowieściami. Niestety, wyuczone formułki na użytek oficjalnych wycieczek nie znalazły u nas posłuchu. Poudawaliśmy przez kilka minut zainteresowanie i znów wsiedliśmy na motocykle.
- Andryszek - rzucił Endru spod kasku. - Zatrzymajmy się gdzieś na wymianę waluty.
No to się zatrzymaliśmy. Najpierw pierwsza trójka, potem druga ruszyła do banku w napotkanym miasteczku. Numerki wydawane przez automat przy wejściu wydatnie usprawniły wymianę. Zaopatrzeni w wielotysięczne rulony mieliśmy ruszać dalej, kiedy odezwał się Yanucha:
- Słuchajcie - zerkał w niewielki notatnik. - Ja w tym mieście mam znajomego.
- No to prowadź - podchwycił Todek.
Lichą szutrówką poprzetykaną kałużami dojechaliśmy na skraj miasteczka. Na końcu ulicy zatrzymaliśmy się przy murowanym, jednorodzinnym domku. Niestety, nikogo w nim nie było. Od sąsiadki Yanucha dowiedział się, że jego znajomy wyjechał. Na dłużej. Wróciliśmy do miasta na zakupy.
- To może ustanowimy jakiś fundusz? - zaproponował Sztywny. - Myśmy zrzucali się po sto tysięcy i było na podstawowe jedzenie.
- No to dajemy po stówie - zakomenderował Endru. - A gorzałkę, fajki, piwo, czy inne fanaberie każdy kupuje za swoje. Jak się fundusz skończy, znowu się zrzucimy.
- Dobra. Endru trzymasz kasę - zakończył Todek.
Po zakupach przepytaliśmy miejscową młodzież o jakieś fajne miejsce do biwakowania. Wskazali kierunek na Niemen. Po około piętnastu kilometrach dojechaliśmy w pobliże wiaduktu. Zjechaliśmy z głównej szosy i po przejechaniu około dwustu metrów zatrzymaliśmy się na polanie. Płaski, wysoki brzeg, porośnięty niewielkimi sosenkami niejeden biwak tu widział. Sprawnie rozbiliśmy obozowisko, po czym śmiało wskoczyłem do rzeki. Moje zdziwienie było dość spore, bo widoczny z góry nurt nie wyglądał na wartki, a teraz musiałem mocno przebierać rękami i nogami, by nie popłynąć z prądem w dół rzeki. Nieźle się namachałem, nim wróciłem do brzegu. Reszta chłopaków też nie odmówiła sobie kąpieli po dość parnym dniu.
- Ja pierdolę - jęknął Yanucha. - Mam dziurawy materac. Wyciągnął go z namiotu i zaczął oglądać. Wskoczył z nim do wody, by znaleźć dziurę. - Nie, mam szczęście, to tylko źle zamknięty korek.
Kiedy tak przyglądaliśmy się mu z góry, nadjechał biały bus. Wysiadł z niego dobrze zbudowany facet w średnim wieku, nastoletnia dziewczyna i dwóch chłopaków - na oko dziesięciolatki. Od razu ruszyli oglądać nasze motocykle. Ich bezpośredniość graniczyła z nachalnością i była z rodzaju tych, które można spotkać wśród rumuńskich dzieci na polskich dworcach.
- A to czemu nie jedziecie dalej? Trzysta metrów tą drogą i jest fajnie miejsce, jeszcze lepsze od tego - pytali.
- Za późno, namioty mamy już postawione.
- Możemy zrobić zdjęcia przy waszych motorach?
- No pewnie.
Białoruś 4 - fot. 3 Jak zwykle, największym powodzeniem w takich przypadkach cieszył się motocykl Endru. W ramach zacieśniania znajomości jego właściciel dostał od gości kapelusz. Grzecznościowe gadki potrwały jeszcze kilkanaście minut i nasi adoratorzy pojechali na wskazywane przez siebie lepsze obozowisko. W tym czasie rozłożyliśmy niebieską plandekę, która miała służyć na stół. Chłopaki powyciągali gazowe kuchenki celem przeprowadzenia próbnego odpalenia. Nie przeszkodziło to nam w zebraniu chrustu na ognisko, bo wieczorne gadki przy gazowych palnikach jakoś nie rajcowały. Zanim na dobre się rozsiedliśmy przy kolacji, biały bus powrócił. Jego gospodarz wyciągnął plastikowy stolik, krzesła i turystyczną zastawę. Zerkał cały czas w naszą stronę. My rozkoszowaliśmy się jedzeniem, trunkami i ciszą. Nie na długo, bo z otwartego na oścież busa popłynęła na cały regulator muzyka. Oczywiście AC/DC. Pewnie w ramach zacieśniania, nie tak dawno zapoczątkowanej znajomości. Tak jakby motocykliści nie mogli słuchać innej muzyki, tak jakby nie mieli prawa w ogóle niczego słuchać po całodniowym szumie w kasku. Spojrzeliśmy z niesmakiem po sobie. Bez namysłu ruszyłem w stronę busa.
- Zamierzacie tutaj nocować? - mój głos zabrzmiał złowieszczo. Mężczyzna spojrzał na mnie hardo, z ledwie widocznym uśmieszkiem.
- Nie.
- To dobrze, bo myślałem, że będziecie jarmolić tymi głośnikami całą noc i nie będziemy mogli odpocząć.
Facet przeniósł wzrok nad moją głową. Popatrzył na chłopaków i mina mu zrzedła. Pewnie pomyślał, że skoro wysyłają najmniejszego kolesia, a z niego taki chojrak, to co dopiero będzie, jak tamci przyjdą. Bez słowa ściszył muzykę do poziomu kawiarnianego zaułka.
- Dziękuję - wróciłem do kolacji. Zanim po zjedzonym posiłku zagotowała się woda na herbatę, Sowa złożył wędkę i złowił rybę.
- Patrzcie, historyczna - wyeksponował trofeum.
- Że taka mała? - zapytał Todek.
- Nie, że pierwsza na naszym wyjeździe.
Miejscowi łowcy mieli mniej skrupułów i po drugiej stronie rzeki, wbrew zakazom, ciągnęli sieć.
- Kurwa, z rybami pływałem - zauważył Yanucha. - Będę walił leszczem.
- Przecież mydła używałeś - zauważył Endru.
- Jak chcesz, to mam szampon z odżywką - zaproponował Sztywny.
Todek siedział oniemiały i słuchał z niedowierzaniem.
- Co tam. Przynajmniej trochę ruchu było. Zamiast biegania - pocieszał się Yanucha.
- A ty na solarium chodzisz? - zapytał Endru.
- Czasami. Po siłowni.
W tym momencie Todek przestał gryźć kanapkę z boczkiem i wstał.
- Kurwa, ja pierdolę! - wypalił. - Rzygać mi się chce jak was słucham! Jeden na solarium, drugi kremy, trzeci gimnastyki i diety. Czy was popierdoliło?! Ja to wszystko mam w dupie! Jestem gruby, brzydki i szczerbaty, ale się sobie podobam! Dziewczynki...!
Sztywny, Endru i Yanucha na chwilę zastygli. Wszyscy spojrzeliśmy na Todka. Po takiej tyradzie wybuchliśmy gromkim śmiechem.
- No to chuj - podsumował Sowa. - Od dziś jesteście dziewczynki.
- A wy - odciął się Sztywny - czyli ty, Andryszek i Todek, to riedkije zuby.
No i znowu śmiechom nie było końca. Biesiadnicy z busa próbowali integracji, ale z każdą próbą nabieraliśmy do nich coraz większego dystansu. Pomimo młodego wieku dzieciaków z busa, na ich stole pojawił się alkohol, który bez wyjątku spożywali wszyscy. Yanucha korzystając z sytuacji, zwrócił uwagę kierowcy:
- Ty, ten twój chłopak fajki pali.
- No, i co?
- Przecież on dziesięciu lat nie ma.
- A, to nic takiego. Normalne.
Całe to dziwne towarzystwo zwinęło swoje meble i się ulotniło po około dwóch godzinach. Zostały po nich tylko śmieci, plastikowe butelki i tłuste papiery. Zapadł zmrok i założyliśmy na czoła lampki, zwane potocznie "krecikami".
- Patrzcie - demonstrował Sztywny kierując snop światła na Niemen. - Mój wali jak z lasera.
- No i na chuj tu świecisz? - odezwał się głos ze środka rzeki. Chwilę później usłyszeliśmy plusk wioseł i stukot czegoś twardego o burty. Najwidoczniej rzeczni kłusownicy przesiedli się na łódki, by efektywniej stawiać sieci. Jakiś czas później na drugim brzegu zapłonęło ognisko, do którego podjechało kilka osobowych aut. Zebrane towarzystwo za nic miało naturę. Płomień ich ognia bujał na wysokość dwóch metrów, z samochodowych głośników płynęła na cały regulator białoruska muzyka, a dziewczęta śmiały się i piszczały coraz głośniej. Chłopaki do ognia dorzucali drewno przywiezione w samochodowych bagażnikach. Endru nie chciał być gorszy i zanim rozeszliśmy się do namiotów, wrzucił cały chrust do naszego ogniska.
- Ty, Andryszek - zagaił Todek. - Nie pójdziesz ich uciszać?
- Nie. Głośno są, ale daleko. Da się spać.
Powiedziałem to chyba w złą godzinę, bo około pierwszej w nocy obudził nas dźwięk spalinowej piły. Później rozległ się trzask padającego drzewa. Pewnie chłopakom skończyło się drewno w bagażnikach. Potem jeszcze raz wszystko się powtórzyło, bo chłopaki kilka minut po trzeciej dorzucali do ognia.

DZIEŃ TRZECI

Kawa gotowana na gazowych palnikach nie zajęła wiele czasu. Kolejny patent na jej parzenie z użyciem papierowych worków zawiódł. Piłem znowu parzuchę. Ale w tak przyjemnych okolicznościach przyrody nie miało to wielkiego znaczenia. Kanapki kiełbasą i pomidorami smakowały niczym wykwintne dania z najlepszej restauracji.
- Dokąd jedziemy? - wyskoczył Endru.
- Nie wiem - odpowiedziałem.
- Jak to, masz przecież mapę i GPSa?
- Dobra, Endru, nie pytaj - rzucił Sztywny widząc zły błysk w moim oku.
- Ale ja bym chciał wiedzieć.
- Na chuj ci ta wiedza? Czy to coś zmienia? Po prostu jedziemy.
- To po co odpalasz nawigację i patrzysz w mapę?
- Na mapie określam obszar odległy od nas o około 250 - 300 kilometrów, potem na nawigacji oglądam go w powiększeniu i szukam jakiegoś miejsca w pobliżu jeziora lub rzeki, stawiam tam kropkę i uruchamiam funkcję "prowadź". Sam nie wiem jaką drogą pojedziemy i co będziemy po drodze mijać.
- To nie możesz zawczasu dokładniej zaplanować?
- Kurwa, jak chcesz, to jutro ty prowadzisz. Wtedy sam wszystko zaplanujesz.
- Spierdalaj, nigdzie nie prowadzę.
- No to zacznijmy cieszyć się tym, że jedziemy, a nie zamartwiać którędy i dokąd. W niedzielę mamy być na granicy w Brześciu i to całe nasze plany.
- Dobra, pasuje mi to.
- A kto jeszcze raz zapyta, gdzie i którędy jedziemy, to ten prowadzi - podsumował Sowa. Nikt się nie odezwał.
Nim doszła godzina dziesiąta, byliśmy już w drodze. Po kilkudziesięciu kilometrach Sztywny zasygnalizował niski poziom paliwa, więc zjechaliśmy na przydrożną stację benzynową z barem. Tankowanie szło dość sprawnie, ale zanim Todek jako ostatni skończył lać, Yanucha i Endru weszli do baru.
- Tylko po kawce wypijemy i lecimy dalej.
- No dobra - zgodziłem się, choć szkoda było czasu na kawę, skoro nie tak dawno jedliśmy śniadanie. Sowa i ja wzięliśmy po kawie w papierowym kubku, do tego snickersa. Wyszliśmy przed bar. Todek ze Sztywnym skończyli tankowanie i odstawili motocykle.
- To co, jedziemy, czy coś pijemy?
- Krótki postój na kawę...
- A myśmy zamówili po blinie, zaraz podadzą - obwieścił Yanucha i Endru.
- No kurwa - zagotowałem się. - Przecież miała być tylko kawa.
- To my też sobie coś zamówimy - wyskoczył Todek.
- Ja pierdolę - gotowałem się dalej. - Jak tak dalej pójdzie, to będziemy jak wycieczka niemieckich emerytów w każdym kiblu szczać i wpierdalać na każdym skrzyżowaniu. Do końca wakacji nie objedziemy Białorusi.
- Co za problem? - dziwił się Endru.
- Taki, że miało być pięć minut na kawę, wyście zamówili bliny, czekacie na nie, teraz pozostali też chcą zamawiać, a Sowa i ja zgodnie z planem wypiliśmy kawę i już jesteśmy gotowi do drogi.
- Andryszek - odezwał się Yanucha. - Przecież to ty prowadzisz i ty nas tu przywiodłeś.
- No co ty Yanucha pierdolisz?! Przywiodłem was tu żeby zatankować, wypić szybką kawę i jechać dalej. A nie żeby rozkładać się biwakiem co godzinę.
- Ale gdzie problem?
- Pisałem przed wyjazdem na forum, że nie będzie wygód, obżerania się po restauracjach i barach, nie będzie hoteli, ciepłej wody i strzeżonych parkingów. Mamy jechać, biwakować i sami sobie gotować. Wyście nie brali na poważnie tego, co tam ogłaszałem?
- No, myśleliśmy, że będzie inaczej.
- Kurwa! Dlatego że was traktuję serio, to napisałem prawdę, a nie jakiś reklamowy slogan. Dobrze by było, żebyśmy tu i teraz nadal poważnie się traktowali. Nie chcę, by nam wyszła inna wycieczka od tej zaplanowanej i nie zamierzam zmieniać jej charakteru! A jak komuś nie pasuje, to możemy się rozdzielić i jechać w grupach. Jak kto chce.
- Nie będzie tu żadnego rozdzielania! - wtrącił się Todek. - Jedziemy razem i koniec. Sowa stanął kilka kroków z boku. Zerkał na mnie z ukosa.
- Ale Andryszek się wkurwił... - burknął pod nosem ale tak, że dało się słyszeć.
- E tam, lepiej pokrzyczeć na początku, niż się wkurwiać przez cały czas, do końca wyjazdu.
- Dobra, to my z Todkiem jednak weźmiemy tylko po kawie i snickersie - posumował Sztywny. Yanucha i Endru się nie odezwali. Niebawem pojechaliśmy dalej.
Ciężkie niebo towarzyszyło nam przez całą drogę. Od czasu do czasu kropiło, ale nie na tyle, by wdziewać deszczaki. Około godziny szesnastej wjechaliśmy do Bresławia. Po prawej stronie mieliśmy jezioro, po lewej miasto. Jechaliśmy przez kilka kilometrów wzdłuż brzegu, który nie zachęcał do stawiania namiotów. Zjechaliśmy w wąską uliczkę biegnąca nadal wzdłuż wody. Zatrzymaliśmy się przy odrapanym budynku, z którego wyszła roześmiana kobieta.
- O, jakie fajne chłopaki przyjechały!
Barak okazał się skupem butelek. Jego szefowa nadal nas komplementowała.
- I maszyny fajne macie! Taki kawał drogi, ujajaj!
- A powie nam pani - zaczął Yanucha - gdzie moglibyśmy rozbić namioty?
- Oj, ja tu tylko butelki skupuję, ale tam, za bramą jest Misza, on wam coś na pewno poradzi. Misza okazał się szczupłym blondynem, na oko trzydzieści lat, twarz zmęczona ale szczera, tak jak jego uśmiech z ubytkami. Nadawał się do Riedkich Zubów.
- To może tam, na górce - wskazał zakrzaczoną skarpę. Poszliśmy w nadziei, że zaraz będziemy biwakować. Niestety, miejsce okazało się mało przyjazne ze względu na wybujałą roślinność, wilgoć i brak światła. Jezioro było co prawda jakieś sto metrów od nas, ale uznaliśmy, że zbyt daleko. - To ja was zaprowadzę na cypel - zdeklarował.
Kilka chwil później jechaliśmy za starą Ładą. Leśna droga wiodła przez cztery kilometry racząc nas piaskiem, kamieniami i kałużami. Jednak poniesiony trud opłacił się, bo polana na którą zaprowadził nas Misza, bardzo przypadła nam do gustu - opuszczony cypel, porośnięty niską trawą z miejscem do biwakowania nad samą wodą. Szybko rozbiliśmy obóz. Sztywny odkrył cieknące lagi w swoim motocyklu.
- Kurwa, miałem nadzieję że jakoś wytrzyma. Ale po tych dziurach teraz leci jak z nosa.
- No to zaraz kupimy jakiś twardy olej, bo i tak trzeba jechać po zakupy - powiedział Sowa.
- A ja od razu zatankuję - zerknąłem na mój wskaźnik paliwa.
- Jadę i ja, bo przecież kasę trzymam - dodał Endru.
- Dobra - podsumował Todek. - Yanucha i ja zostajemy, żeby przygotować drewno na ogień.
Zakupy i tankowanie zrealizowaliśmy sprawnie i bez niespodzianek. Zapakowaliśmy bagaże i ruszyliśmy z powrotem. Znów minęliśmy miasto, zjechaliśmy w boczną, pustą uliczkę i puściliśmy się w stronę obozowiska. Byłem trochę znużony monotonią całego dnia, dlatego wiedząc, że nadbrzeżna prosta ciągnie się przez trzy kilometry, odkręciłem manetkę. Nasza grupa szybko nabierała rozpędu, jednak już przy 120 km na godzinę ujrzałem wychylający się zza krzaka radar, a chwilę później lizak drogówki. Wyhamowałem. Chłopaki pojechali dalej. Podszedł do mnie młody milicjant. Minę miał groźną, ale złagodniał kiedy zdjąłem kask. Chyba spodziewał się kogoś młodszego.
- Dzień dobry. Może pan ma profesjonalny sprzęt i umiejętności, ale zdecydowanie za szybko pan jechał. Dwa razy za szybko.
- Jak to, dwa razy?
- Tak, bo tu teren zabudowany. Tą alejką chodzą turyści, matki z dziećmi - spojrzał w prawo, lewo i zamilkł, bo aż po kres nie było żywej duszy.
- Stary jestem i głupi. Moja wina - uderzyłem w skruchę, bo i tak byłem na jego łasce.
- Proszę zawrócić i podjechać do radiowozu.
Przy samochodzie stał starszy, grubszy milicjant. Bez słowa dłubał pestki słonecznika. Odbił się od maski i ruszył w naszą stronę. Wziął od swojego partnera suszarkę i wyszedł na szosę. Młodszy zaprosił mnie do samochodu.
- Proszę o dokumenty - zdjął czapkę i otworzył notatnik. - Kiedy do nas przyjechaliście?
- Dziś po południu. Jesteśmy przejazdem, bo zamierzamy objechać Białoruś wzdłuż granic.
- Kiedy zamierzacie jechać dalej?
- Jutro o ósmej.
- No to pojedziecie o dziewiątej, do naszego komendanta.
- A to czemu?
- Bo zatrzymuję wasze prawo jazdy.
- Zwykły mandat nie wystarczy?
- Za duże przekroczenie. Do dwudziestu kilometrów możemy karać na miejscu.
- Ojejej - podrapałem się po głowie mając nadzieję, że chłopaki wrócili już do obozu, opowiedzieli o zatrzymaniu, i Yanucha z Todkiem zaraz tu się zjawią. Jako polscy policjanci na pewno się dogadają z białoruską milicją i obejdzie się bez wizyty na komisariacie. Pomyślałem, że warto będzie odwlekać spisywanie protokołu. - To będzie problem.
- Z czym problem?
- Nie mogę znaleźć dowodu rejestracyjnego - skłamałem grając na czas. - Jak wasz komendant zajmuje się takim sprawami, to na nic innego czasu nie ma.
- Proszę dobrze poszukać.
- Tyle tych kieszeni... To jutro od ósmej przyjmuje wszystkich, co złamali przepisy?
- Nie wszystkich. Jutro tylko was przyjmie, bo jesteście innostraniec. Tutejszych przyjmuje tylko we wtorki.
- Jak ktoś podpadnie we środę, to przez tydzień czeka na spotkanie?
- No. Nasz komendant ma żonę Polkę. Dobry z niego człowiek, na pewno odda papiery. - Wyjął z teczki formularz i zaczął przyglądać się mojemu paszportowi. - Ale granicę przekroczyliście dziesięć dni temu?
- Tak. Do domu zamierzam wrócić za dwa tygodnie. Wiza tyle jest ważna - jeszcze nie zaczął pisać, ale odsieczy nadal nie było widać. - A mandaty jak u was się płaci?
- Małe kwoty kasujemy na miejscu, ale tu za duże przekroczenie. Komendant wyznaczy mandat, który trzeba opłacić w banku. Potem z bankowym dowodem trzeba wrócić na posterunek i odebrać prawo jazdy. A u was jak?
- Policja daje wypełniony blankiet i mam tydzień, żeby pieniądze wpłacić w dowolny sposób, przelewem, gotówką w banku, lub na poczcie.
- Tak? - zdziwił się. - I co, płacicie?
- Płacimy, bo potem komornik z odsetkami odbierze - patrzyłem z nadzieją w stronę z której spodziewałem się pomocy, ale nadaremno. Milicjant zaczął przepisywać moje nazwisko z paszportu do formularza. Przepadło.
- O, znalazłem dowód rejestracyjny - zrezygnowany podałem mu dokument.
Formularz zawierał więcej punktów i rubryk niż nasz protokół z samochodowego wypadku do ubezpieczyciela. Podpisywałem go w kilku miejscach, słuchałem wyjaśnień i pouczeń, a myślami byłem w obozowisku. Na koniec otrzymałem pokwitowanie zatrzymania prawa jazdy i byłem wolny. Zanim ruszyłem, starszy grubas, nie przerywając gryzienia pestek przepytał mnie standardowo o parametry motocykla. Udzieliłem niezbędnych odpowiedzi i grzecznie się pożegnaliśmy. Ruszyłem zgodnie z przepisami. Tuż za łagodnym łukiem zobaczyłem czekających chłopaków. Bez Todka i Yanuchy. Stali tam cały czas. Machnąłem tylko ręką, by jechali za mną. Po kilkunastu minutach zajechaliśmy do obozowiska.
- No i co? - tuż po zdjęciu kasku zapytał Sztywny.
- Zabrali prawo jazdy.
- Kurwa. I co teraz?
- Jutro o dziewiątej po odbiór u komendanta.
Kiedy opowiedziałem całą procedurę zatrzymania, odezwał się Todek.
- Jutro z Yanuchą pojedziemy razem.
- No jasne - potwierdził Yanucha. - Ale ty Todek nie będziesz się odzywać.
- A to czemu?
- Bo kurwa po rusku gadasz tak, że potem sam się zastanawiasz, co chciałeś powiedzieć.
- No i chuj. Najważniejsze, że się dogadam. Ale jak chcecie, będę milczeć.
- To jesteśmy umówieni. Mam parę firmowych gadżetów, jakieś breloki, wizytowniki. Spróbujemy łagodnie, towarzysko i polubownie.
- No bo jak inaczej?
Na szczęście nie roztrząsaliśmy tej sytuacji zbyt długo, bo było co robić. Przyjechał Misza z rybami, a Sztywny zabrał się za wymianę oleju w lagach. Z drewnianych pni zbudowaliśmy prowizoryczne rusztowanie na którym zawisł serwisowany motocykl. Wymiana poszła sprawnie. Jazda próbna wypadła już gorzej.
- Kurwa, jakbym nie miał wcale zawieszenia. Jak traktor. Jeden dzień wytrzymam. Może jutro coś wymyślimy, bo już późno.
- To na zupę - Misza wysypał z reklamówki kilkanaście ryb, wśród których królowały dwa ogromne leszcze i węgorz.
- Zaraz, zaraz - zaatakował Todek. - Jednego leszcza upiekę. Resztę możecie brać na zupę.
- A w czym ją ugotujemy? - trzeźwo zapytał Endru. - Mamy tylko menażki.
- Oj bladź - zmartwił się Misza. Wyjął komórkę i zadzwonił. Z rozmowy wynikało, że wydaje polecenia swemu bratu. Po kilkunastu minutach na nasz cypel przyjechało auto z ocynkowanym wiadrem. - No i mamy w czym gotować.
Białoruś 4 - fot. 4 Todek skrobał leszcza, Sowa patroszył węgorza, a myśmy błąkali się w poszukiwaniu czegokolwiek, co dałoby większy płomień. Ognisko z mokrego drewna przede wszystkim dymiło. Misza wlazł w przybrzeżne trzciny. Narwał ich całe naręcze, ale pokaleczył dłonie. Rozcięcie obficie krwawiło. Ledwie zatrzymał go założony przez Sowę prowizoryczny opatrunek. Kiedy ognisko osiągnęło założone temperaturę i rozmiary, pieczenie ryby przebiegło bardzo sprawnie. Zanim skończyliśmy rozkoszować się jej smakiem i chwalić kulinarny talent Todka, woda w wiadrze się zagotowała. Pod dyktando Miszy wrzucaliśmy wszystkie składniki. Na koniec poszły w ruch przyprawy. Głównie sól, którą sypał Sowa.
- Już dość - zasugerował Sztywny.
- Jeszcze nie - Sowa sypał dalej.
- Wystarczy - wtrącił się Endru.
- Nie, jeszcze nie.
- No co ty kurwa robisz? Rybę gotujesz, czy sól?
- Kurwa, kurwa. Gotowałeś kiedyś uchę?
- Nie.
- To się nie wpierdalaj. Ucha musi być słona.
- Kurwa, ale nie aż tyle!
- Zaraz skończę - Sowa wsypał jeszcze łyżkę, ale widać było, że miał ochotę na więcej.
- Ja pierdolę - jęczał Sztywny. - Ja tego nie przełknę.
- Rozcieńczymy wodą - zasugerował Endru.
- Najpierw zjedzą normalni, a potem wy - podsumował Sowa.
Staliśmy wokół ognia, gadaliśmy, wśród śmiechów wznoszono toasty. Padały pytania i odpowiedzi, zwłaszcza pomiędzy nami a Miszką. Okazało się, że nasz znajomy pracuje w składzie rybnym - stąd ten obfity poczęstunek. Dowiedzieliśmy się, że aby na Białorusi przeżyć, trzeba miesięcznie zarabiać około trzysta dolarów, a podstawowa pensja to sto. Dlatego tak dużo kombinowania, kradzieży i kłusownictwa.
- Tu na jeziorze, po zmroku, zaczyna się drugie życie.
- A nam nic nie grozi?
- Na brzegu nic. Na wodzie różnie bywa. Jak złapią i się nie wykupisz, to nawet na pięć lat do ciężkiego więzienia potrafią wsadzić.
- Przecież u was wolno legalnie wędkować.
- Wędkować, ale nie kłusować. W nocy, z siatkami, albo na prąd.
- Panowie - obwieścił Sowa - za pięć minut zdejmujemy zupę z ognia.
Wszyscy karnie ustawiliśmy się w kolejce do ocynkowanego wiadra. Sowa, Todek, Yanucha i ja po wyznaczonym czasie rozkoszowaliśmy się uchą. Zupa naprawdę była pyszna, skoro nawet mi, który za uchą nie przepadał, bardzo smakowała.
Nad pozostałą resztą w wiadrze stał Endru z butelką wody.
- Lej wszystko - podpowiedział Sztywny. Endru wlał. Sztywny spróbował.
- Kurwa, jakiej ty wody nalałeś?
- Jak to jakiej, tylko mineralna została.
- Tak, ale to była mineralna smakowa, czyli słona.
- No to kurwa, ładnie rozcieńczyliśmy.
Pomimo tego uzdatnienia, zupa nadal była smaczna i wcale nie taka słona. Przekonali się o tym nawet Sztywny i Endru. Wieczór mijał bardzo przyjemnie, pomimo że chłód zaczynał dawać się we znaki. Północne kresy, sąsiedztwo jeziora i wzbierający wiatr na próżno starały się ochłodzić nasze głowy. Zanim szczerze pożegnany Misza wsiadł do auta, otrzymał w prezencie od Sowy nóż, a Endru podarował mu otrzymany wczoraj nad Niemnem kapelusz.

DZIEŃ CZWARTY

To była najzimniejsza, jak dotąd, noc spędzona pod namiotem. Do tego poranna rosa. Spakowałem z grubsza rzeczy i wystawiłem namiot na miejsce, gdzie nieśmiało zaczynało świecić słonce. Yanucha i Todek tak samo przygotowywali się do wizyty u komendanta. Reszta chłopaków miała na nas czekać ze śniadaniem. Po drodze zastanawiałem się, czy wpuszczą nas wszystkich do środka, bo tylko ja figurowałem w protokole. Znając komunistyczne realia liczyłem się z obstawą, kratami i dyżurnym sprawdzającym przepustki. Zajechaliśmy pięć minut przed czasem. Yanucha pierwszy przekroczył próg komisariatu.
- My do komendanta - prawie krzyknął na dyżurnego.
- Prosto, potem w lewo. Drugie drzwi po prawej - wyrecytował zdezorientowany milicjant. Zanim oprzytomniał, już wchodziliśmy do najważniejszego gabinetu na posterunku.
- Dzień dobry, my policjanci z Polski. Przyjechaliśmy z wizytą.
- Ooo - uśmiechnął się szeroko dobrze zbudowany blondyn, mniej więcej w naszym wieku. - Szkoda, że nie zapowiedzieliście się wcześniej.
- No właśnie - wtrąciłem. - Ja wczoraj już się zapowiedziałem.
- Taak?
- Kolega został zatrzymany za przekroczenie - wyjaśniał Yanucha. Todek, zgodnie z ustaleniami, milczał.
- Aaa, to wiem wszystko - komendant wyciągnął teczkę z szuflady biurka. - Duże przekroczenie.
- Olej chciałem wymienić, to silnik rozgrzewałem - wtrąciłem.
- Takie bajki to w Polsce możecie opowiadać. Ale czemu nie mówiliście, że jesteście policjantami z Polski? My tu mamy zasadę, że z milicjantem, z jakiego by nie był kraju, zawsze się dogadamy.
- Bo kolega nie jest policjantem, tylko naszym przewodnikiem. Jak by wyglądało, gdyby powiedział że ma kolegów policjantów, a przy nim by nie było żadnego?
- No, trochę śmiesznie - przyznał komendant. - Niestety, protokół spisany, więc karę muszę wymierzyć. Dam najniższy mandat, trzysta tysięcy rubli. Trzeba opłacić w banku, potem przywieźć pokwitowanie i wtedy oddam dokumenty.
Pogadaliśmy jeszcze przez kilka minut na luźne tematy. Rozmowa przebiegała w sympatycznej atmosferze. Yanucha wręczył komendantowi policyjne gadżety.
- Szkoda że tak rano przyjechaliście, moglibyśmy wyskoczyć na jakiś poczęstunek.
- Oj, to pewnie byśmy już dziś nie pojechali.
W banku ustawiły się dwie kolejki. Trudno było określić, która szybciej się poruszała, więc ja stanąłem w lewej, Yanucha w prawej. Todek został na zewnątrz, przy motocyklach. Ludzie w większości zamieniali kombinowane dolary na ruble, bo tylko w takiej walucie można było kupować artykuły codziennego użytku. Obrót i posługiwanie się dolarami były zabronione. Jako jeden z nielicznych podałem do okienka białoruskie banknoty. Trzysta tysięcy, równowartość stu dwudziestu polskich złotych. W zamian otrzymałem duże, imienne zaświadczenie. Todek przy motocyklach wiódł rozmowę z mężczyzną o gruzińskich rysach. Komendant na nas czekał. Wydał moje prawo jazdy i kiedy mieliśmy wychodzić, powiedział:
- Jeszcze momencik - wyjął z szuflady wizytówkę, na odwrocie napisał "z uszanowaniem" i podpisał się. - Jakby ktoś was jeszcze zatrzymał, to wystarczy pokazać.
Droga powrotna do obozowiska minęła nam jak z bicza trzasnął.
- Patrzcie, jak glejt mamy - wyjąłem wizytówkę. - Wystarczy pokazać.
- Kurwa - pokiwał głową Endru. - To opłacało się dać trzysta tysięcy za taki żelazny list.
- Zaraz zrobimy składkę i wyjdzie po dwadzieścia złotych na łebka - zarządził Sowa.
Zjedliśmy śniadanie, zapakowaliśmy wypożyczone przez Miszę wiadro, włożyliśmy do niego nie wypite wczoraj piwa i ruszyliśmy. Kiedy zjawiliśmy się przy skubie butelek, ponownie powitała nas jowialna ekspedientka.
- Miszki jeszcze nie ma, ale jego żona na dyżurce siedzi.
Z niewielkiego budynku przy bramie, na rybny plac wyszła drobna, zadbana kobieta.
- Misza jeszcze w domu śpi - uśmiechnęła się nieśmiało. - Wczoraj wrócił późno, cały szczęśliwy. Pół nocy gadał, że dostał nóż i kapelusz.
- My też się cieszymy, oddajemy wiadro i coś na lekarstwo - Yanucha wiedział jak się znaleźć w sytuacji. - Proszę go od nas serdecznie pozdrowić i bardzo za wszystko podziękować.
No i tak skończyła się wizyta w Bresławiu. Pogoda na szczęście złagodziła swoje oblicze. Asfalt nadal był gładki, a w kieszeni otuchy dodawał żelazny glejt od komendanta. Droga mijała dość szybko, przyjemnie i bezpiecznie. Po drodze zatrzymaliśmy się na przydrożnym parkingu. Nikt na szczęście nie zaproponował skosztowania miejscowej kuchni w lokalnym barze. Sowa i bez tego od dwóch dni zmagał się z żołądkowym zatruciem. Jadł węgiel, popijał kwasem i przykucał co jakiś czas w krzakach. Tutaj, na tym parkingu, stały murowane toalety. Nie czyszczone, nie dezynfekowane, nie sprzątane co najmniej od roku. Yanucha wyskoczył z niej prędzej niż wszedł.
- Ja pierdolę - wystękał. - Zaraz się zrzygam. Ale jakoś dał radę.
W okolicach Kowla z niemałym trudem dojechaliśmy nad ładnie położone jezioro. Przywitał nas łagodny brzeg, porośnięty ogromnymi brzozami i sosnami. Oprócz stert śmieci - żywego ducha. Znaleźliśmy w miarę czystą polankę i szybko rozbiliśmy obozowisko. Sowa spojrzał w górę.
- Kurwa, kurwa, patrzcie. Niezła wichura tu musiała być. Zobaczcie, jak te połamane gałęzie nad nami wiszą.
- E tam - zlekceważył Todek. - Tyle czasu przewisiały, to jeszcze jedną noc wytrzymają.
- Poza tym dziś nie wieje - rozwiał wątpliwości Yanucha.
Rozpaliliśmy ognisko nad samą wodą. W tym względzie białoruskie prawo było bardzo pobłażliwe. Rozpoczęła się tradycyjna kolacja z toastami. Sowa i Endru wyjęli wędki i poszli łowić ryby. Ja najpierw musiałem wyciąć leszczynowe wędzisko. Kiedy wszystko miałem gotowe, wszedłem do wody. Zaczepiłem na haczyk kulkę chleba, która niedługo potem zamieniła się w dyndającą, niewielką płotkę. Moja pierwsza ryba złowiona na tym wyjeździe. Endru i Sowa też wyciągali.
- Mam, mam! - ekscytował się Endru.
- Co tam masz? - zapytał z brzegu Todek.
- Płotkę, ale małą.
- Eee kurwa, ty rekiny łów, a nie płotki! - doradzał Sztywny.
W takiej to sielskiej atmosferze mijała nam pierwsza część wieczoru. Do drugiej części wszyscy zebraliśmy się przy ogniu. Nasze połowy składały się z tak niewielkich ryb, że wszystkie wypuściliśmy do jeziora. Znów były opowieści, śmiechy, wspomnienia o Miszce i zupie w wiadrze. Czas szybko mijał i dochodziła dwudziesta trzecia.
- Dobra, idę spać - zdecydował Todek.
- No co ty? - odradzał Endru. - Jeszcze wczesna godzina.
- A o czym tu z wami gadać. W kółko to samo.
- Ale jak pójdziesz, to będzie jeszcze nudniej - perorował Yanucha. - Tak to przynajmniej masz odrębne zdanie.
- No dobra, niech wam będzie. Do jedenastej posiedzę.
- Ty, Todek - zaczął prowokacyjnie Sztywny. - Ale WSK-i to chujowe motory.
- Sztywny! - zjeżył się Todek. - Ty mnie pod chuj nie ładuj. Nie dam się wciągnąć w dyskusję. O jedenastej idę do namiotu.
- No sam Todek widzisz, że bez ciebie nudno.
- A tam, pierdolicie...
No i tak jeszcze przez kilka minut. Wreszcie Todek się podniósł.
- No, ni chuja, już jedenasta. Bezapelacyjnie idę. Dobranoc.
Białoruś 4 - fot. 5 I w tym momencie nad głowami rozległ się trzask, odgłos łamanych gałęzi i potężne łomotnięcie. Byliśmy jakieś trzydzieści metrów od obozowiska, ale poczuliśmy jak zadrżała ziemia. Wszyscy rzuciliśmy się w stronę namiotów. W świetle "krecików" ujrzeliśmy ogromny, brzozowy konar, który centralnie spadł na namiot Todka.
- Ja pierdolę - wymamrotał Todek. - Żebym poszedł od razu spać, to byłoby pizdziec, po mnie.
- I nas z Yanuchą by nie oszczędziło - powiedział Sztywny. Konar przygniatał górną część jego namiotu, a Yanuchy dolną.
- To jakaś kara - orzekła Sowa.
- Co ty pierdolisz - odezwałem się. - To szczęście. Nikomu nic się nie stało.
- Zobaczcie - zawołał Yanucha. - Mój motocykl. Jego maszyna stała pod sąsiednim drzewem. Oplatały ją gałęzie grubości łydki, najwidoczniej połamane przez spadający główny konar. Poza niewielkim wgnieceniem w baku motocykl nie poniósł żadnego uszczerbku.
Chwyciliśmy wszyscy za głównego winowajcę. Niestety, okazał się za ciężki, by go bezpiecznie podnieść, nie uszkadzając namiotu Todka. Endru przyniósł swoją niezastąpioną piłę. Po kilku minutach konar był rozczłonowany i można było ocenić straty. Rozdarta na długości dwudziestu centymetrów komora namiotu i złamany pałąk. Prawie tyle, co nic.
- Komorę zszyję jutro, a pałąk prowizorycznie skleję taśmą. Rano się zobaczy.
Przed swoim namiotem znalazłem wyrytą, głęboką dziurę. Najwidoczniej jedna z gałęzi spadając zrobiła wahadłowy ruch i wbiła się na moment w ziemię. Tej nocy raczej żaden z nas nie spał spokojnie.

DZIEŃ PIĄTY

Noc była znowu bardzo zimna. Kiedy wylazłem na poranną, zroszoną trawę, Todek już zszywał namiot.
- Ty, Andryszek, wczoraj miałeś wędzisko z leszczyny.
- No - ziewnąłem.
- Gdzie je masz, bo bym wyciął kawałek do naprawy pałąka.
- Zostawiłem przy łowisku.
Todek poszedł po wędzisko. Chwilę później wstał Sowa.
- Kurwa, kurwa, ale wczoraj było.
- No, było - potwierdziłem.
- Ale dla Yanuchy też się udało z tym motocyklem.
- Całe szczęście, bo byśmy tu utknęli na dobre.
- A co z tym numerem, co Sowa opowiadał? - zapytał wracający z leszczyną Todek.
- Z jakim numerem?
- No, co tam kiedyś ktoś komuś oblał silnik olejem i wmówił, że popsuty.
- Ale żeby teraz taki kawał zrobić?
- No dla Yanuchy, że niby wczoraj te gałęzie jednak coś uszkodziły.
- Ja pierdolę. Yanucha wpadnie w szał i zajebie. - Staliśmy patrząc to na siebie, to na bańkę z olejem, którego nie wykorzystał Sztywny do swoich lag.
- Raz śmierć kozie - powiedziałem. - Tylko mordy w kubeł. - Polałem olejem cylinder przy kolektorze. - A teraz jak gdyby nigdy nic.
W przeciągu pół godziny wszyscy już byli na nogach. Z porannej krzątaniny wyrwał nas Yanucha.
- Ja pierdolę - jęknął. - Silnik mi rozjebało.
- Gdzie, jak - zbiegliśmy się wszyscy przy jego motocyklu.
- No kurwa, tutaj, przy wydechu. Ale jakim sposobem?
- Może wcześniej poleciało, a ty nie zauważyłeś - zastanawiał się Endru.
- E, zobacz jaki duży wyciek. Musiałby zobaczyć, bo jak tak zapierdalało, to dawno by zatarł silnik - medytował Sztywny.
Yanucha patrzył ziemistym wzrokiem to na motocykl, to na nas. Naprawdę, zrobiło się nam go szkoda. Pierwszy nie wytrzymał Todek. Nachylił się nad wyciekiem i zdiagnozował:
- Nie, to czysty olej. Nawet nie śmierdzi. Polane z wierchu.
- Co ty pierdolisz? - nie dowierzał Yanucha.
- No tak. Powąchaj olej z bańki od Sztywnego i porównaj.
- Kurwa, kto to zrobił?
- Nie powiem.
Endru jeszcze próbował prowadzić dochodzenie i wypytywał każdego z nas, ale nikt się nie zdradził. Przy śniadaniu niby wszystko było w porządku, ale atmosfera była gęsta. Nie mogliśmy udawać, że nie widzimy zasępionego oblicza Yanuchy.
- Yanucha, przepraszam cię za ten żart - zacząłem pojednawczo. - Nie był najmądrzejszy, ale nikt nie przypuszczał, że tak mocno przeżyjesz.
- No - burknął wkurwiony Yanucha. - Nie było to mądre.
- Dlatego przepraszam w imieniu nas wszystkich, bo szkoda by było, żeby chujowa atmosfera popsuła wyjazd.
- No dobra, zaraz mi przejdzie. Tylko że motor tłusty.
- Wołałbyś, żeby naprawdę przeciekał?
- No co ty, kurwa. Ale kto go polał?
- Kiedyś na pewno się dowiesz.
- Okej.
Białoruś 4 - fot. 6 Na zemstę losu za mój głupi kawał nie przyszło długo czekać. Po jakichś dwóch kilometrach leśnej drogi zbyt wolno wjechałem w piaszczysta koleinę i na zakręcie przednie koło zaczęło łapać skarpę. Bagaże zaczęły ciągnąć motocykl na prawo, więc przechylałem się coraz bardziej i po kilkunastu metrach jazdy w nienaturalnym przechyle łagodnie przewróciłem się na prawą stronę. Upadek był tak powolny, że miałem nawet czas na awaryjne wyłączenie silnika czerwonym przyciskiem. Niestety, padając potoczyłem się po mchu jak kulka, ale po drodze stłukłem prawe lusterko łokciowym ochraniaczem. Wspólnie podnieśliśmy motocykl, dzięki czemu nie musiałem zdejmować bagaży. Po wyjechaniu z leśnych i polnych traktów zatrzymaliśmy się na oszacowanie strat. Szczęśliwie skończyło się tylko na lusterku.
- Kurwa, to jakiś przeklęty las - krzyknął Todek.
- No - zawtórował Sowa. - Spierdalajmy stąd jak najszybciej.
Pogodna nas nie rozpieszczała, więc dość ostrożnie jechaliśmy w przelotnej mżawce. Przerwy w opadach były na tyle długie, że ubrania wysychały w podmuchach, by za kilka kilometrów znów zmoknąć. Przed wjazdem do Witebska zatrzymaliśmy się pod ogromnym napisem z nazwą miasta.
- Zrobimy pamiątkową fotkę, bo od tej pory będziemy jechać na południe.
- To może cieplej będzie - wyraził nadzieję Endru.
- Co, dziewczynki pękają?
- A może zatrzymamy się w mieście, żeby coś zobaczyć, spróbować lokalnych potraw - zaczął Yanucha. Spojrzałem na niego wymownie.
- Nie ma na co patrzeć. Wszystkie miasta takie same.
- Niemożliwe.
- Możliwe.
- To chociaż się zatrzymajmy przy jakiejś aptece, to kupię coś na żołądek - poprosił Sowa.
- Dobra. Zatrzymamy się na dłuższy postój. Sami się przekonacie, że kto tu widział jedno miasto, to jakby widział wszystkie.
Witebsk powitał nas szerokimi, czteropasmowymi jezdniami, na których przyszło nam się przedzierać w ścisku podobnym do tego, jaki mamy w warszawskich godzinach szczytu. Różnica była jednak taka, że tutaj nie stało się w korkach, a sunęło niczym wulkaniczna lawa - powoli, ale skutecznie. Poza centrum znaleźliśmy niewielkie, wybetonowane podwórko. Akurat zaczął siąpić deszcz.
- No to za dwie godziny spotykamy się tutaj - zdecydowałem. - Idźcie zwiedzać, a ja zostanę przy motocyklach.
Po piętnastu minutach wrócił Sowa z pierogami, kawą w kubku, butelką Coca-Coli i dwiema plastikowymi fiolkami, podobnymi do zastrzyków.
- Co ty z tym będziesz robić? - zapytałem.
- Zaraz wypiję. Na żołądek. Może sraczka minie.
Podzieliliśmy się jedzeniem i kawą. Sowa wypił lekarstwo i odkręcił Coca-Colę, ale odstawił na bok.
- Gaz muszę wypuścić. Niegazowana Cola dobrze robi na żołądek.
- Może i tak. Wypala wszystko, skoro niektórzy używają jej zamiast odrdzewiacza.
- I o to, kurwa, chodzi.
- Ty, może zacznij mniej palić?
- Mówiąc szczerze myślałem o tym, ale jak tu kurwa przestać palić, skoro fajki takie tanie? Trudno było mu nie przyznać racji. Benzyna i paliwo, czyli dwie rzeczy które łatwo puścić z dymem, były w tym kraju tanie jak barszcz.
Przed upływem wyznaczonego czasu wróciła reszta chłopaków.
- No i co? Byliście w restauracji, próbowaliście lokalnych potraw?
- A idź ty na chuj - skwitował Endru. - A gdzie te piękne, młode kelnerki?
- Jeszcze śpią.
- W tej knajpie to kurczaka i pizzę można było tylko zjeść - narzekał Yanucha. - Nic regionalnego.
- A ja kupiłem lokalne pierogi - oznajmił Sowa.
- Gdzie?
- W tej odrapanej budce na rogu ulicy.
- No kurwa - zreflektował się Yanucha. - Następnym razem trzeba nam na odrapane budy patrzeć.
- Ale z tymi podobnymi miastami to miałeś rację - potwierdził Todek.
- Czekajcie, może po drodze uda nam się zobaczyć coś od kuchni.
Deszcz ciągle kropił. Kiedy nakładaliśmy deszczaki, z sąsiedniego budynku wyszedł mężczyzna w roboczym fartuchu. Był tak uderzająco podobny do Todka, że wszyscy stanęliśmy osłupiali. On też.
- Ty, Todek - jęknął Sztywny. - Nic nie mówiłeś, że masz tutaj brata.
- No, i ja nic o tym nie wiedziałem - odpowiedział Todek.
Mężczyzna chyba zorientował się w sytuacji, bo od razu podszedł do Todka i podał rękę. Zaraz wszyscy robiliśmy z siebie żarty i pamiątkowe fotografie. Przybrany brat bliźniak poprosił o możliwość sfotografowania się na motocyklu. Kiedy usiadł na uruchomionego Harleya Endru, gęba zaczęła mu się śmiać, jak u dziecka na widok ulubionej zabawki. Sowa też się uśmiechnął.
- Tak, kurwa kurwa, wszystkie chłopy, niezależnie od geograficznej szerokości, reagują tak samo.
Z Witebska wyjeżdżaliśmy w mżawce. Nawigacja prowadziła nas głównymi ulicami, przy których próżno by wypatrywać tablic z oznakowaniem wyjazdowych tras. Tutaj, posługując się zwykłą mapą, albo licząc tylko na znaki, każdy kierowca miałby nie lada problem z opuszczeniem miasta w określonym kierunku. Dlatego w duchu dziękowałem nie do końca idealnej nawigacji, która nas wiodła przez to kilkusettysięczne miasto. Kiedy w słuchawkach usłyszałem komunikat o zamiarze skrętu w lewo za trzysta metrów, postanowiłem zrobić skrót przez osiedle. Wskoczyliśmy w najbliższą uliczkę i już po chwili jechaliśmy gęsiego przez wąziutkie ścieżki pomiędzy odrapanymi blokami, mijając powywracane kosze, przeciskając się przez prowizoryczne budy podoklejane do socrealistycznych molochów. Całe osiedla oglądane od kuchni przypominały przedwojenne podwórka warszawskiej Pragi. Dźwięk naszych motocykli odbijał się od budynków i powracał ze zdwojoną siłą niczym granat wrzucony do studni. Już po stu metrach biegła za nami gromada dzieciaków, a starsi rozstępowali się z uśmiechem. Niektórzy nawet bili brawo. Niestety, w gąszczu budynków moja nawigacja zgubiła sygnał i do głównej szosy dojechałem "na gołębia", czyli na czuja. Zbliżając się do czteropasmówki czekałem w napięciu na komunikat GPS. Kiedy w ostatniej chwili usłyszałem polecenie "skręć w lewo", odruchowo skręciłem. Reszta grupy miała więcej czasu i zdrowego rozsądku, więc skrętu dokonała za barierką rozdzielającą pasy. Tylko ja jeden pojechałem pod prąd. Na szczęście miałem sporo czasu, by zawrócić przed ruszającą spod świateł falą pojazdów.
Droga mijała nam bez większych niespodzianek. Przejeżdżając przez teoretycznie niewielką, bo zaledwie stutysięczną Orszę, musieliśmy stoczyć nie lada batalię na jej ulicach. Oznakowanie fatalne, kultura jazdy średnia. Do tego brak prawego lusterka nie ułatwiał mi prowadzenia grupy. Chłopaki wykazali nie lada sprawność i mimo wielu niedogodności udało nam się nie pogubić wśród dziko jeżdżących ciężarówek. Całą grupą wydostaliśmy się na wylotówkę. A pomiędzy miastami znów prawie pusto.
Wśród mijanych miasteczek i wsi trudno było przegapić kolorowe, głównie niebieskie, garbiące się ze starości chaty, powykrzywiane chodniki i betonowe płoty - takie same w całym kraju. Tym większe wrażenie zrobił na nas widok ogromnego, zbudowanego na skandynawski styl kombinatu rolnego, który stał przy wjeździe do kolejnej, niewielkiej miejscowości. Aleksandria - rodzinna wieś baćki, prezydenta Białorusi, Aleksandra Łukaszenki. Niby niewielka wioseczka, ale jakże różniąca się od pozostałych. Świeże elewacje z dobrych gatunkowo materiałów, ryneczek obstawiony budynkami spod jednej deski kreślarskiej, niczym z klocków lego. Biblioteka, bar, dwa sklepy, księgarnia, salon fryzjerski i bank - instytucje, których próżno by szukać w większych miasteczkach. Nie zabrakło tu ludowego elementu - stylowej, drewnianej studni, w której niestety, wody nie było.
Zatrzymaliśmy się pod sklepem. Nie trzeba było długo czekać, by zjawił się służbowy gazik. Podjechał na sąsiedni parking, ale nikt z niego nie wysiadł. W dobrze zaopatrzonym sklepie nabyliśmy po zestawie serków w czekoladzie, hicie spożywczym naszej wyprawy. Po chwili zjawili się dwaj chłopcy na rowerach, z przewieszonymi przez kierownice wiadrami z rybną drobnicą. Obaj mieli składane wędki. Z ciekawością przyglądali się naszym motocyklom.
- No, rebiata - zagaił Yanucha. - Rybki biorą?
- Biorą - odpowiedzieli nieśmiało.
- A który to dom waszego prezydenta?
Chłopcy popatrzyli po sobie i uciekli wzrokiem w bok. Ten w czapce cicho powiedział:
- Tu go nie ma.
- A gdzie?
- Tam - wskazał nieznacznie głową. - Tam trzeba jechać.
- Sauna tam jest?
- Nie wiemy. Tam nikt od nas nie chodzi.
Chłopaki nie byli skorzy do rozmowy. Nawet dorośli, którzy po drodze do sklepu zamieniali z nami kilka słów, jakoś niechętnie mówili o prezydenckich włościach. Osobnik w służbowym gaziku pewnie zapisywał wszystkich, który z nami wdawali się w pogawędkę.
- To co? - zapytał retorycznie Yanucha. - Jedziemy w gości do Łukaszenki?
Białoruś 4 - fot. 7 Po drugiej stronie głównej szosy, niczym architektoniczna makieta z kolorowych pism, rozpościerała się Aleksandria II. Półtorakilometrowy odcinek asfaltu był najrówniejszym i najgładszym asfaltem jaki w życiu widziałem. Wystrzyżone trawniki, stylowe lampy co kilka metrów wzdłuż równiutkich chodników i parterowe domki w skandynawskim stylu. Wieś we wsi. Oderwana od szarej rzeczywistości. Yanucha pierwszy skręcił w drogę wiodącą pod rezydencję za wysokim płotem. Skierował się na plac przypominający parking na środku pięknie utrzymanego trawnika. Wjechał tam, pośliznął się i delikatnie upadł. Reszta zdążyła wyhamować. Pomogliśmy podnieść motocykl i wtedy okazało się, że rzekomy parking, to lądowisko dla helikopterów. Z pozoru płaska powierzchnia była falowaną blachą, pomalowaną bardzo śliską farbą. Od strony pobliskich zabudowań szybkim krokiem zbliżał się mężczyzna.
- Nie trzeba, nie wolno! - krzyczał już z daleka. Zmieszał się jednak, kiedy zobaczył na motocyklach polskie numery rejestracyjne. - No co wy? - spuścił z tonu. - Tyle miejsca wokół, a wy prosto na lądowisko?
- Z daleka nie było widać - pojednawczo zaczął Yanucha. - Już schodzimy.
- Stańcie tu z boku. Ale wy w jakiej sprawie?
- Popatrzeć.
- A na co tu patrzeć? Ot, zwykła wioska.
- Taaa - mruknął z niedowierzaniem Sztywny. - A w tych domkach to kto mieszka?
- Jak to kto? Normalni, zwykli ludzie.
- A zdjęcia można robić? - zapytałem.
- Nie, nie wolno. Najlepiej wcale nie wyciągać aparatu.
- A bania tu jest? - nie odpuszczał Yanucha.
- Jest, o tam - wskazał na niewielki budynek przy głównej szosie. - Ale nie wiem czy dziś rozpalą. Musicie pytać - nasz rozmówca szybko odszedł.
Sztywny, Todek, Endru i Yanucha poszli pytać. Ja poprosiłem Sowę, by nieco mnie zasłonił i ukradkiem zrobiłem kilka zdjęć łukaszenkowej rezydencji. Stylizowany, drewniany dom w werandą dostojnie tkwił za wysokim, zielonym płotem, na którym nieustannie trzymały wartę obrotowe kamery. Ciekawe ile par czujnych oczu wpatrywało się w nas w tej chwili?
Todek prowadził powracającą grupę.
- Ty, ten facet mówił, że dziś sauny nie rozpalą, bo środa.
- A co ma do tego środa?
- Bo na Białorusi w piątki do sauny idą baby, a w soboty chłopy. W tygodniu nikt sauny nie pali.
- No, chyba że ktoś za dodatkową forsę, ale co najmniej z dniowym wyprzedzeniem.
- Ten facet jakiś dziwny był. A niby tu normalni ludzie mieszkają.
- Normalni? - podchwycił Yanucha. - Popatrz na te budynki. Widzisz okienka na strychu w szczytach wszystkich domków?
- No.
- I wszystkie skierowane w stronę lądowiska?
- No.
- To po co normalnemu człowiekowi snajperskie stanowisko w prywatnej chacie?
- Kurwa, kurwa - zareagował Sowa. - To może lepiej stąd spierdalajmy.
- Nie widzę przeciwwskazań - poparłem. - A ty Yanucha wiesz, czemu się wyjebałeś?
- Bo było ślisko.
- Ni chuja. Bo próbowałeś na prezydenckim lądowisku wylądować bez zezwolenia.
Kiedy wyjeżdżaliśmy z rodzinnych stron Łukaszenki, na niebo wyszło słońce. Nikt z nas nie dopatrywał się w tym zjawisku jakiegoś znaku, ale wszyscy byli zadowoleni. Słońce które łaskawie wychyliło się zza chmur, miało niedaleką drogę do horyzontu, więc zaczęliśmy rozglądać się za noclegiem. Mapa niczego ciekawego nie oferowała, więc zdaliśmy się na intuicję. Jadąc szutrówką zaczepialiśmy mijane wioski, ale zawsze coś nam nie pasowało. Wreszcie zatrzymaliśmy się na niewielkim skrzyżowaniu.
- Sowa - poprosiłem. - Weź skocz tą drogą za wzgórze i zobacz, czy da się tam rozbić namioty.
Po kilku minutach Sowa pojawił się na horyzoncie machając zapraszająco. Wjechaliśmy polną drogą do opuszczonej wsi. Drewniane domki spozierały na nas zza gałęziowych płotów, tonących w trawie i chwastach. Udaliśmy się w lewy kraniec wioski.
- Kurwa, ale miejsce! - zachwycił się Sztywny.
- Jak z filmu - zrzuciłem z siedzenia paczkę z namiotem.
- Ja stawiam namiot tam! - Endru wskazał płaskie miejsce pod płotem ze sztachet.
- Ja obok ciebie - dodał Sztywny.
- No stawiamy tam obóz - Todek odpalił motocykl i odjechał. Za nim reszta. Oprócz mnie, bo zostałem ze zdjętym pakunkiem tam, gdzie się zatrzymałem. Nie ruszyłem się z miejsca, bo nie chciało mi się na nowo pakować. Dzięki temu tej nocy mój namiot stał kilkanaście metrów od obozowiska.
Zanim zaczęło szarzeć, wziąłem pięciolitrową butelkę i pojechałem w drugi koniec wsi w poszukiwaniu wody. Z radością znalazłem zamieszkałą chatę, przy której stała studnia. Opuściłem wiadro. Po chwili z drewnianej chatki wyszła starsza kobieta.
- Dzień dobry - zacząłem.
- Dzień dobry. A wy kto?
- Motocyklista z Polski.
- Ooo, to świat drogi. I tak sam?
- Nie. Sześciu nas jest. Postawiliśmy namioty w drugim końcu wsi.
- Ajajaj. Dawno tyle luda u nas nie było.
- A ile teraz mieszka?
- Na sobotę to przyjeżdżają z miasta i jest nas 25 osób. A jeszcze dziesięć lat temu mieszkało nas tu na stałe 150.
- To w tygodniu nie ma tu prawie nikogo?
- Ot. Ze mną trzy ludzi.
Zawiozłem wodę do obozowiska. Sowa wyciągnął specjalnie suszone zupki dla twardzieli. Endru znalazł ładnego koźlaka, więc na ogień poszła grzybowa. Była smaczna i rzeczywiście smakowała jak zupa grzybowa. Z daleka dochodziły pomruki burzy. Nim zmorzył nas sen, grzmiało ze wszystkich rur. Padało aż do rana.

DZIEŃ SZÓSTY

Tradycyjnie pierwszy wstał Todek i ja. Todek zaczął szperać w sakwach, żeby coś przegryźć przed zażyciem lekarstw. Wyciągnął chleb i konserwę z przyprawioną słoniną. Pomimo że żadnych lekarstw nie przyjmowałem, to chętnie przyłączyłem do Todka. Z namiotu wyszedł Yanucha, a zaraz po nim Sztywny. Popatrzyli na nasze kanapki.
- Co, dziewczynki? - wypalił Todek. - Ja jestem gruby i nie muszę dbać o linię, to mogę wpierdalać słoninę. Chłopaki jednak się nie zrazili i dołączyli do nas.
Białoruś 4 - fot. 8 Przed wyjazdem zajrzeliśmy do kilku opuszczonych chałup, w których najczęściej stały duże trzony kuchenne z prawdziwym zapieckiem. Aż żal się robiło, bo w większości były to chałupiny o które ktoś przez lata dbał. Opuszczone stosunkowo niedawno, wciąż były zdatne do ponownego zamieszkania, wcale nie tak wielkim nakładem środków i sił. Za szczerbatymi płotami niektórych gospodarstw, w wysokich trawach czaiły się wydmuszki radzieckich aut, wśród których prym wiodły Zaporożce. Widać było, że nie tak dawno była to duża, bogata i tętniąca życiem wieś. Niestety, jak większość tego typu siedlisk opustoszała, nie wytrzymując konkurencji z miastem. Młodzi wyjechali, starzy powymierali. Smutny widok.
Po kilkunastu kilometrach zajechaliśmy na benzynową stację. Brak prądu uniemożliwiał tankowanie. Trzeba czekać, ale nikt nie wiedział ile. Miałem najmniej paliwa, bo ostatnio nie uzupełniałem.
- A do następnej stacji ci starczy? - zapytał Sowa.
- Nie wiem - sprawdziłem na mapie. - Może wystarczy. Ale wątpię.
- To co robimy?
- Jedziemy.
Motocykl zatrzymał się na szutrówce w środku lasu. Brak paliwa przy podróżowaniu w grupie to nic strasznego. Opróżniliśmy butelkę po wodzie. Sztywny podał wężyk przygotowany na takie okazje i ściągnąłem dwa litry od Yanuchy i Todka.
- Wystarczy?
- Wystarczy - odpowiedziałem bekając benzynowymi oparami. - Za piętnaście kilometrów mamy następną stację.
- Nie chuchaj na silnik - poradził Endru. - Bo iskra przeskoczy i wybuchniesz.
Do zaprawki dojechaliśmy bez niespodzianek. Tym razem wszyscy zatankowaliśmy pod korek i ruszyliśmy wzdłuż Dniepru. Rzeka co jakiś czas pokazywała nam swój czarny i wartki nurt. Na światłach przy skrzyżowaniu w jednym z mijanych miasteczek zobaczyłem charakterystyczny dla tutejszych bazarów ruch. Zjechaliśmy na parking.
- Zobaczymy czy da się kupić jakieś motocyklowe lusterko.
Przeciskając się w skórzanych ciuchach przez bazarowy tłum, stanowiliśmy nie lada atrakcję. Nic dziwnego, że niebawem zaczepili nas goście wyglądający na stałych bywalców - coś z pogranicza cinkciarza i alfonsa.
- Czego panowie szukacie?
- Lusterka do motocykla.
- Tu nic takiego nie znajdziecie. A do roweru może być?
- Może.
- Jura - zwrócił się osiłek do najmłodszego z nich. - Zaprowadź gości do Swiety. Swieta okazała się solidnie zbudowaną kobietą z średnim wieku.
- A wy skąd?
- Z Polski.
- Oj! Ja kiedyś dużo do was jeździła. Białystok. Tam dużo towaru i wielkie targowiska.
- A czemu już pani nie jeździ? - zapytał Yanucha.
- Bo... - zawahała się. - Teraz i u nas jest dobrze - wybuchnęła śmiechem. Wtórowali jej wszyscy, którzy stali obok nas. Kupiłem największe jakie było, rowerowe lusterko. Pochodziliśmy jeszcze wśród straganów. Zrobiliśmy zakupy na wieczorną kolację. Na parkingu Sowa pomógł mi przymocować monterską taśmą nowe lusterko do starego pałąka.
- No, może pięknie nie jest, ale funkcjonalnie.
Ruszyliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy wioseczki z kolorowymi chatkami. Niektóre miały finezyjne wykończenia stolarskie. W jednej z takich wsi zatrzymaliśmy się by nabrać wody. Nim wyciągnęliśmy wiadro ze studni, wokół nas zakłębiło się od dzieciaków w wieku od sześciu do dziesięciu lat. Umorusane towarzystwo ze szczęśliwymi gębami patrzyło na nas i na nasze motocykle.
- Chłopaki - zwrócił się do nas Yanucha. - Oddajmy im wszystkie drobniaki jakie mamy. Od tysiąca rubli w dół. - No i po chwili wręczał najstarszemu z nich pokaźny plik banknotów. - Tylko podzielcie się miedzy sobą - poinstruował wyrostka o blond włosach.
Nie obyło się bez pamiątkowego zdjęcia na środku ulicy. Czereda uszczęśliwionych chłopaków z napięciem wyczekiwała momentu odpalenia naszych silników. Mój nie zrobił na nich wrażenia, na Todka się lekko uśmiechnęli. Gdy Endru odpalił swojego Harleya, pootwierali gęby. Sztywny wyczekał moment, ustawił swojego VTXa z akcesoryjnymi tłumikami w ich stronę. Uruchomił silnik i przegazował. Chłopaki z krzykiem rzucili się do ucieczki, najmniejszy z nich się przewrócił, razem z nim rower i jeszcze jeden chłopak. Reszta zawróciła na ratunek. Ale i tak wszystkim śmiały się gęby. Potem jeszcze długo stali na środku szosy machając nam na pożegnanie.
Gomel minęliśmy szerokim łukiem. Skierowaliśmy się na południe, w stronę jeziora, które wypatrzyłem rano na mapie. Jezioro okazało się sztucznym zalewem z brakiem legalnego dojazdu. W końcu udało nam się znaleźć leśną przecinkę. Trzysta metrów wertepów wynagrodziło rozległą polaną z niewielką brzózką pośrodku.
- Stawiam pod nią namiot - zaklepał Todek. - Taka mała brzoza chyba mi krzywdy nie zrobi?
- Ja stawiam namiot tutaj, z brzegu - powiedziałem. - Malutka brzoza na polanie na pewno się nie przewróci, ale w razie burzy w nią pierwszą piorun pierdolnie.
- A, no tak. To ja się rozbiję koło ciebie.
Białoruś 4 - fot. 9 Wysoki nasyp oddzielał nas od zalewu. Nie było przezeń widać bezpośrednio wody, ale dzięki niemu w obozowisku nie było wiatru. Nad akwenem sunęły dwa kolorowe skrzydła. Kitesurfing dotarł i tu. Dwóch mężczyzn ślizgało się po rozległej i gładkiej jak lodowa tafla powierzchni. Profesjonalny sprzęt i drogi, terenowy samochód świadczyły, że nie byli to przeciętni zjadacze białoruskiego chleba. Kitesurfingowcy przybili do naszego brzegu. Zamieniliśmy kilka zdań i odpłynęli na barwnych latawcach. My też sobie popływaliśmy - ale wpław - w ciepłej i płytkiej wodzie.
- No dobra - zarządził Todek. - Ja teraz będę szykować mięso na szaszłyki, a wy zorganizujcie drewno.
Endru wyjął swoją niezastąpioną w takich wypadkach piłę, ściął kilka mniejszych drzewek i było po organizowaniu. Przyciągnęliśmy jeszcze kilka suchych szczap. Todek zabrał się do budowania specjalnej konstrukcji na pieczenie szaszłyków. Wystrugał cztery podpory, na których umieścił szkielet rusztowania. Endru położył na to gruby patyk i konstrukcja zaczęła się chwiać.
- Endru - zapienił się Todek. - Nie pomagaj!
Endru dołożył jeszcze grubszego patyka. Rusztowanie aż jęknęło. Todek spojrzał na niego z piorunami w oczach.
- No co? - zapytał Endru. - Może powiesz, że ci pomagam?
- No nie, przeszkadzasz. Ale generalnie, weź ty się od mojej konstrukcji odpierdol.
- I tak trzeba było od razu.
Kolacja tego wieczora obfitowała w smaczne jedzenie, niezgorsze trunki i ciekawe opowieści. Leżeliśmy wokół ognia gapiąc się to w ogień, to na zachodzące słońce nie wiedząc, co ma bardziej żarki kolor. Wieczór był bardzo ciepły i długi. Endru na koniec wrzucił w ognisko cały zapas drewna i był to znak, że wieczór się kończy. Dopiero kiedy wstaliśmy od ognia, dopadła nas chmara meszek. Nie gryzły, nie cięły, tylko latały. W świetle naszych "krecików" widzieliśmy niekończące się chmury owadów, które poruszały się z nami krok w krok. Kto wlazł do namiotu z włączoną lampką, ten miał przejebane. Tam gdzie światło, tam meszki.
- Kurwa - zamarudził Sztywny. - Chyba mi materac puszcza, muszę dopompować. - Nabrał w płuca powietrza i się zakrztusił. Kaszlał długo i wytrwale. Tej nocy jego materac pompowany był meszkami.

DZIEŃ SIÓDMY

Piękny poranek i słońce na niebieskim niebie. Ze zdziwieniem odkryliśmy piaskowe ślady jakiegoś zwierzaka na naszych motocyklach. Na kota za duże, na rysia za małe. Czyżby żbik szukał resztek ciepła na naszych maszynach? Z suchych patyków udało mi się rozniecić ogień na poranną kawę. To była najcieplejsza noc całego wyjazdu. Nie padało, więc bez przeszkód wydostaliśmy się na główną drogę. Rozpoczął się kurs na zachód. Szosa pusta, szeroka, trochę dziurawa i falująca. Przede wszystkim nudna. Nie lada atrakcją stawały się z rzadka rozrzucone kołchozy, na których ludzie zbierali ziemniaki. Najczęściej wozili je na skup osobowymi autami z doczepionymi przyczepkami. Tam, gdzie skończono żniwa - ustawiano kolosalnych rozmiarów postaci ludzkie ze słomianych bali. Spore wrażenie robiły na nas, spotykane ni stąd ni zowąd, kilkupiętrowe pomniki białoruskich myślicieli. Najczęściej wskazywali wyciągniętą ręką kierunek na wschód. Mieliśmy też okazję przejechać się ogromnym, bo o średnicy ponad dwustu metrów, rondem - w szczerym polu. Zupełnie jakby ktoś wybudował je tam na próbę. No i te przestrzenie, na których można było złapać chorobę morską. A wśród nich benzynowa stacja, czyli potężna cysterna z tekturowym barakiem.
Po prawie całym dniu monotonnej jazdy wjechaliśmy do wsi, która według wskazań nawigacji, miała leżeć nad brzegiem jeziora Białe. Dogoniliśmy miejscowego motocyklistę, który do zdezelowanego Mińska miał doczepione wędki. Zrównałem się z nim.
- Nad jezioro? - krzyknąłem podniósłszy szczękę swojego kasku. Motocyklista miał na głowie stary, jednoczęściowy kask integralny, więc podobnie jak ja, podniósł go na czoło jak szczękowca.
- Tak - zaśmiał się ukazując srebrne zęby.
- Zaprowadzi nas pan?
- Dawajcie za mną!
Białoruś 4 - fot. 10 Prowadził nas najpierw dziurawym asfaltem, potem szutrówką z dużymi, ostrymi kamieniami, na której wzbił wysoki na dziesięć metrów tuman kurzu, by potem skręcić w las. Kiedy nasz przewodnik swoim Mińskiem wskoczył w leśne wertepy, miałem nie lada problem, by za nim nadążyć swoim bądź co bądź, ale ze cztery razy cięższym motocyklem. No i nastąpiła seria pięciu czarnych minut. Najpierw w kopnym piachu położyłem swój motocykl, potem Todek się zatrzymał z krzykiem że dalej nie jedzie, bo kontrolka temperatury mu się zapaliła, następnie naszemu przewodnikowi pękł w Mińsku łańcuch i na koniec Sowa też się wypierdolił. Wszystkie te zdarzenia miały miejsce nad ogromną dziurą wypełnioną błotną breją na całą szerokość drogi. Przesmyk prowadzący obok miał bardzo stromy zjazd - po prostu jedna wielka skarpa, co nie wróżyło niczego dobrego naszym niektórym motocyklom.
- Pomóc panu? - zapytał Yanucha przewodnika, który już był umorusany w smarach po łokcie.
- Nie. Ja wprawiony. Ten łańcuch cały czas spada. Zaraz naprawię. Ale wy jedźcie, to tylko parę metrów.
Todek chłodził motocykl, Yanucha, Sztywny i Endru pomagali Sowie podnieść się z piachu, a ja wypatrzyłem między drzewami wolną przestrzeń. Najpierw przeszedłem ją pieszo, po leśnym runie, odrzuciłem większe konary, odkryłem sterczące korzenie i chwilę później przejechałem obok ryzykownego zjazdu. Niebawem w komplecie parkowaliśmy nad brzegiem jeziora. Todek jako pierwszy rozbił namiot i położył się przed nim.
- No tak, ale zakupów to nie zrobiliśmy.
- Kurwa, myślałem że do tego jeziora rzut beretem i nie po takich wertepach - odpowiedziałem.
- Ja tam mam co jeść - Todek zerknął na reklamówkę z tłustymi kąskami i chlebem.
- Każdy ma swoją żelazną porcję. No i z wczoraj sporo zostało. Ale z piciem gorzej.
- No. Ja mam tyle, co na popicie lekarstw.
- Ja mam resztkę Coli na żołądek - dorzucił Sowa.
- U mnie kilka łyków zostało w butelce - odezwał się Yanucha. - Ale to i tak za mało.
- Dobra - zerknąłem w stronę siedzących nad kanałem wędkarzy. - Pójdę zapytać, czy coś wiedzą o jakiejś studni, albo źródle. Niestety, nie wiedzieli. A w zasadzie wiedzieli, że nic takiego tutaj nie znajdziemy. Zostaliśmy bez wody.
- Będziemy uzdatniać wodę z jeziora - zdecydowałem.
- Jak ten w telewizji amerykański mistrz przetrwania? - zapytał Endru.
- Nie wiem jak on uzdatniał.
- Przez chleb.
- Możemy i przez chleb, ale tu głównie o gotowanie chodzi. Przynajmniej z pięć minut.
- Ja pierdolę, takiej wody nie piję - zastrzegł Sztywny.
- Dobra chłopaki - podsumował Todek. - Jak będziemy się kapać, to nie sikać do jeziora, bo to tak, jakbyście Andryszkowi do kubka naszczali.
Kąpiel rzeczywiście była miła i relaksująca. Miałem wrażenie, że nikt z nas nie popuścił w majtki ani kropli. Łagodny i długi brzeg zachęcał do długiego pluskania się w ciepłej wodzie. Zanim rozpaliliśmy ognisko, Endru i Sowa poszli łowić ryby. Z marnym skutkiem.
Z pierwszej menażki uzdatnianej wody niewiele zostało, bo gdy Endru dorzucił do ognia, to po pięciu minutach prawie cała woda wyparowała. Z drugiego podejścia zostało jej na tyle, by coś zaparzyć. Tylko ja odważyłem się na kawę, a Endru na herbatę. Yanucha wziął jednego łyka, zrobił "łee" i odstawił kubek. No cóż, woda może była bez bakterii, ale na pewno nie bez zapachu i smaku.
Zanim na dobre ściemniało, do obozowiska podjechał nasz przewodnik na Mińsku. Przed sobą trzymał plastikowe wiadro wypełnione małymi rybkami.
- Może chcecie na zupę?
Niestety, nadal nie mieliśmy w czym gotować uchy, było już naprawdę późno, w dodatku byliśmy po kolacji. Grzecznie i szczerze podziękowaliśmy.
- Ech - zmarkotniał. - Stara będzie zła, że o tej porze ryby przynoszę. Ale do słoików dobre. Na zimę, bo już niedługo.
Z braku zakupów nie mieliśmy za bardzo czym ugościć niedoszłego darczyńcę. Dobrze że Todek miał zakamuflowaną nalewkę, to poczęstował. Wieczór bez rozweselających trunków upływał bardzo spokojnie. Część z nas położyła się wcześniej spać. Tylko Yanucha, Sowa i ja posiedzieliśmy dłużej przy ognisku snując rzewne opowieści z dzieciństwa.
Nieoczekiwanie po drugiej stronie dopływowego kanału, zdezelowanym BMW, nadjechało trzech młodzieńców. Zaczęli wystawiać pod wiatę jedzenie i trunki. Rozpalili ognisko. Do tego oczywiście głośna muzyka. Z ich rozmów wynikało, że czekali na resztę ekipy. Zapowiadała się ciężka i głośna noc. Na szczęście przyszedł deszcz, zwinęli cały majdan i odjechali.

DZIEŃ ÓSMY

Wilgotny i ponury ranek zmobilizował wszystkich do zwijania obozowiska. Zwłaszcza Sowę i mnie, którym chyba najbardziej pragnienie dało się we znaki.
- To my już jedziemy. Będziemy na was czekać we wsi, pod sklepem. Innej drogi nie ma - powiedziałem to chyba w złą godzinę, bo Sowa ruszył pierwszy i natychmiast zniknął. Dojechałem do miejsca, gdzie wczoraj objeżdżaliśmy rozległą kałużę przez las. W błotnistej mazi, na środku drogi stał zagrzebany, osobowy Opel kombi. Nocny deszcz zrobił swoje. Na mokrym piachu nie było widać śladów motocykla Sowy. Dojechałem do szerokiej, ale dziś nie kurzącej się szutrówki. Postawiłem motocykl i z powrotem ruszyłem pieszo w las. Nadjechał Todek.
- Co jest?
- Idę szukać Sowy. A ty jedź dalej i pilnuj mojego motocykla. Jak nie znajdę Sowy, to wrócę i ustalimy jak dalej szukać.
Todek pojechał. Po minucie nadjechała reszta chłopaków.
- To my idziemy z tobą! - Ruszyliśmy tyralierą przez las. Na szczęście dostałem sms z informacją od Sowy, że leży.
- Wracajcie i jedźcie do Todka. Przecież w pięciu nie będziemy podnosić motocykla.
Po trzystu metrach odnalazłem charakterystyczny ślad motocyklowych opon. Sowa zabłądził. Były tylko dwie drogi i akurat pojechał niewłaściwą. Po następnych czterystu metrach zobaczyłem, jak wynosił na drogę bagaże.
- Kurwa, zobacz - pokazał drewnianą kłodę do połowy zagrzebaną w piachu.
- No - odrzuciłem ją w las.
Na nowo zamocowaliśmy kufry i we dwójkę podjechaliśmy do Todka. Po kilku minutach za nami nadjechały "dziewczynki". Teraz już na spokojnie ruszyliśmy pod sklep, gdzie na miejscu zjedliśmy śniadanie z dużą ilością płynów. Emocje zaczynały opadać, zwłaszcza, że miejscowi przystawali na pogaduszki. Z tej okazji zatrzymywały się nawet dostawcze samochody, bo kierowcy mieli ochotę obejrzeć nasze motocykle. Kobiety, starsi i dzieci - każdy chciał się czegoś dowiedzieć.
- To wy z Polski? - zapytał siwy staruszek.
- Tak.
- No to co wy myślicie o naszym prezydencie?
- A co my mamy myśleć? Toż sami go najlepiej znacie - padała z góry zaplanowana politycznie odpowiedź.
- Oj, dobry nasz baćko - ciągnął dziadek pokazując na nowy budynek. - Piękną szkołę nam postawił.
- Acha - potakiwaliśmy nie siląc się na tłumaczenie, że to nie z jego prywatnych pieniędzy. Z celem mijało się wyjaśnianie zasad rynkowej gospodarki komuś, kto przez lata był na każdym kroku indoktrynowany.
Koło Sztywnego zatrzymał się mężczyzna w średnim wieku, szpakowaty, z okrągłymi okularami na nosie.
- Ile taki motocykl kosztuje?
- Od dziesięciu, do dwudziestu tysięcy dolarów.
- To jak długo trzeba na niego oszczędzać?
- Rok - wszystkie odpowiedzi były przez nas z góry ustalone, bo te same pytania pojawiały się prawie na każdym postoju. - Oczywiście jeśli mąż i żona oboje pracują.
- To wy na pewno jakieś ważne osoby jesteście, prezesi, dyrektorzy?
- Nie. Zwykła klasa średnia. Stolarz, policjant, handlowiec, budowlaniec i jeden bezrobotny.
- Co?!
- No.
- To ja z moją żoną też jesteśmy klasa średnia, bo pracujemy jako nauczyciele, ale gdybyśmy przez rok oboje mocno oszczędzali, to może by nam się udało odłożyć, ale na rower.
Śniadanie przedłużyło nam się prawie o godzinę, bo trzeba było zjeść deser, zaopatrzyć się na drogę i zrobić pamiątkowe fotki.
- No dobra, ruszamy - zapodałem.
- Andryszek - Sztywny stanął obok mnie. - Jedź teraz może trochę wolniej, bo po tych wertepach znów mi olej pociekł i skończyły się hamulce.
No i był to kolejny Palec Boży, bo dzięki temu, że jechaliśmy wolniej, nie zmiotło mnie z motocykla, kiedy zostałem uderzony spadającym z nieokrytej ciężarówki kamieniem. Usłyszałem huk i szarpnęło mi głowę. Gdybym jechał w klasycznym, otwartym kasku, to moja podróż tutaj by się zakończyła. Dostałbym prosto w zęby. Zatrzymałem się.
- Kurwa, widziałeś? - zapytałem jadącego za mną Sztywnego.
- Widziałem, ja dostałem strzała w gmola.
- Gonimy chuja - wyskoczył Yanucha.
- A daj spokój. Co mu powiesz? Żeby ładunek przykrył plandeką?
- No tak.
Średniej jakości, ale bardzo szeroka szosa wiodła nas monotonnie przez lesiste tereny. Każdy zakręt był atrakcją. Nie lada urozmaiceniem okazał się wystrzał poduszki powietrznej w jadącym przed nami osobowym aucie. Osobówka najechała na ogromne żelastwo, które chwilę wcześniej spadło z ciężarówki.
- Kurwa, dziki wschód, jeszcze bardziej niż u nas - mruknąłem zatrzymując się za uszkodzonym samochodem. Poszkodowaną była kobieta w średnim wieku, która nie bardzo wiedziała co się stało. Spod maski jej auta wydobywały się kłęby pary. Myślała że to dym. Zatrzymali się inni kierowcy i podbiegli z gaśnicami. Okazało się, że przeszkoda na którą najechała, rozwaliła jej chłodnicę. A że babka była dość atrakcyjna, to pomocników znalazło się aż zbyt wielu.
- No to nic tu po nas - dałem znak do odjazdu.
Wreszcie wyjechaliśmy na fragment gładkiej czteropasmówki. Można było trochę odkręcić. Nawet prędkościowy ortodoks - Todek - poleciał ze sto dwadzieścia, ale i tak został w tyle. Jednak kiedy dobra nawierzchnia się skończyła - nastąpiła zmiana. Todek nadal jechał swoje ulubione sto, a reszta na twardszych zawieszeniach marudziła z tyłu.
Białoruś 4 - fot. 11 Po południu zajechaliśmy pod sklep, nauczeni niedawnym doświadczeniem, by zrobić zakupy na ostatnią, wspólną kolację. Zaraz za nami podjechało osobowe auto, z którego wyskoczyło stadko zgrabnych nastolatek. Wszystkie chciały, by Endru przewiózł je Harleyem. Ale niestety, jego motocykl był tak obładowany, że nie miał miejsca na pasażera. Jedynie Sowa mógł kogoś wrzucić za plecy na swojego Wielbłąda. Jedna z dziewczyn się zdecydowała. W tym czasie podeszło do nas dwóch mużyków. Byli nieźle wstawieni.
- Ej, wy Poliaki! Wy nasze bracia Słowianie - zaczął ten bez koszulki. No, nieźle jest - pomyślałem.
- Ja jestem Szurik, ale Szogunem mnie zwą, bo każdego jedną ręką mogę załatwić!
- Taak, a ja Dżonu - czkał drugi. - Dwiema rękami załatwiam. Gdzie jedziecie?
- Do domu, na Brześć - odpowiedziałem.
- My też do domu - westchnął. - Ale my się pogubili.
- No! - przejął inicjatywę Szogun. - Dwa tygodnie temu my wyjechali na grzyby, a mieszkamy ze dwieście kilometrów stąd!
- To czym podróżujecie?
- A ło! - pokazał brudnym palcem na dwa sterane rowery, ustawione pod przystankową wiatą.
- Taaak - zreflektował się Dżonu. - A koszyki puste...
Podszedł do nas Yanucha. Było kwestią czasu, kiedy zada swoje standardowe pytanie.
- A czemu wy, Białorusini, po rusku gadacie?
Szogun i Dżonu nie spodziewali się tak zawiłej kwestii. Szukali natchnienia w plastikowych flaszkach po piwie. Patrzyli na siebie wyczekując jasnej myśli. W końcu odezwał się Szogun.
- No bo nikt normalny po białorusku nie gada.
- Ja pierdolę - skwitował Yanucha i po raz pierwszy nie wdał się w dyskusję o narodowej tożsamości Białorusinów.
Trzy kroki dalej swoją grupkę rozmówców obrabiał Todek. Tym razem było to coś szczególnego, bo nad wyraz szeroko gestykulował.
- Ty patrz. To znajomy mojego dawnego szefa, emerytowany pułkownik białoruskiej milicji - pokazywał na lekko łysiejącego mężczyznę w porwanych plastikowych klapkach, z których wystawały brudne palce. Mówi, że baćko zesłał go na wcześniejszą emeryturę za to, że służył z ruskimi.
- To nagroda?
- Ja wiem? Dwieście dolarów miesięcznie to taka nagroda?
Jak większość takich przygodnych rozmów, tak i ta w dużej części dotyczyła finansów, cen, poziomu życia. Białorusini raczej unikali tematów politycznych, chociaż na wschodnich krańcach Białorusi, szczególnie na wiejskich terenach, dawało się wyczuć większą sympatię dla Łukaszenki. Zwłaszcza wśród osób starszych, którym milsza była mizerna jałmużna niż frykasy, o które być może trzeba by walczyć.
Obładowani jedzeniem i piciem znaleźliśmy lekko zakrzaczony brzeg jeziora. Kiedy stawialiśmy obóz, z pobliskiej wsi przybiegło dwóch kilkuletnich chłopaków. Kręcili się koło nas, siadali na motocykle, zaglądali w każdy zakamarek. Po kwadransie zaniepokojony Endru odezwał się do Yanuchy.
- Ty, patrz żeby nam czegoś nie zajebali.
- Nie bój się. Przez moje zawodowe nawyki już wiem jak się nazywają, gdzie mieszkają i do jakiej szkoły chodzą.
Znowu postawiliśmy Sztywnego motocykl na rusztowanie z pni. Serwisowanie lag zajęło nam o wiele mniej czasu, niż za pierwszym razem. Wszedłem do wody. Brzeg jeziora nie był najprzyjemniejszy, ale potem było już fajnie.
- Ej, kto się jeszcze kąpie?
- Ni chuja - usłyszałem z brzegu. - Już jutro będę brać prysznic w swoim domu.
Rozpaliliśmy na plaży ognisko. Pieczenie kiełbasek i innych wynalazków przeplataliśmy wspomnieniami niektórych wydarzeń z jeszcze trwającego wyjazdu. Nikt nie powiedział tego wprost, ale wyczuwało się nostalgię powodowaną nieuchronnym zakończeniem wycieczki. Chciało się do domu, a jednocześnie czegoś było szkoda. Mi też, pomimo że jeszcze na tydzień tu zostawałem.
Wraz z zachodzącym słońcem na jezioro opadła gęsta mgła, przez którą dawało się zobaczyć niewyraźny kontur łódki. Okolicznymi drogami sunęły auta z przyczepkami. Druga zmiana nielegalnych wędkarzy wyruszała na zakazane łowy.

DZIEŃ DZIEWIĄTY

Nad ranem usłyszałem głośne sapanie. Niedaleko, parę metrów od namiotu. Czyżby Sztywny znów dopompowywał materac? Ale czemu tak głośno i przede wszystkim tak długo? Wyjrzałem. Obok naszego obozowiska stały dwa terenowe samochody, przy których miejscowi pompowali duże pontony zaopatrzone w silniki. Po chwili pojawił się Yanucha.
- Która godzina?
- Dwadzieścia po piątej.
- Kurwa, jak wcześnie.
Białoruś 4 - fot. 12 - Przynajmniej zobaczymy wschód, a nie tylko zachód słońca.
Rzeczywiście, było na co patrzeć. Od strony zamglonego jeziora, zza horyzontu wyłaniała się jaskrawoczerwona tarcza. Zaraz wstał Sowa. Załapał się jeszcze na bajeczną fotkę. Kiedy Todek wyszedł z namiotu, słońce stało już na tyle wysoko, że widać było tylko gęstą mgłę z cicho sunącymi się łódkami, a w zasadzie - całym mrowiem łódek. Rosa była taka, że śmiało można było się w niej kąpać. Poranny rytuał śniadania, picia kawy i zwijania obozowiska przebiegał nad wyraz wolno, jakby każdy z nas chciał przedłużyć tę wycieczkę.
- No dobra - wybudził nas Todek z letargu. - Spierdalamy, bo nam się tu wizy skończą. Dziewczynki - zakładać bluzeczki i robić urodę. Wracamy do Polski.
Przed Brześciem zatankowaliśmy jeszcze pod korek, potem zatrzymaliśmy się na granicy.
- No, panowie - zacząłem. - Dokonaliśmy nie lada wyczynu, bo wyjechaliśmy w szóstkę i w szóstkę wróciliśmy. W dodatku w zgodzie.
- Tak - mruknął Sztywny. - Znam wycieczki, co wyruszają we trzech, a już następnego dnia każdy jedzie osobno.
- A wiecie co? - zapytał retorycznie Yanucha. - Powiem wam, że żaden Polak nie przyjąłby Białorusina tak, jak nas tutaj przyjmowano.
Wszystkim zrobiło się rzewnie.
- Po tej wycieczce będzie już sześciu Polaków, co ich tak przyjmie - skonkludował Sowa.

koniec części drugiej

PEŁNA GALERIA