BIAŁORUŚ

U Niemena w chacie

Białoruś 2 - mapa

ZESTAWIENIE

Termin: 15-21 czerwca 2011 r.
Uczestnicy: Andryszek
Trasa: około 850 km.

GRANICZNA PRZEPRAWA

Białoruś 2 - fot. 1 Miesięczna wiza, którą wykupiłem na Białoruś, upoważniała do dwukrotnego wjazdu i wyjazdu. Nie ostygły jeszcze wrażenia z pierwszej wizyty, gdy zacząłem szykować się do powtórnego wojażu. Tym razem na dłużej i mam nadzieję - jeszcze ciekawiej, bo zaplanowaliśmy z Panoramą wspólną włóczęgę po drogach i bezdrożach wschodniej zagranicy. Wyposażony w wiedzę z ostatniej wizyty postanowiłem zawieźć chłopakom z garażowych osiedli kilka gadżetów związanych motoryzacją. W tym celu, jeszcze w Polsce, odwiedziłem parę sklepów, warsztatów, hurtowni i zebrałem sporą ilość folderów, chorągiewek, emblematów, naklejek, banerów itp. Zapakowałem to wszystko pięknie do torby. Tylko duży baner wiodącego producenta olejów silnikowych nigdzie mi się nie mieścił. Zrolowałem go ścisło, obwiązałem linką i umieściłem pionowo na tylnym siedzeniu motocykla. Zgodnie z własnym obyczajem, gdy wszystko gotowe do drogi - wróciłem do domu na pożegnalną herbatę. Nastawiłem wodę i włączyłem radio. Lokalna rozgłośnia obwieszczała, że minionej nocy, na pobliskim przejściu granicznym z Białorusią miały miejsce incydenty: niezadowolony z obostrzeń białoruski naród próbował blokować przejście, ale po przybyciu służb specjalnych szybko osiągnięto porozumienie. Mogłem tylko przypuszczać, na czym ów kompromis się opierał. Mina trochę mi zrzedła, ale skoro w tym samym radio podawali, że przejście już jest czynne - nie pozostawało nic innego, jak dopić herbatę i jechać.
Tradycyjnie, dwa kilometry przed przejściem zjechałem na krótką wizytę do Grześka Sosny. Zwyczajową kawę w grześkowym zajeździe przerwało wejście grupki polskich pograniczników. Okazało się, że to stali bywalcy baru. Postanowiłem wykorzystać okazję:
- Przepraszam, widzieli państwo ten zapakowany motocykl przez zajazdem?
- Ten z lufą na siedzeniu? - zapytał brodacz z aktówką pod pachą.
- Tak. Właśnie o tę lufę chodzi. Białorusini przepuszczą?
- A co tam jest?
- Baner reklamowy.
- Różnie może być. Mogą kazać rozłożyć żeby sprawdzić, mogą puścić, mogą zabrać i mogą zawrócić.
- Czyli mogą wszystko?
- Tak. Zwłaszcza po wczorajszym.
- Ja bym ten baner zostawił - wtrącił Grzesiek.
- E tam. Zaryzykuję. Najwyżej jak zawrócą, to przyjadę do Ciebie i zostawię.
- Jak chcesz.
Zaopatrzony w życzenia dobrej drogi szybko dotarłem na przejście i stanąłem w kolejce. Przede mną stało pięć osobowych aut. Nie zdążyłem na dobre rozpiąć kurtki, kiedy podeszła polska WOPistka.
- Pan nie musi tu stać.
- Jak to?
- Proszę przejechać na tamten pusty pas, dla Unii Europejskiej.
Po kilku minutach, życzliwej wymianie zdań i okazaniu dokumentów przeprawiłem się przez polską część granicy. Dotarłem do części białoruskiej. Uśmiech, spokój i życzliwość - powtarzałem w duchu. - Te trzy cnoty ludzkie pomogą przeprawić się przez granicę. Czekałem grzecznie od czasu do czasu przestawiany przez pograniczników w różnych mundurach. Ponownie wypełniłem kilka formularzy, stawałem do kilku kolejek, czyniłem wpłaty i znowu stawałem w oczekiwaniu na swoją kolej. Ten sam rytuał jak poprzednio z tym, że teraz to wszystko trwało jeszcze dłużej, służby graniczne działały jeszcze wolniej - a może tylko skrupulatniej? Odniosłem wrażenie, że szybkość, dobra atmosfera i profesjonalizm nie były tego dnia wytycznymi w pracy białoruskich służb. W końcu doczekałem się ostatniej bramki na której zapytano oczywiście o zwinięty rulon na siedzeniu motocykla.
- Baner, reklama producenta oleju - odpowiedziałem najłagodniej jak potrafiłem.
- Do czego?
- Do garażu, na ścianę.
- Dla kogo?
- Dla mojego kolegi. Z Grodna - odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
Strażnik obmacał ciasno zwinięty rulon.
- W środku co jest? - spojrzał przenikliwie w oczy.
- Nic.
- Zdjąć, rozłożyć, pokazać - zakomenderował.
Uśmiech, spokój i życzliwość. To nic, że przepakowanie zajmie wiele czasu. Zacząłem rozplątywać paski, którymi był przymocowany baner.
- Dobra. Jechać - zmienił zdanie pogranicznik i machnąwszy ręką poszedł szukać innej ofiary.
Na nic już nie czekałem, ale też nie spieszyłem się zbytnio, by nie wzbudzić podejrzliwości. Oddałem jeszcze jeden świstek żołnierzowi pilnującemu szlabanu i już byłem na Białorusi. Tak jak poprzednio, zajechałem na pierwszą stację benzynową. Udało mi się nawet dogadać z przychylną obsługą, by odstąpiono od zwyczajowej procedury płacenia przed tankowaniem. Pomimo niedawnych podwyżek, paliwo i tak wychodziło prawie dwa razy taniej niż w Polsce. Zatankowałem do pełna.

ZNÓW GRODNO

Białoruś 2 - fot. 2 Pogoda sprzyjała spokojnej i bezpiecznej jeździe. Komunikaty nawigacji GPS prowadziły mnie jak po sznurku, wprost do garażu Panoramy. Nagle, kilka kilometrów przed Grodnem, zobaczyłem skrzyżowanie z którego się zjeżdżało do Dimona i jego tartaku. Nie zastanawiając się zboczyłem z głównej trasy i po paru chwilach wjechałem na zakładowy plac. Już przez kask i pracę motocyklowego silnika słyszałem hałas tartacznych maszyn. Jakież było moje zdziwienie, gdy jednostajny puls, który brałem za pracę traków, po wyłączeniu silnika i zdjęciu kasku okazał się muzyką zespołu Rammstein, puszczaną na cały gwizdek z okazałych głośników wystawionych przed tartak. Wszedłem do hali produkcyjnej, gdzie moim oczom ukazało się torowisko traka, na którym spokojniutko siedziały rzędem trzy kokoszki. Nie zatrzymywany przez nikogo wszedłem do pomieszczenia obok, w którym za stołem zasiadał Dimon i zajadał kartoflane placki.
- Adam? - zapytał wypchanymi jedzeniem ustami.
- Adam, Adam - potwierdziłem.
- No bladź! Czemu ty nie dzwonił? Ja nic nie przygotowany!
- Bo nawet nie wiedziałem, że do ciebie zajadę. Zobaczyłem znajomy fragment drogi, zboczyłem, no i jestem.
Dimon zerwał się zza stołu, ściszył muzykę i poleciał do kuchennego pieca nakładać placków.
- Herbatę będziesz pić?
- Będę.
- Na razie herbatę, bo wiesz. Ty motorem, a ja jeszcze mam roboty.
- Wiem. Widzę.
- Ale wieczorem spotkamy się u Igora, to popijemy czegoś mocniejszego - mrugnął porozumiewawczo.
- No co ty, zapomniałeś, że nie piję?
- Aaa. No, blin. To my wypijemy twoje zdrowie!
- Dobrze. Tylko nie wiem, czy ja dziś dojadę do Igora, bo umówiony jestem z Panoramą. - Dimon pomarkotniał. Gołym okiem było widać, że sprawiłem mu przykrość. Mi też się głupio zrobiło. Próbowałem jakoś ratować sytuację.
- Ale jak tylko załatwię sprawy, to zadzwonię do Igora i się umówimy - gadałem bez przekonania bo wiedziałem, że w planach była podróż po głębokiej Białorusi, a nie po grodzieńskich okolicach.
- No dobra. To się zobaczy jak to będzie - rzekł zawiedziony Dimon, chyba sam zbytnio nie wierząc we własne słowa.
Posiedzieliśmy z pół godziny zajadając ziemniaczane placki, popijane herbatą z owocami. Gadać za bardzo nawet nie było o czym, bo niedawno się widzieliśmy. W dodatku Dimon miał charakter szczery i wylewny - ale najbardziej po kilku głębszych. Nim wyjechałem z placu na szosę, znów przez kask usłyszałem jednostajny zgrzyt. Nie miałem jednak pewności czy to tartaczne maszyny.
Adresu pod którym znajdował się garaż Panoramy nie znałem. Ale przed wyjazdem odszukałem na satelitarnych mapach plan Grodna i wypatrzyłem mój punkt docelowy. Nawigacja bez większych kłopotów doprowadziła pod same drzwi garażu, w których stał umorusany Panorama.
- Priwiet! - zawołałem.
- Cześć! - odpowiedział znad rozebranej trajki Panorama.
- Co ty tam znowu grzebiesz?
- A bladź, tłumik brzęczy. Coś się wypaliło i lata w środku.
- No to dawaj, pomogę.
Panorama zabrał się za lewy, ja za prawy "głuszyciel". Wydłubaliśmy z rur resztki wypalonej blachy i po godzinie trajka miała puste wydechy.
- Dawaj, wypróbujemy - Panorama niecierpliwie wycierał ręce w zaoliwioną szmatę. - Wstawiaj swój motor do garażu i lecimy na miasto.
Kilka minut później jechaliśmy przez garażowe osiedle omijając co większe wertepy. Z pełnymi tłumikami trajka nie należała do cichych pojazdów - a teraz - tym bardziej. Nie było nikogo, kto by został w swoim garażu kiedy przejeżdżaliśmy obok. Pomimo że siedziałem z tyłu, byłem pewien, że Panorama uśmiechał się dumnie. Gdy zbliżyliśmy się do głównej szosy Panorama zatrzymał pojazd.
- Siadaj. Z tymi tłumikami zatrzymają mnie na pewno, a przecież prawa jazdy nie mam.
No i znowu znalazłem się za sterami tej piekielnej maszyny.
- Ale jedynkę już naprawiłem i nie musisz ruszać z dwójki - rzucił Panorama z tylnego siedzenia.
Jechaliśmy spokojnie przez miasto. Panorama kierował nas do centrum, ale okazało się, że główna ulica była odcięta kordonem milicji. Skręciliśmy ostro w dół i po kilku serpentynach znaleźliśmy się przy nabrzeżu Niemna. Podjechaliśmy do grupki motocyklistów. Była to grupka "ruberów" - czyli bogatych miejskich jeźdźców. Wokół wypolerowanych ścigaczy stała grupka młodych chłopaków w kolorowych kombinezonach i żywo nad czymś rozprawiała. Okazało się, że nie mają gdzie się popisywać szybką jazdą na jednym kole, bo milicja zamknęła centrum Grodna.
- Coś się dzieje - skwitowali zgodnie.
- To może wyskoczymy za miasto? - zaproponował Panorama.
- Eee. Za miasto. Tam nikogo nie ma. Lepiej wyskoczymy na drugą stronę rzeki. Może tam da się jeszcze pojeździć.
- No tak - zrezygnowany Panorama wyciągnął telefon. - Halo, Siergiej, co robisz? Masz chwilkę?
Kiedy Panorama telefonicznie montował wypadową grupę, nabrzeżem podeszło dwóch milicjantów. Przyglądali się naszym pojazdom. Coś krótkiego powiedzieli do młodych ścigaczy i ci, po krótkiej chwili, zgodnie odjechali. Panorama skończył rozmawiać.
- Dobra. Zaraz przyjadą nasze chłopaki.
Nie czekaliśmy nawet trzydziestu minut, kiedy pojawił się Sieroża, Dima z Tanią i Wania. Przywieźli ze sobą jeszcze dwie, wcześniej nie widziane przeze mnie osoby. Wszyscy na choperach i nakedach. Tylko my na trajce.
- Gdzie jedziemy? - zapytał Wania.
- Jeszcze nie wiem - zastanawiał się Panorama. - Adam - zwrócił się do mnie, - a ty widziałeś Kanał Augustowski?
- O, nie raz.
- Ale od naszej strony?
- No skąd.
- To pojechali.

NIEWYKORZYSTANY TRAKT

Białoruś 2 - fot. 3 Za miasto wydostaliśmy się po kwadransie, bo wiele ulic opustoszało po dziwnych blokadach milicji. Na nas szczęśliwie żadni mundurowi nie zwracali uwagi. Mknęliśmy szeroką szosą wcale nie najwolniej, wyprzedzając się na zmianę. Bez zasad i reguł - ale miejsca było tyle, że robiliśmy to w miarę bezpiecznie. Po jakimś czasie w niewielkiej wiosce Panorama dał znak do postoju. Wszyscy wyciągnęli papierosy. Zauważyłem, że stoimy przed ogródkiem w którym gospodarz postawił prywatny pomnik Papieża Jana Pawła II. Zrobiło mi się miło. Postój trwał tyle, ile palacz potrzebuje na chciwe dokarmianie nałogu. Widocznie byliśmy wystarczająco daleko od cywilizacji, że Panorama zdecydował się na prowadzenie trajki. Na tylnym siedzeniu można było w całej okazałości odczuć brak bebechów w tłumikach. Ale za to gęba sama składała się do uśmiechu.
Kanał Augustowski zrobił na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Może niezbyt ekskluzywny, ale zadbany parking, ścieżki wysypane żwirem, boisko i pionierski obóz dopełniały to odczucie. Szliśmy wzdłuż zalewu, na którym stał wycieczkowy statek "Niemen". Wszędzie cisza i spokój, nie licząc szumu kilkumetrowej estakady wodnej. Ogromna śluza dostojnie spoczywała stercząc okazałą konstrukcją. Wszystko wyremontowane i gotowe do użytku. Ale użytkowników jak na lekarstwo.
- Czemu tu ludzi nie ma?
- Kanał nieczynny na polską stronę - objaśniał Sieroża. - Wszystko gotowe do turystyki, ale brakuje jakiegoś podpisu.
- Szkoda - mruknąłem, - bo po waszej stronie ten kanał jest bardziej przygotowany niż u nas. Nawet telefony macie w lesie - kiwnąłem głową w stronę prowizorycznej budki telefonicznej postawionej obok drewnianego wychodka.
- Bo tu komórki nie działają - wyjaśnił Dima.
Moją uwagę przykuł duży polny kamień, ozdobiony pamiątkową tablicą. Podeszliśmy do niego po wybrukowanej ścieżce. Okazało się, że to dziękczynny obelisk. Składano na nim Łukaszence hołd za to, że podpisał dekret umożliwiający remont białoruskiej części kanału.
- Szkoda, że nie podpisał dekretu na jego użytkowanie - skwitowałem.
Zrobiliśmy po kilka pamiątkowych zdjęć i zaczęliśmy się zbierać do powrotnej drogi.
- Ja poprowadzę - zapowiedział Panorama. - Nie wyprzedać mnie, bo jak zjadę z głównej szosy to się pogubimy.
Po kilku kilometrach zboczyliśmy w stronę przydrożnego lasu. O dziwo nie musieliśmy poruszać się szutrówką, ale względnie dobrze utrzymaną drogą z asfaltem. Dojechaliśmy w pobliże zarośniętych stawów, pośród których bielały ruiny opustoszałego pałacu. Już na pierwszy rzut oka widać było, że jeszcze nie tak dawno tętniło tu życie.
- A co tu było? - zapytałem.
- Psychuszka, czyli szpital psychiatryczny. Trzy lata temu zamknęli i sprzedali za grosze. Podobno kupił jakiś generał, ale pieniędzy na remont już mu nie starczyło.
Zarówno pałac jak i jego otoczenie, włącznie z budynkami gospodarczymi, po tym wyjaśnieniu nabrały innego wymiaru. Zdawało się słyszeć jęki podopiecznych tego ponurego miejsca. Wrażenie to potęgował zbliżający się zmierzch i wilgoć pobliskich stawów. No i na całym obszarze tylko my. Jak w "Stalkerze" u Tarkowskiego. Moją uwagę przykuł symboliczny nagrobek usytuowany pod wysokim na kilkanaście metrów kominem.
- Czyj to pomnik? - zapytałem.
- W zeszłym roku chłopak, który uczestniczył w interaktywnej grze przez Internet dostał zadanie; musiał znaleźć coś na szczycie tego komina. Wszedł, znalazł i spadł.
Na niewielkiej tabliczce odczytałem imię, nazwisko, datę tego tragicznego wydarzenia i wiek nieszczęśliwego gracza - dwadzieścia trzy lata. Ostatnia ofiara tego szpitala.
Zasiadłem za sterami trajki i w uporządkowanym szyku wjechaliśmy do Grodna. Wszystkie ulice były już przejezdne. Zajechaliśmy pod supermarket spożywczy. Z trudem znaleźliśmy miejsce na parkingu, bo o tej porze większość sklepów już była zamknięta. Nim zdążyłem zdjąć kask, poczułem mocne klepnięcie w ramię. Za mną stał Igor.
- Cześć! No co ty do mnie nie przyjechał?
- Oj. Byłem dziś u Dimona i już mu mówiłem, że do ciebie zadzwonię w drodze powrotnej.
- To kiedy?
- Gdzieś za tydzień. Najpóźniej w poniedziałek, bo we wtorek mi się wiza kończy.
- Dobra. Tylko zadzwoń koniecznie. Najlepiej dzień wcześniej. Przygotuję banię.
- Zadzwonię. Na pewno.
- No to do zobaczenia. Lecę, bo tam na zakupy czekają.
- Do zobaczenia.
No i tym sposobem byłem umówiony.
Zaopatrzyliśmy się w jedzenie i picie. Zakupy pochowaliśmy w sakwy. Panorama zadysponował, że wszyscy pojedziemy do garażu Dimy z tym, że my po drodze odstawimy trajkę i dojedziemy samochodem. W garażu zostawiłem Panoramie ten nieszczęsny baner, a resztę gadżetów wrzuciłem do torby. Na spotkaniu u Dimy, gdzie zwykła posiadówa szybko przerodziła się w wystawną kolację, rozdzieliłem przywiezione fanty. Miło było oglądać uśmiechnięte twarze chłopaków i czuć, że nie tyle wartość przywiezionych gadżetów, ile pamięć zrobiły na nich wrażenie. Kręcili się trochę po garażu, szeptali po kątach, wreszcie Dima coś wyciągnął z kartonu.
- A to od nas, dla ciebie - i wręczył wykonaną własnoręcznie lampkę do garażu. - Te abażury to z cylindrów od Zaporożca, a trzonki z korbowodów.
Teraz ja, pomimo że nie było tam nigdzie lustra by sprawdzić, miałem wzruszoną minę. Około północy dotarliśmy do mieszkania Panoramy, gdzie Oksana przyjęła nas jak dawno wyczekiwanych gości.
- Dzwonił Wiktor - oznajmiła w progu.
- Co mówił? - zaniepokoił się Panorama.
- Że pojutrze możesz jechać do Moskwy.
- O blin. A kiedy będzie wiadomo na pewno?
- Jutro ma jeszcze dzwonić.
- No i masz - zwrócił się do mnie. - Nie wiadomo jak będzie z naszym wyjazdem. Szef dzwonił. Może pojutrze będę miał trasę. Taka to robota w naszych TIR-ach.
- No trudno. Jutro się zobaczy.
Miny nam trochę zrzedły, ale jeszcze długo siedzieliśmy przy herbacie snując mocno nadwątlone plany białoruskiej eskapady.

ŚLADAMI CECYLII I JANA

Białoruś 2 - fot. 4 Zmęczeni wczorajszymi zdarzeniami spaliśmy prawie do dziesiątej godziny. Do śniadania zasiedliśmy w pogodnych nastrojach. Za oknem zapowiadał się słoneczny dzień.
- A jeśli ty pojedziesz jutro do Moskwy - zaczęła Oksana, - to pewnie nie będzie cię z tydzień?
- Nawet dziesięć dni, bo rozładunek trzeba doliczyć.
- To na wszelki wypadek napraw w aucie klimatyzację.
Panorama spojrzał na mnie.
- Mną się nie przejmuj - chwyciłem w lot. - Coś wymyślę, żeby mieć zajęcie.
- A co ty wymyślisz w obcym mieście?
- No właśnie, nie będę siedzieć w mieście, tylko gdzieś wyskoczę. Wieczorem wrócę. Do tego czasu będzie wiadomo czy dalej pojedziemy razem, czy nie.
- Jak chcesz. Ale gdzie ty sam pojedziesz?
- Poszukam wioski Bohatyrowicze.
- Co tam jest?
- Teraz chyba nic. To wieś opisywana w powieści "Nad Niemnem" - obowiązkowej lekturze w naszej szkole.
- Aha. A jak ty ją znajdziesz?
- Trochę szukałem w Internecie, są opisy i wskazówki. Nawet jak znaleźć grób Jana i Cecylii.
- Kto to taki?
- To od nich zaczęła się cała powieść.
- No dobra. Ale w razie czego, jak by co, to zadzwonisz i przyjadę - upewnił się Panorama.
- Dobra.
Pojechaliśmy do garażu gdzie Panorama zabrał się za naprawę klimatyzacji, a ja zdjąłem niepotrzebne tobołki z motocykla i wprowadziłem dane do nawigacji GPS. Po kilku minutach zmierzałem już na rogatki miasta. Pogoda była w sam raz na motocyklową wycieczkę. Z tym większą przyjemnością mijałem żółte pola rzepaku, gęste lasy i nieliczne wsie. Żal było odkręcać manetkę, bo oko cieszyło się za każdym wzgórkiem i zakrętem. Wreszcie po kilkudziesięciu kilometrach dotarłem do skrzyżowania, przy którym stała drewniana rzeźba wskazująca kierunek na Bohatyrowicze. Zrobiłem krótki postój wśród bezkresów rzepakowego oceanu.
Dalsza podróż odbywała się za pomocą mojego "gołębia", czyli na czuja, bo nawigacja do której wprowadziłem jedynie współrzędne, namawiała do jazdy w najmniej oczekiwanym kierunku, bez względu na to czy była droga, czy nie. Prędkość przejazdu ze względu na pogarszającą się nawierzchnię malała z każdym kilometrem. Słoneczny skwar nie ustępował. Chopper to nie najlepsza maszyna na takie bezdroża. Zatrzymałem się, rozpiąłem kurtkę i podniosłem szybę w kasku. Ruszyłem. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Dostałem potężny strzał od pszczoły gospodarującej na rzepakowych polach. Prosto w szyję. Czułem jak kołnierz staje coraz ciaśniejszy. Mam nadzieję, że z wiekiem nie stałem się uczulony na jad pszczoły - pomyślałem. Jechałem rozglądając się za widzianymi w Internecie wskazówkami. Na próżno. Wreszcie po kilkunastu kilometrach dogoniłem człowieka na rowerze. Zatrzymałem.
- Przepraszam. Jak dojechać do wsi Bohatyrowicze?
- Oj, pan. Za daleko. Trzeba wracać.
Starszy jegomość zsiadł z jeszcze starszej "Ukrainy". Podniósł z ziemi patyk i na szutrowej drodze wyrysował prosty plan.
- Ta krzyżówka jest najważniejsza - wskazał. - Łatwo przegapić. Za sto metrów potem droga robi się dobra i prosta.
- Dziękuję. Teraz trafię.
- A szyja puchnie? - spojrzał w miejsce użądlenia.
- No, trochę.
- To i pewnie boli - dziadek zszedł do przydrożnego rowu, zerwał liść jakiegoś zielska, rozgniótł go w palcach i podał. - Przyłoży.
Przyłożyłem. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ból zaczął ustępować.
- Dziękuję. Bardzo dziękuję - ale starszy człowieczek już pedałował swoją "Ukrainą" po zakurzonej drodze. Przyjrzałem się jeszcze raz naszkicowanej przez dziadka mapie i ruszyłem. Z doświadczenia wiedziałem, że przy kierowaniu przez miejscowych trzeba brać poprawkę na indywidualne wyczucie odległości, bo w takich wypadkach rzadko kilometr równy jest kilometrowi. Kierując się zdrowym rozsądkiem, szkicem i komunikatami nawigacji wypatrzyłem skrzyżowanie, na które normalnie nie zwróciłbym uwagi. Licha droga z dziurami łatanymi polnymi kamieniami odchodziła w bok, nie dając zbytniej nadziei na powodzenie. Jedynie słupy energetyczne pozwalały sądzić, że prowadziła do czegoś więcej niż kołchozowe pastwisko. Zjechałem. Faktycznie, po stu metrach niepozorny trakt przeszedł w całkiem znośną nawierzchnię, gdzieniegdzie pokrytą kawałkami asfaltu. Po kilku kilometrach moja nawigacja przestała namawiać bym zawrócił. Żałowałem trochę że trzymałem ją w kieszeni, zdany tylko na komunikaty głosowe, bo chętnie bym zerknął na sytuację pamiętając, że Bohatyrowicze leżą nad Niemnem. Tymczasem droga zrobiła się całkiem dobra. Po kilkunastu kilometrach dojechałem do autobusowego przystanku z nazwą wsi. Byłem na miejscu. Skręciłem w lewo kierując się w stronę widocznych z jezdni domostw. Nawigacja prowadziła jak po sznurku, wprost do punktu jakim miał być grób Jana i Cecylii. Za to droga z każdym metrem stawała się coraz gorsza. Przed samą wsią skręciłem jeszcze raz w lewo. Polny dukt przeszedł w piaskówkę, tak bardzo niewygodną do jazdy chopperem. Musiałem bardzo uważać, by uniknąć wywrotki. Na sam koniec piaskowy trakt rozmył się i polną ścieżką wjechałem na opuszczone podwórze. Stary, drewniany domek z otwartą na oścież werandą, pozamykane na trzy spusty szopy i inne gospodarcze pomieszczenia sprawiały dość ponury widok. Zostawiłem na motocyklu kurtkę i kask. W ciężkich butach, niewiele lżejszych spodniach, ruszyłem w poszukiwaniu żywej duszy. Obszedłem zachwaszczone podwórze. Znalazłem ledwie widoczną ścieżkę, którą ruszyłem po stromej skarpie w dół. Ślisko było i niebezpiecznie, zwłaszcza w tych butach, ale po chwili znalazłem się nad brzegiem Niemna. Stanąłem na zarośniętej trzciną skarpie i rozejrzałem się. Rzeka spokojnym nurtem płynęła wśród zalesionych brzegów, jednak nigdzie nie widziałem jakichkolwiek nagrobków. Nieopodal głęboki jar z połamanymi drzewami wiódł pod górę, ale zwały martwych, grubych konarów uniemożliwiały dotarcie na szczyt brzegu. Zawróciłem. W drodze do motocykla minąłem dwa ogromne, przypominające barakowozy, ule. Przemyślna pasieka pomimo że na kołach, od dawna z tego miejsca nie była ruszana. Stan osi, kół i zaczepów dowodził, że od lat w tym miejscu istniało miodowe eldorado. Nic dziwnego - wokół oceany kwitnącego rzepaku.
Znowu z trudem przedarłem się przez piaszczystą drogę i wjechałem do wsi Bohatyrowicze. Skierowałem się do okazałego, murowanego, ale opuszczonego budynku. Puste okiennice, ubytki w pokryciu dachowym, odrapane ściany nie pozostawiały złudzeń co do statusu tej budowli. Ale o jej dawnej świetności mógł świadczyć duży ganek z kolumnami. Obok stała niewielka, drewniana chata, z której wyszła kobieta w wieku około sześćdziesięciu lat.
- Dzień dobry - krzyknąłem z daleka po rosyjsku.
- Aaa, dzień dobry, dzień dobry - kobieta podeszła do drewnianej furtki. - Zdjęcia będzie robić?
- No, jeżeli wolno, to parę zdjęć bym zrobił.
- O, słychać że z Polski - podchwyciła. - Kupować będzie?
- Kupować? - zdziwiłem się.
- No. Tu cały czas przyjeżdżają, robią zdjęcia. Potem kupują. Ale tylko czasami - kobieta mówiła powoli, ale cały czas po rosyjsku.
- Ja to nie. Popatrzeć przyjechałem. Szukam dworku Bohatyrowiczów.
- Dworku?
- Tak. Domu, w którym mieszkali Bohatyrowicze.
- W tym kiedyś mieszkali. Ale tu co drugi dom to Bohatyrowiczów. Mój też, bo mąż z Bohatyrowiczów.
Popatrzyłem na jej ubogie gospodarstwo, po którym biegały dwie kury, a na sznurach suszyło się sfatygowane ubranie.
- Ale ja szukam dworku w którym mieszkali ludzie opisywani przez Elizę Orzeszkową w "Nad Niemnem".
- A, to ja nie wiem - odwróciła się na pięcie i poszła.
Obszedłem dookoła zapuszczone resztki domostwa, zrobiłem kilka zdjęć i wróciłem do motocykla. Kątem oka zauważyłem u wylotu wąskiej dróżki czyjąś drobną postać. Uruchomiłem silnik, ale nie wkładając kasku i w rozpiętej kurtce zacząłem jechać w stronę głównej drogi. Zza rozłożystego krzaku bzu, który rósł przy wspomnianej ścieżce, wyszła lekko przygarbiona, szczupła staruszka. Przysłoniła dłonią oczy, w które wpadały ostre promienie słońca. Zatrzymałem się.
- Dzień dobry - zacząłem znowu po rosyjsku.
- Dzień dobry - odpowiedziała po polsku. - Ze mną można rozmawiać w ojczystym języku. Tu prawie wszyscy rozmawiamy po polsku, tylko tamta nie, bo to Rosjanka, co za naszego wyszła - babcia wskazała głową na gospodarstwo przy którym niedawno wiodłem rozmowę.
- To bardzo mi miło.
- Bohatyrowiczów pan szuka?
- No właśnie. Z powieści Orzeszkowej.
- Tutaj to pan już niewiele znajdzie. Same ruiny, trochę fundamentów. Nie ma co oglądać. Ludzie, znaczy potomkowie tylko. Ja też, ale coraz mniej. Z każdym rokiem nas ubywa. Młodzi dawno już do miasta wyjechali. Wieś umiera. Po nas nawet kołchozu tu nie będzie.
- A grób Jana i Cecylii?
- O, to pan minął. Trzeba wrócić, potem skręcić w prawo, w taką wąską drogę. Jakieś trzysta metrów od tego skrzyżowania.
- Motocyklem dojadę?
- O, na pewno. A w Miniewiczach, na mogile powstańców już pan był?
- Nie. A stąd to niedaleko?
- Niedaleko. Sąsiednia wieś. Pojedzie z tego skrzyżowania główna drogą w lewo, potem jeszcze raz w lewo i jak dojedzie do wsi, to będzie pan musiał kogoś zapytać. Bo mogiła w lesie schowana.
- Dziękuję pani bardzo, ślicznie pani mówi po polsku, bez akcentu.
- Oj, bo jak myśmy starzy w domu zostali, to już tylko w ojczystej mowie mówimy.
- Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia.
- Niech Bóg prowadzi.
Skierowałem motocykl na Miniewicze. Nawet nie przypuszczałem, że tak łatwo zostanę naprowadzony na zbiorową mogiłę w której leżały prochy Korczyńskich i Bohatyrowiczów - styczniowych powstańców. Po krótkim czasie wjechałem do rozrzuconej wśród iglastego lasu wsi. Domostwa były tu bardziej zadbane niż w Bohatyrowiczach, a obejścia bogatsze. Płoty posiadały komplety sztachet, nie żałowano kolorowej farby, a w ogródkach oprócz warzyw kwitły kwiaty. Długo jednak musiałem rozglądać się za kimś, kto wskazałby interesujący mnie kierunek. Dostrzegłem w końcu kobietę krzątającą się przy ogrodzie.
- Dzień dobry - zacząłem od razu po polsku.
- Dzień dobry - odpowiedziała kobieta również w moim języku, ale z silnym, rosyjskim akcentem.
- Ja na powstańczą mogiłę...
- Oj, sam nie trafi. Tusia, Wicia - zawołała w głąb podwórza. Zza drewnianej szopy wybiegło dwoje nastolatków. - Zaprowadźcie pana do powstańców - poleciła po rosyjsku.
Dzieci - na oko jedenaście, dwanaście lat, bez słowa ruszyły wąską ścieżką do sosnowego lasu. Podążyłem za nimi, zerkając na ich kolorowe, gumowe sandały. Szukałem w głowie tematu, na który mógłbym z nimi porozmawiać.
- Rzeczywiście, trudno byłoby mi trafić, żadnego znaku, ani tabliczki nie ma.
- No, trudno - odparł chłopak, - bo tutaj rezerwat i niczego nie można stawiać.
- A dużo ludzi tu przyjeżdża, na tę mogiłę?
- W lato dużo.
- To i wy macie sporo zajęcia, żeby tu wszystkich doprowadzić?
- Nie. My tu tylko do babci przyjechaliśmy. Wieś stara jest i opustoszała. Wszyscy do miasta wyjechali. A kto jeszcze kiedyś mógł, to do Polski się przeniósł - chłopak mówił w nienaturalny sposób, okrągłymi zdaniami, jakby na pamięć wyuczył się ciągle słyszanych opinii. Dziwnie brzmiały starcze słowa w tak młodych ustach.
Leśna ścieżka z czasem rozmyła się i wkroczyliśmy na suche, obsypane sosnowym igliwiem podłoże. W oddali, pośród drzew dostrzegłem nienaturalny kopiec. Zrównałem się z dziećmi. Razem podeszliśmy do mogiły. Zatrzymaliśmy się w jednym rzędzie i jak na komendę rozpoczęliśmy modlitwę znakiem krzyża - oni prawosławnym, ja - rzymskokatolickim. Dwujęzyczny ekumenizm w środku nadniemeńskiego lasu.
Okazały, metalowy krzyż, stylowe ogrodzenie z łańcuchami, duża ilość wieńców, kwiatów i zniczy świadczyły, że pamięć o tym miejscu nie zaginęła. Napis na tablicy informował o czterdziestoosobowej ofierze sprzed prawie dwóch wieków. Szkoda tylko , że w takim ukryciu. A może i dobrze? Spokój, cisza, szum lasu i niedalekiej rzeki, dopełniały dostojeństwa tego miejsca.
Białoruś 2 - fot. 5 Po kilku minutach wspólnego milczenia wróciliśmy do wsi. Pożegnaliśmy się życzliwie - każdy w swoim języku. Na odjezdne dostałem wytyczne co do odnalezienia grobu Jana i Cecylii. Na szczęście jedne i drugie, wcześniej otrzymane wskazówki, pokrywały się. Na niewielkiej krzyżówce, gdzie niczym kamień milowy leżał biały but z wysoką cholewą, skręciłem ostro w prawo. Kilka minut później wąską, ale wyasfaltowaną alejką pośród zbóż i krzaków, dojechałem do poszukiwanego od rana celu. Grób otaczał drewniany płot za którym stał drewniany krzyż z figurą. Na pierwszy rzut oka widać było, że płot i krzyż postawiono nie tak dawno. Za to na mogile, obok siebie, stały dwa nagrobne kamienie ze słabo widocznymi już, wyrytymi napisami. Zapewne były to pozostałości po pierwszym nagrobku Jana i Cecylii Bohatyrowiczów. Wieniec, kwiaty w wazonikach, wetknięte w ziemię nasze flagi narodowe świadczyły, że i o tym miejscu ktoś stale pamiętał. Doznałem dziwnego uczucia, jakbym dotykał rzeczy w istnienie których dotychczas nie wierzyłem. Zarówno mogiła powstańców, jak i ten grób były dla mnie tylko opisami w szkolnych lekturach z których byliśmy odpytywani, a mało który z nas się wówczas zastanawiał, czy rzeczywiście ci ludzie istnieli, a już zupełnie nie braliśmy pod uwagę możliwości trwania tych miejsc aż do dziś. W tym momencie fikcja literacka przestawała być fikcją, a stawała się literaturą faktu.
Nieopodal grobu zauważyłem żółtą, ostrzegawczą tablicę. Jej treść oznajmiała, że ustanowiono tu geologiczny obszar chroniony, w związku z czym zakazywano wielu rzeczy, m.in. parkowania, stawiania namiotów i palenia ognisk. Nie trzeba było być historyczno­­-politycznym geniuszem by wiedzieć, że to zabieg lokalnej władzy która nie chciała, by z tego miejsca uczynić miejsce kultu. Na skraju stromej skarpy dojrzałem poręcz i schody. Zszedłem. Na podmokłym terenie dojrzałem betonową wylewkę z informacją, że w tym miejscu znajduje się pomnik przyrody. Poszedłem dalej, aż na brzeg Niemna i zorientowałem się, że stoję po drugiej stronie tego samego wąwozu, zawalonego konarami po niedawnej wichurze, do którego doszedłem na czuja zaraz po przyjechaniu do Bohatyrowicz.
Słońce minęło już zenit, więc po zrobieniu kilku fotografii wsiadłem na motocykl i ruszyłem w powrotną drogę. Miałem jeszcze sporo czasu, więc zatrzymałem się po drodze w maleńkiej wioseczce, do której zwabiły błyszczące kopuły niewielkiej cerkwi. Pokręciłem się kilkanaście minut po opustoszałej wsi, gdzie o swoim istnieniu przypominały tylko szczekające psy i gdaczące kury. Pośród starych, drewnianych chatek, gdzieniegdzie wyrastały nowsze budowle. Zapewne bogatszych urzędników państwowych lub wojskowych, szukających spokoju na peryferiach rozpostartych nad brzegami Niemna.
Zadzwonił telefon.
- No, gdzie ty? - pytał Panorama.
- Już wracam.
- Wszystko dobrze?
- Tak. Znalazłem co chciałem.
- To przyjeżdżaj, bo niedługo obiad.
- Dobra.
Oksana, jak zwykle uśmiechnięta, otworzyła drzwi mieszkania w którym już czekał Panorama. Od razu zobaczyłem, że minę ma nietęgą.
- Szef dzwonił. Muszę jutro jechać do Moskwy.
- Oj - zmartwiłem się.
- Co teraz? - zapytał.
- Nic. Pożyczysz mi namiot i śpiwór? Pojadę sam.
- No pewnie. Ale gdzie ty sam pojedziesz? Nie boisz się?
- Pojadę gdzieś, jeszcze nie wiem. A bać się? Powiedz czego, to się będę bał.
- Noo - zastanawiał się Panorama, - nie wiem czego.
- Sam widzisz. Pojadę.

PODWÓRKO NIEMENA

Białoruś 2 - fot. 16 Wstaliśmy dość późno. Po śniadaniu Panorama zasiadł do komputera.
- Adam, chodź tu na chwilę.
Wziąłem kubek z kawą i wszedłem do jego pokoju.
- Patrz, to dlatego przedwczoraj ulice były blokowane.
Na amatorskich filmikach, robionych telefonami komórkowymi widać było jak milicja wynosiła ludzi z grodzieńskiego placu. Za ręce i nogi, prosto do milicyjnych suk. Wszystko w absolutnym milczeniu.
- Co to jest? - zdziwiłem się.
- Co niedzielę w dużych miastach na Białorusi gromadzą się na festynach ludzie. U nas nie wolno manifestować, to ludzie stoją i klaszczą. Taki niemy opór przeciwko władzy. Przyjeżdża wtedy milicja i sprząta.
Dopiliśmy kawę komentując bieżącą sytuację na Białorusi. Zasiadłem jeszcze na kilka chwil do komputera, poszperałem w Internecie i z grubsza nakreśliłem plan swojej podróży. Później pojechaliśmy do garażu na peryferiach Grodna. Pogoda już nie była tak radosna jak wczoraj. Powietrze stało ciężkie i wszystko zapowiadało deszcz. Panorama pomógł zapakować wszystkie graty na motocykl, udzielił kilku rad, zaopatrzył w numery telefoniczne do jego znajomych i przykazał:
- Pamiętaj, jak by co, to dzwoń - o każdej porze dnia i nocy. Jak mnie tu nie będzie, to pomogą ci inni, tylko powołaj się.
- Dobra. Ja najpóźniej we wtorek muszę być na granicy. Gdybyś nie wrócił, to namiot i śpiwór zostawię u Oksany.
- Jasne. Trzymaj się i powodzenia.
- Powodzenia.
Jadąc jeszcze ulicami Grodna poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu. W lusterkach widziałem granatowe chmury. W baku chlupały resztki paliwa, więc zaraz za miastem zjechałem na dużą stację. Nim zdążyłem zsiąść z motocykla, uderzyła ściana deszczu. Zerwał się potężny wiatr, błysnęło, zagrzmiało i zaczął się horror. Ustawiłem motocykl niczym statek - dziobem do wiatru, bo wszystko co nie było umocowane, zaczęło tańczyć. Nawet gaśnice. W poszukiwaniu schronienia pobiegłem do budynku. Zamknięte. Na drzwiach kartka: z powodu burzy - nieczynne. Widocznie tutaj nieczynne i zamknięte znaczyło to samo. Burza poczynała coraz śmielej. Schowałem się za szeroki filar. Nieczęsto w swoim życiu oglądałem z bliska tak ogromną nawałnicę. Na pobliskim parkingu wiatr przewrócił przyczepę. Gdyby mój motocykl stał bokiem do wiatru, nawet pochylony na stopkę w stronę dmuchawicy - nie miałby żadnych szans. Filar dawał iluzoryczną ochronę. Kątem oka zauważyłem machającą w moim kierunku ekspedientkę. Podbiegłem chyłkiem do drzwi. Wpuściła.
- Bez samochodu nie można tak stać - powiedziała.
- Bardzo dziękuję. Ciężko było.
Za oknem burza rozszalała jeszcze bardziej. Grodno - do niedawna widoczne jak na dłoni, zniknęło za deszczową ścianą. Świat przybrał kolor dojrzałej śliwki. Jednak zza szyby wyglądało to mniej groźnie. Po trzydziestu minutach świat zaczął wracać na swoją orbitę. Z podjazdu spłynęły strugi wody zostawiając piaszczyste łachy. Zatankowałem do pełna, ale tym razem zgodnie z oficjalną procedurą: najpierw w kasie musiałem zadeklarować ile i jakiego paliwa chcę, potem zatankować ze wskazanego dystrybutora, a ewentualną nadwyżkę odebrać w kasie. Ponieważ płaciłem kartą, zatrzymano ją, aż skończę tankować. Zdeklarowałem o prawie litr za dużo. Wróciłem po kartę.
- Proszę poczekać, bo muszę wejść do bankowego systemu i zwrócić nadpłatę - poinformowała kasjerka.
- A nie można darować tych kilku rubli? Szkoda czasu.
- Nie można, bo potem będziemy mieć kłopoty z saldem.
Tym sposobem musiałem po raz drugi odstać swoje w kolejce, ale i tak byłem wdzięczny za udzielone schronienie. Ciężkie chmury odeszły - niestety w kierunku, w którym zamierzałem jechać. Nad głową pojaśniało, a nawet pojawiło się blade słońce. Pokręciłem się jeszcze parę minut w nadziei, że burzowe niebo odpłynie na tyle, że go nie dogonię. Powietrze stało się lżejsze. Nie zakładając przeciwdeszczowych ciuchów ruszyłem. Już po niedługim czasie zorientowałem się, że zaraz wjadę pod deszcz. Spowolniłem tempo do granic przyzwoitości. Mimo to znowu pojawiły się pierwsze krople. Przy najbliższej okazji zjechałem do pobliskiego baru. Wypiłem kawę i zjadłem drożdżówkę. Na wszelki wypadek przygotowałem deszczaki, które ułożyłem na wierzchu, tuż pod zamknięciem sakw. Zmieniłem rękawice na wodoodporne, ale nadal pozostałem w skórzanej kurtce. Ponownie wyjechałem na szosę i ponownie po kilkunastu minutach zjechałem na przymusowy postój, tym razem pod autobusową wiatę. Jakiś czas później zatrzymały się koło mnie dwa Harleye z moskiewską rejestracją. Chłopak i dziewczyna.
- Cześć - powitałem.
- Cześć - odpowiedział chłopak. - Wszystko w porządku?
- U mnie tak, a was?
- Też, ale musimy się ubrać, bo tak na raty nieprędko wrócimy do domu.
- Skąd jedziecie?
- Ze zlotu w Kłajpedzie.
- To było w zeszłym tygodniu.
- Tak, ale trochę jeździliśmy po Polsce.
- A dokładniej?
- Giżycko, Mrągowo, Mikołajki - zaczęła wymieniać dziewczyna.
- To moje strony. Pochodzę z Mazur. No i jak, podobało się?
- Podobało, ale drogo.
- Chyba nie tak drogo jak w Moskwie?
- No, nie tak. Ale myśmy szukali czegoś cichego i taniego.
- To akurat trafiliście na najbardziej zatłoczone i drogie miejsca na Mazurach, zwłaszcza w sezonie.
- Tak myślałam, żeby nie korzystać z Googli.
- No właśnie.
Pogadaliśmy jeszcze o drodze, cenach paliw i pogodzie. Nałożyli deszczaki i odjechali. Wyjąłem z kieszeni nawigację. Za kilka kilometrów moja trasa odbijała w lewo, była więc szansa, że uwolnię się od wciąż poprzedzających mnie chmur. Odczekałem jeszcze kilka minut i ruszyłem. Dojechałem do skrzyżowania i skręciłem. Moje nadzieje się ziściły. Nie musiałem nakładać tak nielubianych, ortalionowych ochraniaczy.
Droga wiodła przez lasy i pola niedojrzałych zbóż. Komunikaty nawigacji prowadziły bez problemów. Minąłem kilka niewielkich wsi i dojechałem do miejscowości Wasyliszki. Bogatszy o internetową wiedzę wiedziałem, że do Starych Wasyliszek - rodzinnej wsi Czesława Niemena, było już bardzo blisko. Zewsząd dobiegał słodkawy zapach. Rzepak? - pomyślałem. Za stacją benzynową skręciłem w lewo i po trzech kilometrach byłem na miejscu.
Dom naszej legendy rocka odnalazłem dość łatwo, chociaż nie była to pierwsza chata we wsi po lewej stronie, jak podawały niektóre portale w internecie. Drzwi obite bordową blachą, rysunek idola i tablica informacyjna zdradzały, że jestem na miejscu - czyli pod klubo­-muzeum. Według podanych godzin ów klub powinien być otwarty - monstrualnych rozmiarów kłódka temu przeczyła. Nie zdążyłem na dobre rozprostować kości, gdy z drugiego końca wsi nadeszła para starszych ludzi. Kobieta w chustce niosła dziwną plątaninę konopnych powrozów, a mężczyzna w czapce z daszkiem i niebieskim dresie już z daleka wyrażał swoje opinie o moim motocyklu.
- O, ależ motocykl, ale maszyna!
- Cicho, stary - strofowała kobieta.
- Na takiego to i popatrzeć przyjemnie, a co dopiero usiąść!
- Przestań, stary! - kobieta zerknęła na mnie strachliwie.
- No co ty - nie dawał za wygraną gospodarz. - Można usiąść? - zwrócił się do mnie.
- Można, ale pozwoli pan zrobić sobie zdjęcie.
- Pozwolę, ale wy obiecacie, że mi to zdjęcie kiedyś przywieziecie.
- Dobrze.
- Oj, Michałycz, na co ci to? - oponowała kobieta.
- Prakseda, ścichnij - usadowił się za kierownicą motocykla. - Widzicie - zwrócił się do mnie, - taka żonka mi się trafiła, co tylko furmankę uważa.
Mąż dzielnie dosiadał maszyny, a żona przeglądała kartkę zatkniętą za portret Niemena na drzwiach klubu. Zrobiłem kilka fotek i podziękowałem. Michałycz zsiadł i zapytał:
- Do Czeska przyjechał?
- Tak. Zobaczyć gdzie się urodził, jak żył.
- To po Siemionycza trzeba wołać. Przyjedzie, otworzy, pokaże.
- Tu numer jest, żeby dzwonić. W dziesięć minut będzie - potwierdza kobieta.
- Nie trzeba. Wokół się rozejrzę, parę zdjęć zrobię i może pojadę dalej.
- Ale jak człowiek z Polski przyjechał, to nie na darmo. Prakseda, idź do domu, dzwoń - nakazał żonie. Kobieta strzepnęła tylko powrozami i poszła. Michałycz usiadł na ławce ustawionej pod nowym płotem. Przysiadłem obok niego.
- No i co tam w Polsce? - zagaił.
- Normalnie. Tak jak u was.
- No tak. Grunt to się do polityki nie mieszać.
Z sąsiedniego podwórza rozległo się wołanie: "Michałycz, Michałycz"! Mój rozmówca wstał ociężale. Spojrzał w stronę swojej chaty.
- Stara woła. Idę. Do widzenia.
- Do widzenia.
Gospodarz odszedł, a ja otworzyłem drewnianą furtkę na podwórze. Żwirowa ścieżka prowadziła na tyły drewnianej chaty, gdzie z białej cegły postawiono przybudówkę. W sadzie stała czynna studnia, a pod ścianą twardo tkwiła solidna ławka. Zrobiłem kilka zdjęć i wróciłem do motocykla. Obok niego znów stał Michałycz.
- Stara dzwoniła. Siemionycz zaraz będzie. Otworzy, pokaże.
- Oj, dziękuję, ale nie trzeba było.
- Trzeba, trzeba - i poszedł.
Jakiś kwadrans później pod dom, przed którym samotnie siedziałem na ławce, podjechało srebrne KIA. Z auta wysiadł siwy mężczyzna w wieku około sześćdziesięciu lat, w jasnym garniturze i sandałach.
- Dzień dobry - przywitałem go po polsku.
- Dzień dobry - odpowiedział po białorusku.
Na stanowisku opiekuna domu Niemena spodziewałem się kogoś młodszego, a przynajmniej mówiącego w naszym języku. Myliłem się. Widocznie lokalne władze wolały postawić na kogoś swojego.
- Zaraz otworzę i obejrzymy - zaczął gmerać przy kłódce blokującej sztabę. Otworzył drzwi i weszliśmy do sieni. - Po lewej żył stryj Niemena, czyli brat jego ojca. Po prawej mieszkali Wydrzyccy - otworzył drzwi.
Białoruś 2 - fot. 6 Na środku pokoju stał stół, obok łóżko, półka, pianino, lustro i ława. Wszystko ładnie ułożone, ustawione, jednak już na pierwszy rzut okiem było widać, że to ekspozycja. Za ciasno, żeby na co dzień tak mieszkać i żyć. Ściany zdobiły kopie rodzinnych fotografii, na których widnieli rodzice i dziadkowie Czesława Niemena-Wydrzyckiego. Na niektórych z nich główny bohater tego muzeum siedział wśród członków ludowego zespołu muzycznego - to z akordeonem, to z gitarą. Zbiór czarnych, analogowych płyt świadczył, że zebrano tu nie tylko przedmioty z okresu życia Wydrzyckich, ale też wszystko, co wiązało się z późniejszą działalnością artysty. Następne pomieszczenie jeszcze bardziej było zagracone przypadkowymi eksponatami, wśród których znalazła się szafka z pilśniowej płyty, oraz radioodbiornik wyprodukowany w latach osiemdziesiątych. Zupełnym zaskoczeniem był kaflowy piec, pomalowany złotą farbą.
- Ten krzyż - Siemionycz wskazał na misternie zdobiony krucyfiks - zrobił ojciec Czesława. W ogóle jego ojciec uchodził we wsi jako tak zwana złota rączka. Potrafił sam zrobić wiele urządzeń i udogodnień.
Przeszliśmy do kuchni, która najbardziej zachowała swój charakter. Murowany trzon kuchenny z okapem i zapieckiem, miedziane naczynia i zdezelowane meble świadczyły o najmniejszej ingerencji w ten zakamarek chaty. Ogólne wrażenie psuły cukierki w kolorowych papierkach, stojące w koszyku na stole.
- A ten kredens jest oryginalny - usłyszałem. - Nie mogliśmy tylko znaleźć takiej drugiej szybki w drzwiczkach, bo ta jest pęknięta. Jeden rzemieślnik próbował dorobić, ale grawerka była za trudna, więc zostawiliśmy jak jest.
- To bardzo dobrze. A naczynia w kredensie też są oryginalne?
- Prawie wszystkie naczynia są z kuchni Wydrzyckich, bo znaleźliśmy je na strychu. Ale większość tu zebranych rzeczy pochodzi tylko z okresu, w jakim oni tu mieszkali. Zebraliśmy po okolicznych chatach i tu postawiliśmy.
- To pianino jest oryginalne?
- Nie. Ale jest takie samo jakie było w tym domu. Ciotka to potwierdziła. Nawet ozdoby miało takie same.
- A gitara?
- Nie, gitara nie - ale za to akordeon jest oryginalny.
- To jeszcze o maszynkę do strzyżenia włosów zapytam, strzyżono nią Niemena?
- Czy Czesław był nią strzyżony, to tego nie powiem, ale bardzo możliwe, bo znaleźliśmy ją na strychu tej chaty. Jednak nie ma pewności, kto ją tam zostawił, bo po wyjeździe Wydrzyckich mieszkała tu inna rodzina, a po nich był jeszcze urząd i sklep. Sklep zlikwidowano jakieś trzy lata temu, a od zeszłego roku mamy tu klub-muzeum.
- To ta przybudówka z białej cegły to pewnie do sklepu była dostawiona?
- Tak, na dodatkowy magazyn z chłodnią.
Wróciliśmy do pierwszej izby, gdzie na stole leżała pamiątkowa księga.
- Może się pan wpisze? - zapytał gospodarz obiektu.
- Bardzo chętnie.
Dokonałem wpisu, przy pomocy samowyzwalacza zrobiłem wspólne zdjęcie i zapytałem:
- A co tam jest po drugiej stronie korytarza, tam gdzie mieszkał stryj Niemena?
- Oj - na twarzy Siemionycza pojawiło się zakłopotanie, - tam na razie jeszcze nic nie ma. Dopiero przygotowujemy.
- Możemy tam zajrzeć?
Siemionycz zawahał się.
- Ale zdjęć tam pan nie będzie robić?
- Dobrze, nie będziemy fotografować.
Weszliśmy do dużej, zagraconej izby. Na podłodze, pod ścianami, dostrzegłem kilkanaście kołowrotków, cebrzyków, dwa krosna i wiele innych przedmiotów sprzed lat.
- Tu jeszcze nie zrobiliśmy wszystkiego, ale w planach mamy izbę pamięci, żeby pokazać jak się ludziom u nas dawniej żyło.
No tak, jak nie ma pomysłu, to zbiera się z okolicznych strychów wszelkie graty i je pokazuje. Co gorsza, miałem wrażenie, że najlepsze eksponaty z tych zbiorów po prostu umieszczono w dawnym mieszkaniu Wydrzyckich, dorzucając kilka oryginałów - stąd takie tam pomieszanie i zagracenie. Wyszliśmy do sieni.
- Ale wie pan co? - zagaił Siemionycz. - My tu bilety sprzedajemy, żeby potem mieć na działalność. Rozumie pan?
- Oczywiście. Po ile ten bilet?
- Siedemset rubli.
Zapłaciłem równowartość kilkunastu polskich groszy ledwie powstrzymując się od dania napiwku, ale obawiałem się, że taki oficjalny, państwowy urzędnik, mógłby nie wiadomo jak to odebrać.
- Mam jeszcze jedno pytanie - zacząłem bez przekonania i wiary, - czy mógłbym z drugiej strony chaty, na podwórku, postawić namiot i przenocować?
- Można. Proszę stawiać - Siemionycz wydawał się być nie mniej zaskoczony moim pytaniem, niż ja jego odpowiedzią. - Jak trzeba będzie, to czajnik dam, żeby herbatki zaparzyć.
- Nie, nie, ja wszystko mam. Tylko teraz bym zostawił tu swoje rzeczy i pojechał do sklepu, żeby kupić coś do jedzenia. Zaraz bym wrócił i rozstawił namiot.
- Dobrze. Ja do tego czasu pokoszę w sadzie trawę.
Oddalone o trzy kilometry Wasyliszki to większa wieś, a nawet małe miasteczko, zbudowane stosunkowo niedawno, na socrealistyczną modłę. Smutne, nijakie i podobne do siebie budynki ciągnęły się jednostajnie wzdłuż głównej ulicy. Po przejechaniu kilkuset metrów od tablicy z nazwą miejscowości natrafiłem na parking przed sporym sklepem. Taki wiejski przybytek, podobnie jak u nas, posiadał stałą klientelę, która zazwyczaj okupowała okoliczne murki. Trzech najbardziej zaciekawionych "dżentelmenów" oderwało się od grupki i stanęło obok motocykla.
- Fajna maszyna - zaczął jeden z nich.
- Dziękuję.
- Jaka pojemność?
- Tysiąc sto.
- Ooo. Dużo.
Szybko wszedłem do sklepu. Przez okno widziałem jak grupka przy motocyklu się powiększała. Nie bałem się, że mi go ktoś podprowadzi w biały dzień, ale jakiś głupi kawał mogli wykombinować. Myślami byłem wciąż za zewnątrz, więc ciężko mi było skoncentrować się na zakupach. Kiedy przyszła moja kolej, to bez namysłu wziąłem najczarniejszy chleb, najbielszy ser i najdroższą kiełbasę wychodząc z założenia, że jak najdroższa, to gatunkowo najlepsza. Do tego jakieś soki i napoje. Wyszedłem przed sklep. Po adoratorach motocykla nie było już śladu. Zaniepokoiło mnie to. Rozejrzałem się i wszystko stało się jasne: po drugiej stronie ulicy podjechał milicyjny radiowóz. Schowałem zakupy do sakwy i już po kilkunastu minutach byłem na powrót w Starych Wasyliszkach.
Siemionycz, ubrany tylko w szorty i sandały, kładł trawę równym pokotem. Nieopodal studni wykosił miejsce w którym miałem postawić namiot. Na mój widok odstawił kosę.
- W głębi sadu stoi nowa ubikacja. A jak zechce pan rozpalić ognisko, to drewno jest tam, za rogiem chaty - wskazał stos porąbanych gałęzi.
- Nie, raczej tu ognia palić nie będę.
- To może i lepiej. Ja już pojadę do domu. O której jutro będzie pan wyjeżdżać?
- Dokładnie to nie wiem. Ale myślę, że wstanę o ósmej i około dziewiątej pojadę.
- Dobrze. To o ósmej i ja przyjadę - umył ręce i twarz wodą ze zmyślnego lejka, umocowanego na niebieskim słupku. W parę minut założył garnitur, wsiadł do auta i zostałem sam.
Białoruś 2 - fot. 7 Przez wąską furtkę, z niemałym trudem, wjechałem motocyklem na podwórze. Szybko rozpakowałem tobołki i postawiłem namiot. Było jeszcze dość jasno, więc postanowiłem przejść się z fotograficznym aparatem po wsi. Zmieniłem tylko ciuchy na mniej krepujące i poszedłem.
Stare Wasyliszki skupione były przy głównej szosie. Prawie wszystkie, drewniane chałupki pokryto wszechobecnym na Białorusi eternitem. Na dodatek - nie miałem pojęcia, z mody to, czy z konieczności - wiele gospodarstw ogrodzono płotami z betonowych odlewów. Pasowało to jak pięść do nosa. Za to pięknie prezentowały się ściany niektórych szop, obłożone od fundamentu aż po dach, porąbanym drewnem. W ogóle zewsząd słychać było odgłosy siekier szykujących opał. Duża część domostw stała opuszczona. Niektóre z nich odznaczały się zadbaniem, ozdobami, użyciem kolorowych farb. Po drodze mijałem niewielu ludzi a ci, których spotykałem, byli w podeszłym wieku. Z daleka, na drugim końcu wsi, widać było dwie, wysokie wieże kościoła. Sam kościół okazał się być ogromną, zwłaszcza jak na taką wieś, sakralną budowlą w stylu gotyckim. Naprzeciwko stał ładny domek z otwartą bramą, w bramie, na stołku siedziała kobieta.
- Dzień dobry - przywitałem.
- Dzień dobry - odpowiedziała ze słabo skrywanym zaciekawieniem.
- Jak się wiedzie?
- Dobrze, ale pan chyba z Polski?
- Tak.
- No to po co kaleczyć mowę, my tu prawie wszyscy mówimy po polsku.
- Oj, to i mi łatwiej będzie.
Podbiegła do nas około pięcioletnia dziewczynka. Kobieta się ożywiła.
- To moja wnuczka.
Wyciągnąłem w jej stronę czekoladowy batonik.
- Weź, proszę - przykucnąłem.
- No, bierz - zachęcała babcia. Dziewczynka podeszła i powoli wzięła kolorowe zawiniątko.
- A co się teraz mówi? - zapytała babcia. No i wnuczka odpowiedziała piękną polszczyzną:
- Dzień dobry!
- Aha! - zawołała kobieta. - A co potem?
- Dziękuję - odpowiedziała zawstydzona dziewczynka.
- Proszę bardzo i nic nie szkodzi - odpowiedziałem.
- Nasze oczko w głowie. Syn pojechał na cały dzień do Grodna, to nam zostawił. Jedyna pociecha, bo my tylko same stare zostali. Wszystko do miasta pouciekało.
- No widzę, że ludzi mało po wsi chodzi.
- Teraz mało. Kiedyś, to było! A w Polsce to gdzie mieszka?
- Niedaleko Białegostoku - odpowiedziałem.
- Oj, toż my rodzinę tam mamy. Do Kuźnicy i Sokółki kiedyś na handel się jeździło!
- A teraz?
- Teraz to nie, kto by tam zdrowie miał, a i z czym jechać?
- Powie mi pani, po co na budynkach są po dwie tabliczki z numerami?
- Jedne to numery domów, a drugie to numery gazowe.
- Gazowe?
- No, jak do domu doprowadzony jest gaz, to każdy ma swój gazowy numer.
- To ja w mieście nie mam stałego gazu, a tutaj macie?
- Linia gazowa jest, ale w wiosce i tak nikt jego nie bierze. Po co, jak i tak drzewem się pali.
Od wsi zbliżał się wysoki, chudy człowiek.
- Dzień dobry - przywitał się z nami od razu po polsku.
- Dzień dobry - odpowiedziałem. - A skąd pan wie, że my po polsku rozmawiamy?
- Ja nie muszę wiedzieć, bo my tu ojczystego języka używamy na co dzień.
- To nasz kościelny - wtrąciła kobieta. - Heniek Kuźmycz.
- Nie Kuźmycz, tylko sam Heniek.
- Ty się ojca nie wypieraj.
- A ty nie drażnij. Bo człowiek pomyśli, że to otczestwo, a nie nazwisko.
- Zaprowadź do proboszcza, niech kościół otworzy.
- Nie trzeba - zaoponowałem. - Jeszcze jutro będzie czas. Teraz za późno.
- No, już po dziewiątej - stwierdził kościelny, - proboszcz pewnie śpi.
Faktycznie, ciągle zapominałem, że tu zegarki były przesunięte o godzinę do przodu.
- Do Wydrzyckich chałupy przyjechał? - zapytała kobieta.
- Tak - odpowiedział za mnie Kuźmycz. - I namiot na podwórku postawił.
Byłem zaskoczony tą wiedzą, bo myślałem, że wszystko odbyło się bardzo dyskretnie, a motocykl wprowadziłem na tyle daleko, że nie było go widać z ulicy.
- Ho, ho - ciągnęła kobieta, - z naszego Czeska to szutnik był i wesołek. Śpiewał i grał. Wszędzie go pełno było.
- Ale jak ślub po cichu brał, kiedy rodzina na wyjazd do Polski się pakowała, to nikt go nie mógł znaleźć - dorzucił kościelny.
- Oj, tak. Obie familie temu przeciwne były. Ale na swoim postawił.
- A potem zostawił.
- No cóż, życie.
Porozmawialiśmy jeszcze trochę. Kuźmycz poszedł w swoją stronę. Pożegnałem się z kobietą i wszedłem na teren kościoła. Moją uwagę przykuły kamienne płyty umieszczone u podstawy muru. Na płytach widoczne były resztki wykuwanych nazwisk - niestety, ich treść skutecznie zniszczono. Ktoś włożył w to niemało pracy. Całość sprawiała wrażenie, jakby kościół obłożono odzyskami z cmentarnych nagrobków. Usiadłem na drewnianej ławce, obok mogiły Teofila Pryszmonta - dziekana, zmarłego w 1957 roku. Czas płynął, słońce zachodziło, ja rozmyślałem. W ten leniwy wieczór nawet dwa psy proboszcza nie kwapiły się do obszczekiwania. Po kwadransie podniosłem się i wróciłem pod namiot.
Na ustawionej pod domem ławce urządziłem wystawną kolację. Wszystkie zakupione w ciemno wiktuały bardzo mi smakowały. A najbardziej czarny chleb z białym serem. Zacząłem zbierać się do snu. Ponieważ nie miałem żadnego materaca ani karimaty, przygotowałem posłanie ze skórzanych spodni i kurtki. Resztę ciuchów spakowałem do torby i miałem całkiem niezłą poduszkę.

ŚWIATOWY FESTYN

Punktualnie o ósmej usłyszałem "Sen o Warszawie" w wykonaniu Niemena. Tym sposobem Siemionycz informował o swoim przybyciu. Zwyczajowo zjadłem śniadanie, czyli to samo co jadłem na kolację i zacząłem składać obozowisko. Pojawił się gospodarz klubu.
- Dzień dobry - zaczął ostrzyć kosę. - Jeszcze dokończę koszenie.
- Dzień dobry.
- A dobrze się spało?
- Dobrze.
- To ja mam jeszcze pytanie, czy mógłbym panu zrobić zdjęcie? - odstawił kosę i wyjął z lewej kieszeni spodni niewielki aparat fotograficzny.
- Proszę bardzo.
Strzelił trzy fotki w różnych ustawieniach. Potem z prawej kieszeni wyjął notes.
- A może pan dokładnie przeliterować swoje nazwisko? To do naszej gazety.
- Oczywiście - literując zajrzałem w jego zapiski, gdzie w jednej z rubryk widniał numer rejestracyjny mojego motocykla. Bardziej to wyglądało na raport, niż redaktorską notatkę. Ale może taka praca, takie obowiązki?
Po zrobieniu notatek i zdjęć Siemionycz już nie wrócił do koszenia trawy, tylko pożegnał się i odjechał. Dziwna maskarada, bo i bez tej scenki z kosą przeliterowałbym mu swoje nazwisko. Dokończyłem zwijanie obozowiska. Wyniosłem bagaże na ławkę od strony ulicy, a później wyprowadziłem motocykl, znowu przeciskając się przez wąską furtkę. Kiedy ładowałem tobołki, nadszedł Michałycz. W ręku trzymał tę dziwną, którą wczoraj niosła jego żona, plątaninę powrozów.
- Co, już jedzie?
- Tak, już czas.
- No to siądzie na ławce przed drogą. Pogadamy troszkę.
- A powie mi pan, do czego te sznury?
- To? - Michałycz rozplątał kłębowisko pęt i zobaczyłem, że od grubego postronka odchodzi pięć cieńszych, zakończonych kółkami. - To do uwiązania krów. Pięć sztuk naraz mogę wtedy prowadzić.
- Bogaty z was gospodarz, jak pięć krów macie.
- A gdzie tam! To krowy z całej wioski. Ja emeryt jestem, to takie dyżury mamy i teraz na mnie kolej po pastwiskach prowadzać.
- Michałycz, powiedzcie, czemu wokół waszego kościoła nagrobne płyty stoją?
- Broń Panie Boże! To nie nagrobki! Kiedyś były to płyty z nazwiskami fundatorów. Ale kazali je zamazać i tak zostało.
- Kto kazał?
- A kto to wie? Kiedyś to była wielka parafia, na kilka tysięcy dusz. A dzisiaj? Sam widzi, że garstka nas została, na wymarcie. Młodzi dawno w miastach siedzą.
- Niemena znaliście osobiście?
- Pewno! Nigdy się nie wypierał, że on ze Starych Wasyliszek. A kiedyś, jak był z koncertami w Moskwie i miał dzień przerwy, to taryfę wziął i dwanaście godzin do nas jechał. Z ojcem w sadzie dwie godziny siedzieli i gadali. Potem dwanaście godzin wracał.
Pogaworzyliśmy jeszcze parę minut. Z asfaltu zniknęła poranna rosa.
- No cóż, to pojadę - wstałem.
- Zapraszamy jeszcze.
- Postaram się przyjechać za rok. Może nawet żonę zabiorę.
- To o moim zdjęciu niech pamięta.
- Jak będę jechać, to przywiozę.
- Szerokiej drogi i z Bogiem.
Białoruś 2 - fot. 8 Pogoda tego dnia była nad wyraz łaskawa. Jechałem spokojnie szeroką szosą, a słodkawy zapach rzepaku towarzyszył mi jeszcze przez kilkanaście kilometrów. W głowie miałem tylko z grubsza ułożony plan, a jego następny punkt wiódł do Nowogródka. Wjechałem tam w samo południe i bez trudu odnalazłem Kościół Farny, w którym Król Jagiełło brał ślub i w którym ochrzczono Adama Mickiewicza. Fara stała na szczycie sporego wzniesienia, pod którym zaparkowałem motocykl. Zaopatrzony tylko w aparat fotograficzny wdrapałem się na wzgórze. Przy Farze trwały drobne prace remontowe. Wszedłem do środka. Byłem sam. Aż dziw, że w tak mocno związanym z naszą historią i literaturą miejscu nie było najazdu wycieczek. W bocznej nawie odnalazłem cudowny obraz Matki Boskiej - opisywany przez wieszcza w "Panu Tadeuszu".
Kiedy sposobiłem się do wyjścia, do Fary weszło dwoje motocyklistów z Litwy. Słabo nam się rozmawiało, bo trzymali się kurczowo tylko swojego języka, ale w plątaninie rosyjsko-polsko- angielskich słówek ustaliliśmy, że oni i ja szukaliśmy śladów tych samych ludzi: Jagiełły i Mickiewicza. Z tym, że dla nich były to ślady wielkich Litwinów, dla mnie - Polaków. Na koniec, zanim się rozeszliśmy powiedzieli, że jadą do Mira - miasta położonego na południe od Nowogródka - zobaczyć telewizyjny festiwal. No cóż, pomyślałem - dlaczegóż by tam nie pojechać? Przecież nie trzymała mnie żadna rezerwacja, ani szczegółowy plan.
Z niemałym trudem, bo w ciężkich, skórzanych ciuchach, wlazłem na sąsiednie, jeszcze wyższe wzniesienie. Znalazłem się pośród ruin średniowiecznego zamku Książąt Litewskich. Sielankowy nastrój, pogoda i zmęczenie owładnęły mną na tyle, że położyłem się w trawie. Chyba na krótką chwilkę, jak przystało na członka Motocyklowego Gangu Śpiochów, zdrzemnąłem się. Z błogostanu wyrwały mnie krzyki dzieciaków puszczających latawce. Zrobiłem kilka pamiątkowych fotografii i zszedłem do motocykla. Kończyło się paliwo. Nowogródek to spore miasteczko, więc bez trudu odnalazłem miejsce tankowania. Niestety, moje plany zniweczyła zbiorowa awaria dystrybutorów. Na szczęście niedaleko była druga stacja benzynowa. Tam z kolei dowiedziałem się, że mieli awarię interfejsów kart płatniczych i przyjmowali tylko gotówkę. Dobrze, że z poprzedniego wyjazdu miałem spory zapas białoruskiej waluty.
Mir - czyli po polsku świat - powitał skromnymi zabudowaniami i wąskimi uliczkami. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy przede mną wyrósł ogromny, średniowieczny Zespół Zamkowy - niegdyś własność Radziwiłłów. Niestety, ze względu na przygotowania do festiwalu, dojazd pod mury był niemożliwy. Zamknięty rejon wypełniony był spacerującymi ludźmi pośród straganów, namiotów i stoisk z jedzeniem i pamiątkami.
- Przepraszam - zagadnąłem stojącego przed szlabanem milicjanta. - Jak mogę wjechać na teren festiwalu?
- A po co wjeżdżać?
- Żeby namiot postawić.
- Aha, tędy nie można, ale zaraz pokieruję - włączył krótkofalówkę i uprzedził kogoś o moim przyjeździe. - No, teraz można jechać. Tutaj w lewo, potem w prawo. Tam będzie czekać patrol i poprowadzi na pole namiotowe.
Rzeczywiście. Pięć minut później przede mną szedł rosły milicjant torując drogę. Bez jego pilotażu nie miałbym szans. Tłok był jak na sopockim molo w lipcową, słoneczną niedzielę. W końcu dotarłem na prowizoryczne pole namiotowe, czyli ogrodzony kolorową taśmą teren, położony na wykoszonym pastwisku. Biorąc pod uwagę zmienną pogodę wybrałem miejsce w połowie wzgórza, z dala od ustawionych toy-toyów.
Jeszcze podczas rozstawiania namiotu podchodzili ludzie, wypytywali o mnie i motocykl. Niektórzy oferowali pomoc, inni jedzenie i picie. W tak towarzyskiej atmosferze rozgościłem się na swoim kawałku pola. Godzinę później zszedłem na teren festiwalu. Pstrykając zdjęcia przechadzałem się pomiędzy przybytkami wesołego miasteczka, straganami i namiotami, próbując miejscowych napitków i potraw. Zatłoczoną aleją zbliżyłem się do sektora, który był oddzielony dodatkowymi bramkami wykrywaczy metali. Wszedłem pomiędzy słupki. Rozległ się brzęczek. Milicjant ze służb specjalnych spojrzał na mnie uważnie. Gestem kazał odłożyć aparat fotograficzny. Ponownie stanąłem między słupkami. Brzęczek. Milicjant przeciągnął wzdłuż mojego boku ręcznym wykrywaczem. Podniósł połę mojej bluzy i krzyknął:
- Broń!
Natychmiast wokół stanęło czterech rosłych facetów w czarnych mundurach, a ten, który sprawdzał, chwycił mnie za ręce.
- Spokojnie, to tylko scyzoryk - szybko powiedziałem.
- Pokazać.
Z pochwy przypiętej do paska dobyłem podręczny nożyk.
- Nie wolno - powiedział milicjant.
- Ale ja tu z namiotem przyjechałem, więc jak bez nożyka? Chlebek, kiełbaskę pokroić.
- Nie wolno!
- To co mam z nim zrobić?
- Zostawić.
- I jak będę wracać, to odbiorę?
- Nie wiem. My tu od innej roboty, niż pilnowanie scyzoryków.
- To ja zawrócę i zostawię nóż w namiocie.
- Proszę bardzo.
Białoruś 2 - fot. 9 Wiedząc, że zaraz muszę się rozbroić, zaszedłem na stoisko z grillem i użyłem nożyka zgodnie z tym, co mówiłem na bramce. Próbowałem zdobyć kawałek pieczonej karkówki, ale na próżno. Dowiedziałem się tylko, że tu nikt takiego mięsa nie przyrządzał. Na tym festynie niepodzielnie rządziła łopatka. Nie miałem zresztą powodów do narzekania, bo smakowała wybornie. Do tego smakowite, małosolne ogórki i czarny chleb. Na popitkę wziąłem rozlewany z beczki kwas chlebowy - zupełnie inny napój niż, sprzedawana u nas pod tą nazwą, słodka breja.
Wróciłem do namiotu i zostawiłem scyzoryk. Pilnujący pola namiotowego strażacy powiedzieli, że dwóch milicjantów interesowało się motocyklem. Obejrzeli go dokładnie i spisali. No cóż, można i tak - żeby sporządzić raport, niekoniecznie potrzebny był człowiek. Niedaleko mojego obozowiska rozlokowała się grupka, która przybyła starym, zdezelowanym Audi. Auto nie było najnowszego sortu, ale sprzęt audio miał sporą moc. Z jego charczących głośników rozlegała się odkręcona na cały regulator rosyjska muzyka disco. Nie wróżyło to niczego dobrego, zwłaszcza w kontekście spokojnej nocy. Zszedłem ponownie pod wejściową bramkę z wykrywaczem. Tym razem przekroczyłem ją bez trudu.
Niebo zaciągnęło ciemnymi chmurami, powietrze stało się cięższe - zanosiło się na deszcz. Do koncertu została jeszcze ponad godzina, a ludzie już zebrali się przy wejściowej furcie. Pojawiło się też więcej służb mundurowych. Zza ogrodzenia podziwiałem scenę, sprzęt nagłośnieniowy i oświetleniowy. Wbrew moim wcześniejszym wyobrażeniom, była to technika na naprawdę wysokim poziomie. Tym okazalej w zapadającym zmroku ukazał się profesjonalnie podświetlony zamek. Dopiero z plakatu umieszczonego na ogrodzeniu miałem okazję poznać program koncertu: wieczór ballad i rosyjskich romansów, wykonywanych przez narodowych artystów Białorusi. Raczej średnio mnie to interesowało. Zwłaszcza, że pogoda w szybkim tempie zaczynała się psuć.
- Proszę, weźmie pan ode mnie bilet? - zapytała starsza pani. - Kupiłam wcześniej, ale syn nie zdąży dojechać, a szkoda, żeby się zmarnował.
- Bardzo chętnie - troszkę skłamałem, a moje dylematy samoistnie się rozwiały. Pół godziny później siedziałem w trzecim rzędzie. Równo z wyjściem konferansjera zaczęło mżyć. Niestety, chyba ze względu na pogodę, na widowni było dużo pustych krzeseł. Pani od telewizyjnej produkcji zaczęła namawiać widzów, by przesiadali się ze skrajnych miejsc na środek widowni. Tak, aby kamera miała wypełnione po brzegi kadru ujęcie z ludźmi. Deszcz poczynał coraz śmielej, więc idąc za przykładem innych, wyszedłem. Usadowiłem się pod zadaszeniem pobliskiej knajpki. W suchym miejscu, popijając kawę z ekspresu, wysłuchałem koncertu do końca.
Deszcz rozpadał się na dobre tnąc jednostajnym, rzęsistym rytmem, więc około dwudziestej trzeciej znalazłem się w namiocie, na ułożonym wcześniej ze spodni i kurtki "chłopku". O spaniu nie było co marzyć, bo zgodnie z regulaminem festiwalu wesołe miasteczko miało funkcjonować do północy. Wszystkie karuzele, zjeżdżalnie i muzyka robiły rwetes jak hala produkcyjna w walcowni. Ale równo o dwudziestej czwartej zaległa cisza. Niestety, nie na długo - bo tylko na tyle, ile zajmuje powrót do wspomnianego wcześniej zdezelowanego Audi z nagłośnieniem. Miłośnicy rosyjskiej muzyki disco najwyraźniej nie mieli zamiaru się kłaść. Jakiś czas potem zjawiły się dziewczęta, więc do łomotu z magnetofonowych kaset dołączyły młodzieńcze porykiwania i piski. Wszystko w najmniej skomplikowanym rytmie na dwa.
Przez pierwsze dwie godziny próbowałem zasnąć. Później skupiłem się na tym, by w jak najlepszym stanie nerwowym dotrwać do świtu. Kiedy ten w końcu nastąpił, wyszedłem z namiotu, odwiedziłem toaletę, umyłem się, zjadłem na sucho śniadanie i zacząłem zwijać obozowisko. W tym czasie na pole namiotowe wjechał milicyjny radiowóz. Funkcjonariusze skierowali się w stronę rozbawionej grupki. Na nieszczęście jeden z milicjantów - chyba ten, który mnie wczoraj pilotował na pole namiotowe - pomachał mi ręką. Odmachałem. W tym czasie od grupki odłączyło się dwóch osiłków i ruszyło w moją stronę.
- Ty, suka - zaczął większy, - po co zawołałeś menty?
- A wy co, macie mnie za durnia? - wyprostowałem się. - Gdybym ja ich wołał, to bym zrobił to w nocy, kiedy jeszcze mogłem pospać. A teraz mam to w dupie, bo zwijam obóz.
Zrobili głupie miny, postali jeszcze chwilę, po czym ten mniejszy zawyrokował:
- Dobrze gada. Wracamy.
Kiedy mocowałem bagaże na motocyklu, pojawiła się kobieta w średnim wieku i podeszła do milicjantów.
- To ja was wezwałam - powiedziała. - Przyjechałam z dwójką dzieci, które całą noc ze strachu płakały.
Zanim wyjechałem, widziałem jak cała dyskusja pełna żalów, goryczy i wzajemnych pretensji została ucięta przez milicjantów, którzy zarekwirowali auto.
- Jutro odbierzecie samochód z naszego parkingu. A jak będą na was jeszcze jakieś skargi, to nie skończy się na tym mandacie. Na pewno coś jeszcze znajdziemy. Choćby w tym starym gracie.
Białoruś 2 - fot. 10 Krótko i na temat. Na polu namiotowym zaległa cisza na chwilę przerwana pracą sinika mojego motocykla, który wywiózł mnie na opuszczony o tej porze teren festynu. Dochodziła godzina siódma, więc wśród pustych alejek przemykali tylko sprzątacze z wielkimi worami śmieci. Na niebie krążyły niezliczone stada wron. Kierując się do wyjazdowej bramy kątem oka zobaczyłem stoisko z napojami, z którego szczerzyła się ruda, ale sympatyczna gęba. Miałem w sobie zjedzone na sucho śniadanie, więc natychmiast zahamowałem. Zza lady wyszedł zmęczony wczorajszym dniem brzydal w skórzanym płaszczu.
- Będziemy pić? - zapytał z mostu.
- Tak, kawę!
- Eee... Wowka! - krzyknął w głąb namiotu. - Wstawaj, gościa mamy, motocyklistę. Kawę będziemy pić!
- Dobra - usłyszałem stękanie. - A po kawie co?
- A co potem? - zapytał Rudy.
- Potem nic, bo jadę.
- Potem on nic, bo jedzie - przekazał Wowce Rudy.
- To powiem Lolkowi, żeby szaszłyka robił. Bo jak tak jechać na głodnego?
- Dobra, budź Lolka, a ja pomyślę co będziemy robić po kawie.
- Ty nie myśl, tylko od razu leć do samochodu. Ja zaparzę kawę.
Rudy zaszurał połami obszernego płaszcza i niczym Drakula podskoczył do postawionego nieopodal auta. Zanim wrócił z flaszką, z głębin namiotu wychynął Wowa. Jego opuchnięta twarz, nawet zza przyciemnionych okularów, zdradzała ciężką nocną walkę z gorzelanym żywiołem. Tuż za nim wynurzył się Lolek, właściciel niezdrowej opalenizny w chusteczce na głowie.
- Oj, - stęknął. - Cześć. Jedziesz?
- No, jadę - odpowiedziałem.
- My też, już trzeci dzień i nie możemy wyhamować.
- Ale ja naprawdę jadę.
- A my to co? Tylko trochę inaczej - obruszył się Lolek.
- I tak samo niebezpiecznie - podsumował Rudy.
Chwilę potem pojawiły się szaszłyki, kawa, przyprawy, trochę warzyw i mocniejsze napoje.
- Bo widzisz, my też jeździmy - zaczął Wowka.
- No, Lolek mówił.
- Nie o to chodzi. My też jeździmy na motocyklach, ale tylko od jesieni do wiosny.
- Jak to - zdziwiłem się.
- No tak, bo w sezonie każdy ma swój namiot i zarabiamy na festynach. Ja mam napoje, Lolek jedzenie, a Rudy całą resztę.
- Jaką resztę?
- Jak byś został do jutra, na noc, to byś sam zobaczył. W końcu na czymś trzeba zarabiać.
- Żeby jeździć - dodał szybko Lolek.
- Tak. Nieważne jak, aby jeździć - zakończył Rudy.
Gadaliśmy jeszcze z godzinę o ruskich motocyklach, o łańcuchach na kołach i jeździe z koszem. Zrobiliśmy pamiątkową fotkę i kiedy się szykowałem do odjazdu, Rudy wcisnął mi zawiniątko.
- Masz, na drogę.
- Co to?
- Trochę jedzenia. Przyda się. Tego nigdy za wiele.
Żegnaliśmy się naprawdę szczerze. Zanim odpaliłem silnik, chłopaki wznieśli toast.
- Szerokiej drogi!
- Wam też! - odpowiedziałem przy ogólnym śmiechu.
- No to w drogę!
Ja ruszyłem - oni też, wychylając zawartość swoich literatek.

JAKIŻ TO CHŁOPIEC

Białoruś 2 - fot. 11 Łatwo wyjechałem z sennego jeszcze Mira kierując się na południe, by potem odbić na północny wschód. Nie miałem sprecyzowanej trasy na dzisiejszy dzień. Jechałem dość wolno zerkając na zaciągające się ciężkimi chmurami niebo. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Zjechałem na autobusowy przystanek. Deszczak to ostateczność. Nie lubię w nim jeździć, więc postanowiłem dać sobie szanse na jazdę bez niego i wprowadziłem motocykl pod wiatę. Czekałem. Minęła godzina. Nic się nie zmieniło. Minęła druga. Tak samo. Przez ten czas drzemałem na przystankowej ławce. Przychodziło mi to łatwo, choćby z powodu nieprzespanej nocy. W końcu wyciągnąłem nawigację. Przejrzałem mapy najbliższej okolicy i stwierdziłem, że byłem niedaleko jeziora Świteź. No tak, skoro Świteź, to Mickiewicz. Decyzja była prosta. Bez entuzjazmu wśliznąłem się w deszczaki i ruszyłem. Mokry i śliski, odcinkami nie najlepszy asfalt skutecznie opóźniał jazdę. Nawigacja prowadziła tak, jak jej trasę wyliczył bezduszny procesor. Natomiast ja musiałem nawiedzać wioski zapomniane przez Boga i Partię. W końcu wydostałem się na krajową szosę, która szybko doprowadziła bezpośrednio na parking przy Świtezi. Parkingowy z nonszalancją uniósł szlaban i wpuścił na pusty plac. Z motocyklowych bagaży wyjąłem tylko fotograficzny aparat. Przy wyjściu z parkinu otrzymałem bilet za pięćset rubli, czyli kilkanaście polskich groszy.
- To jak tam się żyje w Polsce? - zagadnął parkingowy. - Teraz tam u was Unia, to pewnie same frykasy zajadacie? - w jego oczach skrzyły się zaczepne ogniki. Zirytował mnie trochę tym pytaniem, ale nie chciałem być niegrzeczny, więc pomyślałem chwilę.
- Wie pan, czy Unia jest, czy jej nie ma, to i tak każdy odpowiada za siebie. W niektórych sprawach jest lepiej, w niektórych inaczej. Zanim nastała Unia, to nasz Jaruzelski od dawna był emeryturze. A wasz?
Parkingowy zaczerwienił się lekko, coś bąknął pod nosem i zaczął nerwowo przeglądać gazetę. Poszedłem nad jezioro. Na końcu pustych w tę deszczową porę alejek stały, niczym dwa brytany pilnujące brzegu, polne głazy z wymalowanymi cytatami Mickiewicza. "Jakiż to chłopiec piękny i młody, jakaż to obok dziewica...". Nawet przez myśl mi nie przeszło, ucząc się w szkole tych strof na pamięć, że kiedyś stanę u brzegów tego baśniowego jeziora.
Wróciłem na drugą stronę szosy, pod jedyną czynną tego dnia budkę z szybkim jedzeniem. Trudno mi było się rozeznać w tych potrawach, więc wziąłem to, co już znałem, czyli czeburaki. Do tego kawę w plastikowym kubku. Posiliłem się na chybcika pod prowizoryczną wiatą, ponieważ deszcz nie ustępował. Kiedy dopijałem kawę, zobaczyłem zjeżdżającego nad sam brzeg Świtezi objuczonego rowerzystę z rosyjskimi oznaczeniami. Wyrzuciłem plastikowy kubek do kosza i poszedłem pogadać z niecodziennym podróżnikiem. Szedłem dziarsko szeleszcząc deszczakami, kiedy dzielny cyklista zerwał się z ławki, chwycił rower i zaczął uciekać. Obejrzałem się. Nikt za mną nie szedł. Po chwili uciekinier porzucił rower na grząskim terenie i uskoczył za pobliskie krzaki. Najwyraźniej uciekał przede mną. Podszedłem do roweru. Zwyczajny bicykl obładowany różnymi torbami i reklamówkami. Bieda aż piszczała. Ale charakter i szmat drogi było w tym czuć na kilometr.
- Ej! - zawołałem. - Czego się boisz? Chyba nie mnie?
- A ty kto? - usłyszałem w odpowiedzi.
- Motocyklista z Polski. Też jeżdżę na dwóch kółkach, jak ty.
- Nie jesteś ze straży rybackiej?
- No co ty?!
- To po co tak się ubierasz?
Dopiero wtedy uświadomiłem, że moje deszczaki w barwach ochronnych, czyli "panterkę" napędziły mu takiego stracha. Zza krzaków wyszedł chudy, wysoki na metr osiemdziesiąt chłopak.
- Bo widzisz, ja tu byłem godzinę temu i zarzuciłem haki - zaczął się tłumaczyć.
- Na ryby?
- No.
- To się niczego nie bój. Idź, sprawdź te haki. Tylko nie uciekaj. Zaraz wrócę.
Poszeleściłem do motocykla po wręczone mi tego ranka przez Rudego zawiniątko z jedzeniem. Kiedy wróciłem, Mikołaj - bo tak miał na imię wystraszony rowerzysta, siedział zasępiony na ławce i gryzł suchą skórkę chleba.
- Masz - wręczyłem mu paczkę z jedzeniem.
- Co to?
- Jedzenie.
- Nie wezmę.
- Bierz. Sam dziś rano to dostałem. Bierz śmiało.
- No... - wahał się - chyba, że razem zjemy. To by znaczyło, że ty mnie zapraszasz na śniadanie.
- Dobra, może być.
W kilka chwil Mikołaj uruchomił prymusik, na którym postawił niewielki czajnik z wodą. Krzątał się przy swoich rowerowych tobołkach i wydobywał najprzeróżniejsze rzeczy - a to składany stolik z taboretem, to miski i talerze, sztućce, przeciwwietrzny parawan. Miał wszystko, oprócz jedzenia.
- Skąd jesteś?
- Z Moskwy. No... - zawahał się - właściwie to z przedmieść Moskwy.
- I dokąd jedziesz?
- Na Krym.
- To czemu takie koło zataczasz?
- Bo chciałem zobaczyć miejsca związane z Mickiewiczem.
- Tak cię zauroczył?
- No, może nie aż tak bardzo, ale moi dziadkowie są Polakami. Dziadek tyle opowiadał o Mickiewiczu, kazał uczyć się na pamięć, a przed śmiercią wymusił na mnie przysięgę, że jak skończę studia to odwiedzę Wilno, Nowogródek, Odessę i Krym.
- Tym rowerem zamierzasz tam dojechać?
- Tyle się naczytałem i nasłuchałem, że po jakimś czasie sam zechciałem jechać, nawet bez tej przysięgi. Studia skończyłem, na jesień pójdę do wojska. Więc kiedy, jak nie teraz? Nie miałem czym, to wziąłem dziadkowy rower. Na razie mi służy.
Z dalszych rozmów dowiedziałem się, że Mikołaj i jego dziadek wywodzili się z rodu Zanów, czyli ich protoplasta - Tomasz Zan spiskował z Mickiewiczem. Kiedy herbata zaparzyła się w blaszanych kubkach, przystąpiliśmy do jedzenia. Starałem się opowiadać jak najwięcej, żebym to ja miał zajęte usta słowami - a Miszka jedzeniem. Tym sposobem chyba nie zauważył, że "wcisnąłem" mu niemal całą zawartość żywieniowej paczki.
- Na co łowisz te ryby?
- Nie miałem na co, to na skórki chleba, które po kieszeniach zostały.
- Jak to?
- Pięć dni temu, jak nocowałem w lesie, chyba lisy podebrały cały zapas jedzenia.
- Po lasach sypiasz?
- No, jak mam czas i możliwości, to zbuduję szałas. Albo gdzieś pod wiatą, czy w opuszczonej chacie. Mam dwa koce i ciepłą kurtkę.
- To ty od pięciu dni nie jadłeś?
- Od pięciu to nie, bo dostałem od jednego człowieka haki na ryby. Tylko zapomniałem zapytać, na co łowić.
- Chodź, coś ci pokażę.
Zeszliśmy na brzeg jeziora. Kucnąłem i bez problemu wydobyłem z wody kilka chruścików.
- W dzieciństwie mówiliśmy na to "kamionki" albo kłódki, bo budują swoje domki z piaskowych kamyków. Nie wiem jak dalej, ale na tej szerokości znajdziesz je w prawie każdym jeziorze.
Wyciągnąłem z kamionkowej rurki najokazalszą z larw i założyłem na haczyk.
- Bo o robakach to chyba wiesz?
- Wiem, ale kopać nie mam czym.
- Wystarczy że będziesz szukać pod kamieniami, albo starymi pniakami.
- No co ty?
- Aha, ty chyba naprawdę jesteś z Moskwy...
Pokazałem Michałowi jak zrobić prosty zestaw wędkarski z materiałów znalezionych nad wodą, objaśniłem kiedy, co i jak łowić, słowem - podzieliłem się wiedzą w jaką kiedyś wyposażony był każdy chłopak z mazurskiej wsi. Nieśmiało zasugerowałem finansowy datek, potem pożyczkę, ale stanowczo odmówił. Stwierdził, że wyposażony w świeżo nabytą wiedzę na pewno da radę. No cóż - nie brał pod uwagę wielu czynników - choćby takiego, że nie wszędzie napotka jeziora, że nie zawsze ryba zechce brać, że coś tam, coś tam. Ale zapału miał tyle, że gotów był jeść surową trawę, by osiągnąć cel.
Niebo trochę zelżało. Michaił wyprowadził rower na szosę i odjechał. W międzyczasie nad brzegiem pojawiła się młoda para. Dziewczyna zrzuciła ciuchy i weszła do wody. Zupełnie jak na ilustracji do mickiewiczowskiej ballady. Pokręciłem się jeszcze trochę po korzenistym garbie okalającym brzeg. Natrafiałem na tablicę z mapą najbliższej okolicy. Wynikało z niej, że po drugiej stronie jeziora kryła się jakaś przystań. Nie było na co czekać - zwłaszcza, że pogoda stała się łaskawsza. Odpaliłem motocykl i ruszyłem leśną drogą na upatrzony punkt. Dziwiłem się trochę, że przez lesisty gąszcz prowadził tak dobrej jakości asfalt. Po kilku kilometrach dotarłem do wsi złożonej z dwóch chylących się ku upadkowi chat i piętrowego bloku. Na przydrożnym kamieniu siedział dziadek w kufajce. Zatrzymałem się. Starszy człowiek od razu kiwnął ręką wskazując kierunek w jakim chciałem jechać. Widocznie taka sytuacja była tu codziennością. Asfaltowy trakt przeszedł w aleję wyłożoną eleganckim polbrukiem. Ogarnęło mnie niedobrze przeczucie. Po paru chwilach znalazłem się przed żelazną bramą, za którą stał wartownik.
- Bilet jest?
- Nie ma - odpowiedziałem.
- Bez biletu nie można.
- Ale ja tylko na brzeg jeziora chciałem.
- Nie wolno.
- Nawet na chwilkę?
- Proszę, nie róbcie problemów i już odjedźcie.
Białoruś 2 - fot. 12 Pomimo że byłem sam, to odjechaliśmy. W drodze powrotnej chciałem zagadnąć przydrożnego dziadka o zagadkowy ośrodek, ale po staruszku nie było już śladu. Postanowiłem nie wracać nad Świteź. Skierowałem się "na wyczucie" obierając za wsią najlepszy jakościowo szutrowy szlak. Z trudem przebijałem się po białoruskich bezdrożach. Czasami na okolicznych polach szukałem objazdu rozmokniętej drogi. Ciężka to była przeprawa, ponieważ przednie koło choppera uciekało na bok przy każdej okazji stwarzanej przez piasek, błoto, albo drobne kamienie. Umęczyłem się co niemiara, ale wreszcie dojrzałem na horyzoncie maleńkie, wiejskie chatki. Ostatnie pięć kilometrów wymęczyło mnie bardziej, niż cała dzisiejsza trasa. Na skraju wsi przejechałem wąską kładką przez rzeczkę. Większe pojazdy, sądząc po śladach, pokonywały tę naturalną przeszkodę w bród. W głowie narodził się pomysł, by zaczepić kogoś z pytaniem o nocleg. Jak na złość mruczenie motocyklowego silnika VT nikogo nie wywabiało z chaty. Wieś zdawała się być wyludniona. W końcu na ławce pod drewnianym płotem zobaczyłem staruszka. Zatrzymałem się i wyłączyłem silnik.
- Dzień dobry!
- Dzień dobry - dziadek ledwie odwrócił głowę.
- Można pogadać?
- A gadaj.
Zdezelowany, z przerzedzonymi sztachetami płotek strzegł zapuszczonego sadu, w którym stała niewielka, podupadła chatynka.
- Pozwolicie postawić w sadzie namiot?
- Co?!
- To wasz sad?
- Mój.
- Pozwolicie postawić namiot?
- Stawiajcie.
Zsiadłem z motocykla. Usiadłem obok staruszka.
- To jak wam się tutaj żyje?
- Ot. Pomalutku. Na nic już nie czekam.
- Jak to?
- Żona mi dwa lata temu umarła, synowie do miasta wyjechali. Śmierci na tej ławce wypatruję.
- Ale dzieci was chyba odwiedzają.
- Ot, żeby nie zgrzeszyć, przemilczę.
Z chatki naprzeciwko wyszła kobieta w gumowcach. Od razu skierowała się w naszą stronę. Jej małe, żywe oczka zdradzały wścibską naturę.
- A to, Makary, gościa macie?
- Gdzie tam. Ot tak, przyjechał.
- A skąd? - drążyła temat.
- Z Polski - odpowiedziałem. Na te słowa dziadek zastrzygł uszami.
- To motor też pewnie nie nasz? - zapytał.
- Nie. Japoński.
- Oj, to ja nie zrozumiał, czego ty na początku ode mnie chciał.
- A to czego? - podchwyciła kobieta.
- Żeby namiot w sadzie postawić i na noc zostać - odparłem.
- Nie, nie - pokręcił głową dziadek.
- Pewnie, że nie - poparła kobieta. - O tam, pod laskiem jest dobre miejsce. Tam często letnicy ogniska palą, namioty stawiają. Ale w wiosce to nie.
- A to czemu?
- Na co mnie to? - zapytał dziadek. - Tu niedaleko władza wypoczywa, milicja często jeździ. Zobaczą, przyjdą, pytać będą. Nie trzeba.
No i dowiedziałem się o przeznaczeniu ośrodka, do którego nie wpuścił mnie wartownik.
- To szkoda.
- A co tu żałować? - perorowała kobieta.
- To chociaż wam pamiątkowe zdjęcie zrobię.
- Oj, nie! - dziadek zerwał się na równe nogi, a kobieta czmychnęła w swoje opłotki. W ostatniej chwili zdążyłem zrobić im potajemną fotkę. No i na pustej drodze znowu zostałem sam.

U PANA BOGA W OGRÓDKU

Polne bezdroża zdawały się ciągnąć bez końca. Wreszcie dotarłem do wsi Walejka, gdzie złapałem twardszy grunt. Odbiłem w prawo i zobaczyłem informacyjną tablicę. Znajdowałem się niedaleko Nowogródka. No to zatoczyłem ładne kółko. Po kilkunastu kilometrach wjechałem do miasta. W okolicach centralnego parku ujrzałem ładnie utrzymany dworek z pomnikiem Mickiewicza. Zbliżał się wieczór, więc w sprawie noclegu postanowiłem tam zaciągnąć języka.
Wszedłem na teren, który według niektórych źródeł uchodził za miejsce urodzenia naszego wieszcza. Na ganku, przed ciężkimi drzwiami kręciło się kilka zakonnic. Już z daleka usłyszałem polską mowę, nie pozbawioną wschodniego akcentu.
- Szczęść Boże - zacząłem.
- Bóg zapłać, szczęść Boże. O, widzę że pan z Polski - zapytała zakonnica o wiewiórczej twarzy.
- Tak, a po czym siostra poznaje?
- Oj. Tu nikt się tak nie ubiera - zaśmiały się wszystkie zerkając na moje deszczaki.
- No tak. Pogoda zmusiła. Może siostry wiedzą, czy w Nowogródku jest pole namiotowe?
Popatrzyły po sobie z zakłopotaniem.
- Nie. Tu nic takiego nie ma - zaczęła najstarsza. - Chyba wszędzie można postawić namiot.
- My nietutejsze - wyjaśniła Wiewiórka, ale trzeba zapytać sióstr przy Farze. Wie, gdzie to jest?
- Wiem. Wczoraj tam byłem.
- Tak będzie najlepiej - spokojnym tonem dodała najstarsza z sióstr. - One mają duży ogród, to pewnie pozwolą postawić na swoim terenie.
- Bóg zapłać.
Siostry się oddaliły. Mickiewiczowski dworek stał zamknięty, więc pokręciłem się trochę po podwórzu. Zajrzałem do budynków gospodarczych, kuźni i do wyschniętej studni wrzuciłem tysiąc rubli. Na dworze szarzało, więc nie zwlekając odpaliłem motocykli i podjechałem pod wczoraj odwiedzaną Farę. Naprzeciwko stał okazały dom zakonnic. Zadzwoniłem do drzwi. Po dłuższej chwili stanęła w nich starsza, zasuszona zakonnica.
- Niech będzie pochwalony.
- Na wieki wieków - odpowiedziała.
- Mam pytanie, a właściwie prośbę: czy mógłbym u sióstr w ogrodzie postawić namiot? Tylko na jedną noc.
- Oczywiście. Często przyjmujemy podobnych gości. Zaraz zawołam kogoś, kto pokaże gdzie.
- Julia! Julia, przyjdź tu zaraz - odwróciła się w głąb korytarza. - A gdyby pan chciał się umyć, albo wody zagotować, to wystarczy przyjść. Mamy tu wszystko.
- Dziękuję serdecznie. Będę pamiętać.
Zjawiła się siostra Julia.
- Tak, słucham?
- Zaprowadź pana do ogrodu. Na górce wskaż miejsce, tam gdzie sucho.
Białoruś 2 - fot. 13 Po paru minutach stawiałem namiot w kącie dość pokaźnego ogrodu. Tuż za sobą miałem rząd młodych świerków i drewnianą szopę, a w dole jaśniała kapliczka Matki Boskiej. Dość sprawnie poszło mi rozbijanie obozowiska, więc po pół godzinie przebrałem się w cywilne ciuchy i ruszyłem na miasto. Mijałem wąskie uliczki, przy których przycupnęły drewniane, kolorowe chatki. Wiele stromych skarp i zboczy podpierało się sklepami zamkniętymi na wielgachne kłódki. Wzgórze, na którym rozpościerało się centrum Nowogródka, zabudowano nowocześniejszą architekturą. Środek tygodnia i wieczorna godzina, w dodatku w niepewną pogodę, skutkowały prawie pustymi ulicami. Przy placu głównym, gdzie kolorami wyróżniały się biblioteka i młodzieżowy klub, słychać było próbę muzycznego zespołu. Do tego na cokole popiersie Lenina. Wszedłem w boczną uliczkę, nieopodal dużego kościoła. Zaczynało kropić. Bez namysłu wkroczyłem do pierwszej lepszej kawiarni. Byłem jedynym gościem. Zamówiłem kawę z ekspresu. Po chwili cieszyłem się gorącym, aromatycznym napojem - szkoda tylko, że podanym w plastikowym kubeczku. W telewizorze akurat leciała pierwsza część "Terminatora". Początkowo nie zwracałem na to uwagi, ale z każdym łykiem kawy i kroplą padającego deszczu wciągała mnie nie tyle (znana od lat) fabuła, ile wygłaszane po rosyjsku dialogi. Wziąłem drugą kawę, by doczekać słynnej sceny, w której niezniszczalny Schwarzenegger mówi: Ja jeszczio zdzies wiernus.
Równo z końcem filmu deszcz przestał padać. Wolnym krokiem wróciłem do namiotu. Dochodziła dwudziesta druga. Na kolację skończyłem kupioną jeszcze w Wasyliszkach wysuszoną na wiór kiełbasę. Zanim zasunąłem wejście do namiotu, usłyszałem trzy wystrzały. Nie były to petardy, ani broń myśliwska. Pomyślałem, że to milicja. Byłem na tyle zmęczony dzisiejszym, pochmurnym dniem, że nawet tego nie roztrząsałem. Prawie natychmiast zasnąłem.
Obudziłem się około drugiej w nocy z potwornym bólem brzucha. Miałem wrażenie, jakbym połknął szuflę rozżarzonych węgli. Wyczołgałem się z namiotu na mokrą trawę. U sióstr w dwóch oknach świeciło się światło. W najgorszym razie pójdę prosić o pomoc, może mają jakieś przeciwbólowe tabletki - pomyślałem. Zacząłem łazić po wysokiej, mokrej trawie. Doczłapałem do kapliczki z Matką Boską. Usiadłem na ławce i zacząłem się modlić o to, by nie trafić do białoruskiej służby zdrowia. Nie miałem o niej zielonego pojęcia, ale zdecydowanie chciałem jej uniknąć. Ból falami nachodził i trochę odpuszczał. Znów zacząłem łazić po zamoczonym ogrodzie. Brodzenie, unoszenie wysoko nóg wymuszone wysokimi trawami przynosiło lekką ulgę. Łaziłem tak przez prawie dwie godziny. W końcu trochę zelżało. Wlazłem do namiotu. Położyłem się. Ból natychmiast powrócił. Usiadłem. Zelżało. Do godziny siódmej siedziałem po turecku usiłując się zdrzemnąć. W końcu na wpół śpiąc, przewróciłem się na bok. Ból na szczęście nie wrócił. Zasnąłem naprawdę. Co prawda nie na długo, bo o dziewiątej obudziło mnie ćwierkanie wróbli. Zapowiadał się ciepły, słoneczny ranek. Po nocnych dolegliwościach nie było już śladu. Tym lżej było mi zaczynać kolejny dzień podróży.
Po zwinięciu namiotu zapakowałem cały dobytek na motocykl, założyłem skórzane ciuchy i poszedłem siostrom podziękować za gościnę. Drzwi otworzyła młodziutka siostra, która zobaczywszy skóry wyszyte w czerwone płomienie tylko jęknęła: Oj...
- Niech będzie pochwalony... - powiedziałem, ale nie dała mi dokończyć. Czmychnęła zamknąwszy drzwi. Nie zdążyłem wyjść z osłupienia, kiedy w progu stanęła ta sama, zasuszona siostra, która wczoraj mnie przyjmowała.
- Proszę wybaczyć - zaczęła. - Siostra Anisia jeszcze młoda jest. Diabła wszędzie widzi.
- Nic nie szkodzi. Bardzo dziękuję za gościnę i proszę przyjąć ten drobny datek - podałem zwitek białoruskich rubli.
- Nie trzeba. Naprawdę nie trzeba.
- Trzeba. Choćby na farę. Widziałem skarbonki, że na remont zbieracie.
- No, chyba że na remont.
Znowu podjechałem pod wczoraj odwiedzaną benzynową stację. Standardowo podszedłem do okienka, żeby zawczasu zapłacić za paliwo.
- Rubli nie bierzemy. Tylko walutę.
- Jak to? - zdziwiłem się. - Jeszcze wczoraj było normalnie.
- Dziś też jest normalnie, ale za walutę. Obcokrajowcy płacą rosyjskimi rublami, dolarami, albo euro. Nocne zarządzenie prezydenta.
- A kartą można?
- Można. Przeliczymy po państwowym kursie.
Nawet według państwowego kursu wychodziło prawie dwukrotnie taniej niż w Polsce.
- Dobrze. W takim razie trzynaście litrów proszę.
- Nic z tego. Interfejs na kartę nie działa.
Na szczęście wiedziałem, gdzie jest druga stacja paliw. Podczas dojazdu obmyśliłem plan. Podjechałem pod dystrybutor tak, żeby sprzedawca z okienka nie widział tablic moich rejestracyjnych. Nie ściągając kasku, specjalnie sepleniąc ale głośno, powiedziałem:
- Trzynaście, dziewięćdziesiątki piątki!
- Czeho?!
- Dziewięćdziesiątki piątki! Trzynaście. Bladź - położyłem ruble w okienku.
- Na trzecim stanowisku.
Podprowadziłem motocykl pod trzecie stanowisko. Zatankowałem. Weszło lekko ponad dwanaście litrów. Zamknąłem bak i usadowiłem się na siedzisku.
- Reszta! - wydarł się osobnik z okienka.
Podniosłem szybę kasku i przesadnie, czystą polszczyzną wycedziłem:
- Dziękuję, nie trzeba. Proszę sobie zatrzymać.
- Ot, blin! Ty, Polak! Zaczekaj! - sprzedawca wyskoczył z budki. - A weź mi powiedz o tym stole bez nóg.
- Stół z powyłamywanymi nogami.
- Ot, zuch! No to jedź, dalej!
- Dobra, ale ty powiedz o sanatorium od płucnych chorób.
- Aaa? Prociwotubierkulieznyj sanatorii!
- No, to jesteśmy kwita. Mogę jechać.
- Szerokiej drogi!

HUCZNY FINAŁ

Białoruś 2 - fot. 14 Kilkadziesiąt kilometrów za Nowogródkiem zatrzymałem się dla rozprostowania kości. Zatelefonowałem do Oksany zapowiadając oddanie śpiwora i namiotu. Zgodnie z zapowiedzią wykonałem też telefon do Igora. Ten tylko zapytał o której mniej więcej będę.
- Około siedemnastej.
- W porządku.
Droga do Grodna upłynęła w monotonii. Gdzieniegdzie tylko spokojną jazdę urozmaicały odcinki, na których naprawiano nawierzchnię. Oksana przywitała mnie pysznym obiadem. Po kilkudniowym, suchym prowiancie, czułem się jak na królewskiej uczcie. Panorama aktualnie był na terenie Niemiec, w drodze do Francji. Pogadałem z nim chwilę przez telefon. Oksana poczęstowała mnie jeszcze kawą i po półgodzinie ruszałem dalej.
Za Grodnem wjechałem na pokaźny grzbiet górski, skąd wypatrywałem zjazdu do wsi Igora. Byłem tu tylko raz, z Grześkiem Sosną - w dodatku o zmroku. Za dnia, przy pięknej pogodzie, wszystko wyglądało inaczej. Na szczęście mój zjazd z głównej szosy charakteryzował się pokaźnymi dziurami. Po kilku kilometrach odnalazłem go i zjechałem w dół. Niebawem zatrzymałem się pod bramą domu Igora.
- Cześć - witał Igor, a za nim dwa duże wilczury.
Szybko zostałem ulokowany w pokoju z wielkim, drewnianym łożem. Rozpakowałem się, przebrałem w lżejsze ciuchy i wróciłem na dziedziniec.
- Patrz, co przyniosłem! - przede mną stał Kola, mistrz kowalstwa i trzymał elektryczną gitarę. - Sam kiedyś zrobiłem!
Weszliśmy do biesiadnej sali. Wziąłem do ręki instrument. Kola zaraz go podłączył do radioodbiornika. Gitara brzmiała nie najlepiej, a to ze względu na słabej jakości przetworniki (przystawki) radzieckiej produkcji - ale za to wygląd miała powalający! Było to odpowiednik przedwojennego Harleya w świecie gitar. Niewygodna, niedoskonała - ale za to piękna i uduchowiona!
- Zagraj coś - zachęcił Kola.
Zacząłem grać. Po chwili zjawił się Andriej z harmoszką.
- Ej, leć po mandolinę!
No i po paru chwilach rozległa się muzyka. Trochę kulawa, ale za to szczera, bo posługująca się międzynarodowym językiem, do którego nie trzeba było tłumacza. Nie minęły trzy chóralne pieśni, kiedy zjawił się Igor.
- No riebiata! Na dwór!
Na dworze czekał ruszt nad rozpalonym ogniem w kamiennym palenisku. Na nim apetycznie skwierczała karkówka. Na stole pokazały się mocniejsze trunki i kwas chlebowy. Zewsząd, powoli, zaczynali przybywać goście. Okazało się, że Igor na tę trochę bardziej uroczystą kolację, zaprosił sąsiadów z prawie całej ulicy. Z bani wyszedł Dimon - ten od tartaku.
- Dawajcie tu, chłopaki! Gorąco już jak w piekle!
Białoruś 2 - fot. 15 Zrzuciliśmy ciuchy i pobiegliśmy do sauny. Faktycznie - jak u Lucyfera w kuchni. Wytrzymałem zaledwie piętnaście minut. Wyskoczyliśmy do pobliskiego stawu. Oj! Potem za stoły. Kto miał ochotę - wracał do bani i powtarzał rytuał. Impreza nabierała impetu. Po skończonych "ciężkich" daniach na stole pojawiły się zakąski, czyli nieśmiertelny szczypior, cebula i suszone małe rybki. Z głośników dobywała się rockowa muzyka, ale w języku białoruskim. Większość utworów biesiadnicy znali na pamięć i odśpiewywali razem z nagraniem. Przed północą Igor wyłączył magnetofon, a Dimon wszedł na stół.
- Adam - zwrócił się do mnie. - My wiemy, że wy tam z Polski boicie się u nas jeździć. Dlatego za to, że sam, w pojedynkę i z namiotem, objechałeś nasz kraj, dajemy ci order. Ale to nie jakaś tam ozdoba. Od tej pory, jak będziesz mieć ten order przy sobie, to na terenie Białorusi każdy motocyklista ma obowiązek udzielić ci pomocy. Obowiązek! Pamiętaj! A teraz - śpiewamy!
No i zacharczeli wszyscy, w środku nocy na całe gardła jakąś białoruską pieśń. Na mojej piersi wylądowało metalowe odznaczenie. Byłem szczerze wzruszony. Gratulacjom i uściskom nie było końca.
- Pamiętaj - rzekł Igor. - Jak następnym razem przyjedziesz, to przywieź ze sobą kogoś do picia!
No i impreza nabrała jeszcze większego tempa. Około trzeciej nad ranem, niestety, jako jedyny trzeźwy - pierwszy zacząłem objawiać symptomy zmęczenia. Pożegnałem się grzecznie, życzyłem udanej zabawy i poszedłem spać.
Wstałem około siódmej, jako pierwszy. Pobojowisko jakie ujrzałem nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Niejedno już w życiu widziałem, a w drugim tyle bezpośrednio uczestniczyłem. Ptaszki na dworze wesoło świergoliły, psy chodziły markotne. Zagotowałem wodę, zaparzyłem kawę i usiadłem na ławce nad stawem. Jako pierwszy pojawił się Igor. Nie musiał nic mówić. Usiadł obok.
- No i jak? - zapytał.
- Dobrze. Zaraz jadę.
- Co? Nie tak szybko! Jeszcze pożegnalne śniadanie trzeba zrobić!
Wystraszyłem się.
- Nie żartuj, Igor. Nie trzeba robić żadnego śniadania, wystarczy przedłużyć wczorajszą kolację.
Szybko się spakowałem i objuczyłem motocykl. Zjawił się Dimon. Wyściskaliśmy się serdecznie i pożegnali. Chłopaki odprowadzali mnie jeszcze przez pół wsi.
Przed granicą zatrzymał mnie patrol milicji. Obejrzeli dokumenty. Puścili bez słowa. W bezpośredniej strefie przejścia zjechałem na przeciwległy pas i jadąc "pod prąd" mijałem długą kolejkę. A co tam, nie zaszkodzi spróbować. Już z daleka dostrzegł mnie pogranicznik i wyszedł na środek jezdni. Tylko spokój, uśmiech i pogodny ton - powtarzałem w duchu. Zatrzymałem się dwa metry przez nim.
- A ty dokąd?
- Oj, wiem, że źle wjechałem - uśmiechnąłem się porozumiewawczo. - Puśćcie mnie do domu.
Mundurowy obszedł motocykl. Zerknął na tablicę rejestracyjną.
- Jechać.
Dalej sprawa poszła gładko, chociaż ponownie musiałem wypełnić kilka formularzy. Kiedy wyjechałem z białoruskiej strefy, ponownie się zawahałem: gdzie stanąć? Po pięciu minutach podeszła do mnie WOPistka w polskim mundurze.
- Oj, pan to chyba specjalnie lubi stać w kolejce. Przecież mówiłam: pod szlaban dla Europejczyków.
- No zobaczy pani, jaki świat mały. My się znów spotykamy, a ja tak samo nie pamiętam.
- A żonę pan pozna?
- Mam nadzieję, że jak nie, to żona pozna mnie.
Po kilku minutach jechałem po polskiej stronie. Nie tylko białoruscy celnicy mieli na wszystko oko. Z uznaniem myślałem o naszych pogranicznikach. No bo skąd ta celniczka wiedziała, że jestem żonaty? Małżonka poznała mnie bez trudu. A podczas słownej relacji, kiedy zastanawiałem się nad przyczyną moich żołądkowych dolegliwości w Nowogródku, z miejsca znalazła odpowiedź:
- No bo w Wasyliszkach kupiłeś najdroższą kiełbasę, zamiast najświeższej. Kto wie, ile ta twoja w sklepie leżała. Trzeba było brać to, co inni biorą...

PEŁNA GALERIA